Archive for category odpowiadając

święty grzesznik…

Dziś, w dzień imienin każdego z nas, obok przyjaźni ze swoim świętym Patronem, słowo papieża Franciszka nt. świętości z homilii wygłoszonej podczas porannej mszy w kaplicy Domu św. Marty, w maju 2014 r.:

Jakże Kościół może być święty, skoro my wszyscy w nim jesteśmy? A przecież wszyscy jesteśmy grzesznikami. Ale Kościół jest święty! My jesteśmy grzesznikami, ale on jest święty. Jest to oblubienica Jezusa Chrystusa, którą On kocha i uświęca każdego dnia swoją Ofiarą eucharystyczną, bo tak bardzo ją miłuje. I tak my jesteśmy grzesznikami, ale w świętym Kościele. I także my się uświęcamy tą przynależnością do Kościoła: jesteśmy dziećmi Kościoła i Matka Kościół nas uświęca swoją miłością, sakramentami swego Oblubieńca.

I żeby było jasne, nie chodziło Franciszkowi – o czym sam wspomniał – o jakiś rodzaj samouświęcenia. Chodzi tu, po prostu, o przyjęcie od Boga łaski. Jeśli pozwolę na to, by Jego łaska wkraczała we wszystkie nieuporządkowane, zniewolone, poranione i słabe sfery mojego życia – to On je wypełni. Stajemy się świętymi Jego świętością!

Święci to nie herosi, ale grzesznicy, którzy postępują za Jezusem drogą pokory i krzyża. W ten sposób pozwalają się przez Niego uświęcić, bo nikt nie jest w stanie tego dokonać samemu. – dodał Franciszek.

Dodaj komentarz

„Jestem w Kościele i jestem szczęśliwy”

„Jestem w Kościele i jestem szczęśliwy” – Lechu, świetny tekst. Nie dlatego, że zgadzam się z każdym zdaniem, ale dlatego, że starałeś się wyartykułować jedną z ważniejszych prawd: „wierzyć to chodzić po ziemi. Twardo stanąć na własnych nogach”.

Świetny tekst – bo zachęca mnie do rozmowy, co niniejszym, jeśli będziesz miał ochotę i czas (czyt. żona i… dzieci pozwolą), uczynię. Może tak, jak rok temu, gdy zainicjowałeś w pewien sposób pisanie tego bloga?… 😉

Oczywiście wpis jest po to, by zachęcić do przeczytania tekstu Lecha na deon.pl

Dodaj komentarz

litaniis ordinis praedicatorium libera nos, Domine…

Ostatni, majowy numer naszego dominikańskiego miesięcznika „W drodze” poświęcony jest „naszym problemom z Matką Boską”. Skojarzenia [różaniec, nabożeństwa majowe i litania], trudne do zrozumienia i zaakceptowania dogmaty maryjne oraz fenomen sierpniowych pielgrzymek, śluby prymasa Wyszyńskiego, Totus Tuus Jana Pawła II, a także liczne sanktuaria maryjne na świecie… – czy nowoczesny człowiek potrzebuje kultu maryjnego?

Czy nowoczesny dominikanin potrzebuje Maryi do przepowiadania?

Wszyscy, mniej lub bardziej związani z naszym duszpasterstwem, znają widzenie św. Dominika, w którym Jezus zapewnia o powierzeniu Zakonu opiece Swojej Matki. Dominik zlecił wtedy swym współbraciom szczególne nabożeństwo do Matki Najświętszej. Wprowadził zwyczaj odmawiania „Zdrowaś Maryjo” na początku kazania, by w ten sposób wzywać pomocy Matki Słowa. On też, jako pierwszy wprowadził do formuły ślubów zakonnych imię Najświętszej Maryi Panny.

„Najświętsza Dziewica bardzo wspierała Zakon w czasie jego powstawania, mamy nadzieję, że doprowadzi go także do dobrego końca” [bł. Humbert z Romans].
Dziś właśnie w naszym Zakonie obchodzimy liturgiczne wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Opiekunki Zakonu Kaznodziejskiego. Do ostatniej reformy kalendarza liturgicznego wspomnienie to przypadało na dzień 22 grudnia – rocznica zatwierdzenia Zakonu przez Honoriusza III [1216]. Ze względu jednak na okres adwentu zostało przeniesione na maj – miesiąc szczególnie poświęcony Jej czci.
Powierzenie się Zakonu opiece Maryi widać choćby w XIII-wiecznej Litanii Dominikańskiej ku czci NMP – dużo starszej od odmawianej na naszych majówkach Litanii Loretańskiej [XVI w.]. Zawierzenie Matce Bożej i jej opieka były chyba dość skuteczne skoro aż do dziś znane jest powiedzenie: „litaniis ordinis praedicatorium libera nos, Domine” – od litanii zakonu kaznodziejskiego wybaw nas Panie. Stara tradycja podaje nawet, że swego czasu kardynałowie i prałaci zwykli byli mówić: „Strzeżcie się litanii braci kaznodziejów, gdyż czynią rzeczy dziwne”.

Dokładnie tydzień temu byłem w naszym podominikańskim kościele w Sejnach gdzie znajduje się przepiękna figura Matki Bożej. Gotycka figura typu szafkowego, otwierana [prawdopodobnie z ołtarza polowego krzyżaków] – wewnątrz, w samym centrum, na tle postaci oddających się opiece Maryi: przedstawienie Trójcy Przenajświętszej.
Zamieszkanie Trójcy w Maryi, zamieszkiwanie Trójcy w człowieku, obecność Bożej miłości w każdym z nas – to przecież sedno naszego dominikańskiego przepowiadania.
Nie da się być dzisiaj nowoczesnym dominikaninem, nowoczesnym kaznodzieją, bez tego czego uczył nas Dominik – bez oddania się pod skrzydła Matki Słowa i bez czerpania inspiracji z Jej zawierzenia, oddania i miłości…

Ojca z niebios oblubienico uwielbiona.
Syna Bożego Matko błogosławiona.
Ducha Świętego mocą zapłodniona.
Trójcy Świętej siedzibo niesplamiona, zmiłuj się nad nami.

1 komentarz

lekarstwo: amicitia

Dziś moją uwagę przykuł artykuł ks. Dariusza Salamona SCJ Przyjaźń potrzebna jak lekarstwo!. Trochę w nim utyskiwania na to, że przyjaciel, zostaje zastąpiony, wyparty przez komputer, Internet, różnego rodzaju odtwarzacze MP3, iPod, komórki… Mnie zaciekawiło jednak odniesienie do fragmentu książki Radość kapłaństwa, w której autor, który jest terapeutą zajmującym się kapłanami z różnymi problemami, pisze, że na początku terapii stawia proste pytanie: Jeśli masz problem, trudność, niepowodzenie – z kim się tym podzielisz? Czy masz przyjaciela, któremu możesz się zwierzyć? Okazuje się, że kapłani często, pomimo licznych kontaktów, znajomości, nie mają prawdziwych przyjaciół.

Nie zadałem sobie jednak pytania, czy mam przyjaciela (przyjaciół), gdyż jest ono zbędne, o czym wiedzą moi przyjaciele. Próbowałem jednak spojrzeć na swoje kapłaństwo i rolę kapłana w perspektywie słów Chrystusa: „Już was nie nazywam sługami, lecz przyjaciółmi” (J 15, 15) oraz „jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli będziecie czynić to, co wam przykazuję” (J 15, 14). Świadomy, że słowa te odnoszą się do nas wszystkich a nie tylko do funkcjonariuszy Kościoła Katolickiego, nie zamierzam polemizować z treścią artykułu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na „trudność” i wymagania prawdziwej przyjaźni. Zachęcam zarazem do lektury średniowiecznego traktatu Elreda z Rievaulx „Przyjaźń duchowa”, który stał się dla mnie niejako przewodnikiem w poznawaniu pojęcia „przyjaźń”.

„Przyjaźń bowiem – to nic innego, jak zgodność we wszystkich sprawach boskich i ludzkich, połączona z życzliwością i wzajemną miłością” powiada Cyceron (De amicitia, 20). Przekładając tę definicję na język współczesny można by powiedzieć, że przyjaźń to kompatybilność myślenia o sprawach boskich i ludzkich ale i równocześnie kompatybilność woli i działania [tego co chcemy i tego co robimy] w sprawach dotyczących relacji z Bogiem i z ludźmi. Kompatybilność ta jest wypadkową wzajemnej miłości i życzliwości (owocu miłości).
Przyjaźń więc, jest jakby intensywniejszą formą miłości. Miłością obdarzamy przyjaciół, ale wezwani jesteśmy równocześnie do miłości wrogów. Sama miłość budzi się w nas na skutek rozumnej decyzji naszej woli [miłość bliźniego jest przykazaniem] – przyjaźni natomiast nakazać nie można…

Przyjaciel to ktoś, przed kim nie boimy się otworzyć serca. „Przyjaciel jest lekarstwem życia” (Syr 6, 16), kimś „z kim odważyłbyś się rozmawiać jak z samym sobą” (Cyceron, De amicitia, 22), komu nie boisz się wyznać swoich wykroczeń, opowiedzieć o rozwoju duchowym, komu powierzysz wszystkie tajemnice i zamiary swojego serca. Przyjacielowi powierzasz się jakby drugiemu sobie, niczego przed nim nie ukrywasz, niczego z jego strony się nie obawiasz. Nie da się więc i nie można nawiązywać przyjaźni ze wszystkimi, których kochamy – nie wszyscy są do tego zdolni. Przyjaźń to jakby tożsamość woli dwojga ludzi: jeden chce tego, czego chce drugi…

Jeśli więc przyjaźń to kompatybilność woli i działania, to: czy są jej granice? czy można przyjacielowi czegoś odmówić?
Pomocą w odpowiedzi na te pytania będzie: kompatybilność myślenia o sprawach boskich i ludzkich. W ramach przyjaźni więc nie mieści się przyzwolenie na coś co niszczy człowieka, chociażby tylko duchowo. Nie jest więc prawdziwą przyjaźnią więź łącząca osoby trwające w upodobaniu do grzechu. Nie jest i nie może być przyjacielem ktoś, kto namawia do złego. Także przyjaźń pobłażająca wadom jest przyjaźnią fałszywą. Można więc powiedzieć, że pomiędzy ludźmi amoralnymi, trwającymi w grzechu i nie podejmującymi walki z nim, nawet gdyby jeden za drugiego chciał życie oddać, przyjaźń nie jest możliwą…
Stąd wspomniany wyżej Elred powie, że: przyjaźń może się zrodzić tylko pomiędzy ludźmi prawymi, rozwijać pomiędzy lepszymi a dochodzić do pełni między doskonałymi…

„Jeśli dostrzeżesz u przyjaciela jakąś wadę, upomnij go na osobności, a gdy cię nie posłuchał, uczyń to publicznie. Upomnienie bowiem jest rzeczą dobrą i często lepszą niż milcząca przyjaźń. Choćby przyjaciel poczuł się urażony, upomnij go. Uczyń to nawet wtedy, gdyby gorycz upomnienia zraniła jego serce. Lepsze są bowiem rany zadane przez przyjaciela niż pocałunki pochlebców. Upomnij błądzącego przyjaciela.” (Ambroży, De officiis, III, 127)

Warto się więc modlić o prawdziwych przyjaciół, i o to, by samemu sprostać roli przyjaciela.

Dodaj komentarz

churching…

Z zaciekawieniem przeczytałem parę dni temu tekst Tomasza Ponikło „Parafia churcherów” [publikowany na: deon.pl]. Znam pojęcie „clubbing”, słyszałem nawet o „grobingu”, którym opisuje się zwiedzanie i oglądanie tzw. Grobów Pańskich po Liturgii Wielkiego Piątku i przez Wielką Sobotę [być może pojęcia tego używa się także do opisania nawiedzania grobów bliskich zmarłych w okolicach dnia Wszystkich Świętych]. Choć samo zjawisko tzw. „churchingu”  jest mi dość znane, z pojęciem tym jednak spotkałem się po raz pierwszy.

Autor prezentuje dwa scenariusze churchingu:
Pierwszy, motywowany negatywnie: gdy mszalne wędrowanie rodzi się z pobudek egoistycznych. Dziś nie chce mi się siedzieć w kościele, więc idę na Mszę bez homilii, za tydzień mam chętkę umocnić ducha i gnam na podniosłą ponadgodzinną celebrację, za dwa tygodnie, żeby nie popsuć sobie młodzieńczego zapału zaglądam na Mszę akademicką. A w ogóle to Msza w mojej parafii, ten „betonowy” ksiądz, wysztywnieni ludzie… (…) Jest negacją, odrzuceniem Kościoła jako wspólnoty i poszukiwaniem tego, co schlebia własnym gustom.
Drugi, motywowany pozytywnie: idę tam, gdzie da się coś zbudować. Churcher uprawia swoje niedzielne wędrówki mając wyraźny cel (znalezienie wspólnoty wiary), po osiągnięciu którego duchowo się zakotwicza. Scenariusz ten zakłada jednak także subiektywną ocenę własnej parafii: jest ziemią jałową.

Uznając kontekstowe (niechęć do parafii, mieszkanie w obcym mieście, nieunormowany czas pracy) i intencjonalne (poszukiwanie odpowiedniego dla siebie kaznodziei itp.) przyczyny kościelnych wędrówek oraz przychylając się do spostrzeżenia autora, że parafia (…) nie może być barem z liturgicznymi zakąskami i przebojowymi barmanami czy punktem usługowym z ofertą skrojoną pod „target” spoglądam na oba scenariusze churchingu ze zrozumieniem.

Kościół jest przecież sakramentem Chrystusa, jest widzialnym znakiem i narzędziem niewidzialnego Boga. Jest wspólnotą ale i miejscem, gdzie Boga mogę dotykać, gdzie mogę doświadczać Jego obecności, gdzie mogę budować z Nim relację. Człowiek przecież do budowania prawdziwej i żywej relacji z Bogiem potrzebuje owego wymiaru cielesnego. Nic więc dziwnego, że jeśli chcę wiarę potraktować poważnie, to będę szukał tego, co będzie sprzyjać wzrastaniu w wierze i pogłębianiu relacji z Bogiem a równocześnie unikał tego, co może tę relację zniszczyć czy osłabić.
Mam prawo, a może nawet i obowiązek, szukać tego, co sprzyja rozwojowi i ożywieniu wiary – nie chodzi przecież o „odfajkowanie” obecności na mszy. Mam prawo więc, i obowiązek, szukać kościoła gdzie mogę się skupić i gdzie nic nie będzie przeszkadzać mojej modlitwie, szukać „estetycznie” sprawowanej Liturgii, która odpowiada mojej wrażliwości i przybliża mnie do tego co święte, szukać kazań, w których znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, itd. itp.

Oba scenariusze churchingu mają więc swój sens i wartość.
I ten motywowany negatywnie, który wskazuje jedynie na stan ducha i psychiki churchera oraz na ewentualne przeżywane problemy ze zrozumieniem tego co dzieje się we wspólnocie – zakłada on jednak pragnienie uczestniczenia we mszy niedzielnej.
I ten motywowany pozytywnie, który wskazuje na potrzebę odkrycia środowiska, w którym wiara będzie rzeczywiście wzrastała i się ubogacała.

Problem leży jednak gdzie indziej.
Dziękując Bogu za prężne duszpasterstwa i za charyzmatycznych duszpasterzy, pamiętać należy, że nie mogą być one same w sobie celem. Są i mają być pomocą w odkrywaniu, poznawaniu i spotykaniu się z Tym, którego inaczej dotknąć nie można. Nie mogą zatrzymywać na sobie ale pomagać i prowadzić do dojrzałości.
Dojrzałość natomiast, to wyzbywanie się bierności i postawy roszczeniowej, to odkrycie swojego miejsca we wspólnocie Kościoła, to wzięcie odpowiedzialności za Kościół. Dojrzałość wreszcie, to zaangażowanie we własną wspólnotę, choćby parafialną – to przemienianie i budowanie, to eliminowanie tego co kiepskie i nijakie. Dojrzałość to praca nad przemianą własnej wspólnoty w miejsce spotykania Boga.

Z jednej strony: churching, by dorosnąć i dojrzeć w wierze. Z drugiej strony: powrót do własnej parafii i zaangażowanie we wspólnotę, by tak ją przemienić aby churcherzy też chętnie ją nawiedzali…
Oby prężne duszpasterstwa nie zapominały, że mają tylko pomagać i wspierać na drodze do dojrzałości. Oby churcherzy pamiętali, że churching to czas ich dojrzewania, że ma się on skończyć, że dojrzałość to czas dawania siebie i czas budowania wspólnoty Kościoła – mojej własnej, lokalnej…

Dodaj komentarz