Archive for category obserwując

Mikołaj – spoliczkował Ariusza…

Nie mogę się powstrzymać i muszę przypomnieć tych parę słów na temat św. Mikołaja, który po trosze sam jest sobie winien, że stał się postacią bajkową. To żartobliwie-przewrotna teza, ale przyjrzyjmy się przez chwilę arcybiskupowi Miry Licyjskiej, Mikołajowi.

W świecie Zachodu (nie wspominając już o sowieckim Dziadku Mrozie) dość zręcznie postać Świętego została wymieniona na postać starszego mężczyzny z brodą, ubranego w czerwony strój, który wedle różnych legend i bajek w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów. Według różnych wersji zamieszkuje on wraz z grupą elfów Laponię lub biegun północny. Postać tę, tracąc na swojej tożsamości, stopniowo asymilują też wierzący chrześcijanie. To odzieranie z prawdy i tradycji chrześcijańskiej dokonuje się niestety często za sprawą samych duchownych i katechetów zachęcających dzieci do spotkań z Mikołajem w czerwonym kubraku. Ten najbardziej charakterystyczny element stroju Świętego Mikołaja – czerwona czapka z białym pomponem, stał się jednym z komercyjnych symboli świąt Bożego Narodzenia. Mało kto jednak wie, że wizerunek ten (czerwony płaszcz i czapka) został opracowany w latach 30-tych XX w. na zlecenie koncernu Coca-Cola przez Freda Mizena a sama reklama pomogła utrwalić w powszechnej świadomości kostium „świętego”.

Tradycja chrześcijańska w konfrontacji ze światem reklamy, fantazji i bajek staje się dla współczesnego człowieka śmieszną i przestarzałą – co najlepiej ilustruje zestawienie Mikołaja, robiącego biznesową karierę w neopogańskim świecie ze św. Mikołajem, skazanym na wygnanie i zapomnienie. Warto więc przypominać historyczną postać świętego Biskupa, Męża miłości Boga i bliźniego, który dzięki świadectwu miłosierdzia chrześcijańskiego stał się symbolem dobroci i bezinteresowności.

Pominę życiorys Świętego oraz katalog cudów, które przy jego udziale się dokonywały – zainteresowanych odsyłam do ciekawej pozycji Ojca ihumena Atanazego Dębowskiego Mikołaj Święty Nieznany (Astraia, 2006). Przypomnę może tylko, że sama tradycja obdarowywania prezentami w dzień św. Mikołaja bierze się z jednej z bardziej znanych legend o Świętym, która mówi o trzech córkach bogatego mieszkańca Patary, który popadł w nędzę i zamierzał rozwiązać problem zamieniając swój dom na dom schadzek, w którym pracować by miały owe córki. Kapłan jeszcze wówczas, Mikołaj, podrzucił potajemnie mieszek ze złotem do domu byłego szanowanego obywatela by zaradzić grzechowi. Uradowany ojciec nie tylko mógł utrzymać rodzinę, ale i dzięki otrzymanemu w cudowny sposób złotu, wydać za mąż najstarszą z córek. Mikołaj dowiedziawszy się o tym podrzucił jeszcze kolejno dwie sakiewki, aby za mąż mogły być wydane pozostałe córki. W ten sposób Mikołaj jest nie tylko symbolem potajemnego obdarowywania potrzebujących ale patronem panien, które zamierzają wyjść za mąż i poszukują dobrego kandydata na męża. Z głębi serca zachęcam więc wszystkie panny, by właśnie u tego Świętego wypraszały łaskę „dobrego małżonka”.
Najstarsi hagiografowie opisujący żywot św. Mikołaja zaznaczają: Nie wystarczyłoby nam czasu, gdybyśmy chcieli dokładniej opisywać wszystkie jego dzieła miłosierdzia, pisać o jego szczodrobliwości, o ilości nakarmionych przez niego ludzi, o tym, ilu odział nagich i nędzarzy, a ilu wykupił z rąk lichwiarzy i komorników…

Tenże Mikołaj, Biskup Miry, jako jeden z 318 Ojców wziął także udział w Pierwszym Soborze Powszechnym w Nicei w roku 325. Na tym to Soborze zdefiniowano relację Jezusa do Boga (współistotny), ogłoszono Symbol wiary (Credo) oraz przyjęto sposób obliczania daty Wielkanocy. Mikołaj jak głoszą podania brał czynny udział w ujarzmianiu herezji Ariusza, który twierdził, że Maryja porodzić mogła jedynie człowieka – więc Jezus nie może być w pełni nazywany Bogiem.
Pewien mnich studyjskiego monasteru w Konstantynopolu, imieniem Jan, opisuje zdarzenie z obrad soborowych (za: Mikołaj Święty Nieznany): Otóż Mikołaj pełen gorliwości o Chwałę Bożą, niczym prorok Eliasz, zawstydził heretyka Ariusza nie tylko mężnymi argumentami słownymi, ale i zdecydowanym czynem. Nie mogąc bowiem znieść wywodów Ariusza, że Jezus Chrystus jest stworzeniem i zwyczajnym człowiekiem, uderzył Ariusza w twarz. Ojcowie Soboru nie usprawiedliwili takiego postępku Mikołaja, rozgniewali się na niego, i za jego niepohamowany wybuch gniewu pozbawili go godności biskupiej. Potem szybko jednak został zrehabilitowany i przywrócono mu godność biskupią. W jednym ze szpitali w Nicei (obecnie Iznik, Turcja) do dziś pokazywany jest loch więzienny św. Mikołaja, w którym wg tradycji miał być zamknięty za uderzenie Ariusza.

W konsekwencji tej soborowej walki o – skądinąd niezaprzeczalne – Bóstwo Jezusa nastąpiło przeakcentowanie tegoż Bóstwa w postrzeganiu Osoby Syna Bożego. Nawet dziś gdy myślimy o Jezusie Chrystusie odruchowo spoglądamy w górę, bo jest on Bogiem, Kimś potężnym, Wszechmocnym i transcendentnym… Jeśli transcendentnym, to i dalekim, a jeśli dalekim, to i obojętnym. Tak oto prawdziwy Bóg zostaje zepchnięty w przestrzeń abstraktu a ci, którzy do końca chcieli Mu być wierni stają się postaciami z legend i bajek.

Tymczasem Bóg rzeczywiście stał się prawdziwym człowiekiem i może nie należało policzkować Ariusza… Żartobliwie więc puentując (mam nadzieję, że nikt się z tego powodu nie obrazi) – gdyby Mikołaj nie spoliczkował Ariusza może dziś pozwolilibyśmy Bogu stać się bardziej człowiekiem i przenikać naszą ludzką rzeczywistość. Może pozwolilibyśmy Bogu być jednym z nas, a relacje z Nim stałyby się czymś realnym i żywym a nie, jak to często bywa, czymś abstrakcyjnym. Może też sama postać Mikołaja jako męża pełnego Miłości Bożej nie byłaby dla nas na tyle abstrakcyjna, że można ją akceptować tylko jako postać z legendy czy wręcz bajki…

1 komentarz

św. John Henry Newman

Niesamowita radość! Beatyfikowany 19 września 2010 r. przez papieża Benedykta XVI, John Henry Newman, zostaje dziś (13 października 2019 r.) przez papieża Franciszka ogłoszony świętym. Ci, którzy zaglądają na tego bloga wiedzą, że w notce „o mnie” pojawiają się słowa dzisiejszego „już świętego”, co do których jestem głęboko przekonany: Tylko ten, kto wie, gdzie stoi, potrafi podać kierunek, w którym chce iść.
Dziś, gdy tak wiele mówi się o sumieniu, przywołałbym również jego słowa, w których nazywa sumienie pierwotnym Namiestnikiem Chrystusa (dosł.: Conscience is the aboriginal Vicar of Christ.).

Święty od dziś, John Henry Newman, stał się niegdyś postacią, którą się zafascynowałem. Fascynacja była tak silna, że jedno z jego dzieł „An Essay in Aid of a Grammar of Assent”, w tłumaczeniu polskim „Logika wiary”, stało się podstawą mojej pracy magisterskiej. Fascynacja nie minęła – stąd tym tym większa radość z dzisiejszej kanonizacji.

Na okoliczność więc dzisiejszej uroczystości, piękny fragment z „Wykładów o doktrynie usprawiedliwienia przez wiarę”:
Prawdziwą wiarę możemy określić jako przeźroczystą, niby powietrze lub woda; jest niby przejrzysty przekaz, który pozwala duszy oglądać Chrystusa; w tym dusza znajduje największe odpocznienie, w tym się zagłębia, niby wzrok, który tonie w przestworzach. Gdy jednak ludzie decydują się (jak bywa) pochwycić ją rękoma, badając z ciekawością, analizując, roztrząsając, spowodują, że wiara straci swą przejrzystość i zmętnieje, a wszystko tylko po to, by dało się ją zobaczyć i zbadać dotykiem. Z tego też powodu zastępują wiarę tym lub owym, uczuciem, pojęciem, wrażeniem, przekonaniem, aktem rozumu, które mogą uchwycić i na nich się skupić. Skupiają się raczej na swych doświadczeniach (jak to nazywają), niż na Bogu, który jest poza nimi.

I jeszcze fragment z „Kazań okolicznościowych” o miłości Boga do człowieka:
„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał”(por. J 3,16). Pokochał rodzaj ludzki z jego zepsuciem, pomimo obrzydzenia jaki budzi w Nim grzech. Pokochał ludzi ojcowską miłością, która nie odrzuca na wieki najnikczemniejszego z synów, lecz z czułością kieruje się ku niemu, gdy obrzydzi on sobie swe występki. Pokochał w ludziach to, co pozostało w nich z pierwotnej doskonałości, sprzed upadku w raju, a doskonałość ta była – przy zachowaniu właściwej miary – odbiciem Jego Natury. Pokochał ludzi, zanim ich odkupił. Odkupił, gdyż ich kochał.

I prawda, do której doszedł studiując Ojców Kościoła – to ona sprawiła, że z anglikanizmu przeszedł na katolicyzm („O rozwoju doktryny chrześcijańskiej”):
Ogólnie rzecz biorąc, wszystkie odłamy chrześcijaństwa zgodzą się co do tego, że spośród wszelkich nurtów istniejących w chrześcijaństwie, wspólnota oparta na władzy Rzymu jest w rzeczywistości najbliższa Ojcom Kościoła, choć niektórzy przypuszczalnie mogą sądzić, że jest tak tylko na papierze. Nie może być wątpliwości, jaką wspólnotę uznaliby za swoją święty Atanazy (ok. 295-373) lub święty Ambroży (ok. 340-397), gdyby raptem powrócili do życia. Wszyscy z pewnością zgodzimy się, że Ojcowie, niezależnie od ich własnych opinii, naszych zastrzeżeń, mogliby poczuć się bardziej u siebie w domu u boku takich ludzi jak święty Bernard i święty Ignacy Loyola, lub u boku samotnego księdza na plebani, żyjącej świątobliwie siostry miłosierdzia, lub wśród nieuczonego tłumu przed ołtarzem, niż wśród nauczycieli lub wiernych jakiegokolwiek innego wyznania. I czy możemy nie dodać, że byli to ci sami święci, którzy swego czasu przybyli do Trewiru (jeden jako wygnaniec, drugi z misją), zdążając dalej i dalej na północ, wędrując tak długo, póki nie odkryli kolejnego miasta, położonego wśród gajów, zielonych łąk, spokojnych strumieni; czyż ci święci bracia mogliby się nie odwrócić od tego mnóstwa wysokich naw i pełnych powagi krużganków, pod które położyli zręby i nie zapytać o drogę do jakiejś małej kapliczki, gdzie odprawiano Mszę świętą w pełnych tłumu alejach lub wymarłych przedmieściach?

Dodaj komentarz

wskazująca Drogę…

Zbliża się jedno z piękniejszych świąt maryjnych – Matki Bożej Różańcowej (Zwycięskiej). Święto wprowadzone przez papieża dominikanina Piusa V po wyproszonym modlitwą różańcową zwycięstwie floty chrześcijańskiej pod Lepanto – 7 X 1571 r. W tradycji Kościoła pierwsza niedziela października poświęcona jest właśnie NMP Różańcowej. Mnie zdarzyło się przy tej okazji prowadzić krótkie rekolekcje przygotowujące do odpustu w Pawłowie. Dziś kazania odpustowe, w których próbuję nawiązać również do obrazu MB Pawłowskiej, który co prawda jest obecnie w konserwacji, ale proboszcz chciałby rozwinąć bardziej jego kult. Zadanie mi zlecone nie jest zbyt trudne, bo obraz jest typową hodegetrią (grec.: ή oδηγήτρια), czyli przedstawia Wskazującą Drogę – Maryję wskazującą Jezusa…

Podczas rekolekcji – oprócz bogatej tradycji dominikańskiej związanej z modlitwą różańcową – nawiązywałem do słów Maryi z Kany Galilejskiej: Zróbcie cokolwiek wam powie. Czyż to nie Wskazująca Drogę właśnie?… Zapraszałem do szkoły Maryi, która jest niedoścignionym wzorem kontemplacji Chrystusa. Bo, jak pisał Jan Paweł II w Liście o Różańcu: żyje z oczyma zwróconymi na Chrystusa i skarbi sobie każde Jego słowo: «Zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu». Wspomnienia o Jezusie, wyryte w Jej duszy, towarzyszyły Jej w każdej okoliczności, sprawiając, że powracała myślą do różnych chwil swego życia obok Syna. To te wspomnienia stanowiły niejako ‚różaniec’, który Ona sama nieustannie odmawiała w dniach swego ziemskiego życia…

Co prawda, często modlitwę różańcową sprowadza się do skutecznej „techniki wzbudzenia zainteresowania Boga”. Przyrównuje się ją do ewangelicznej kobiety cierpiącej na krwotok i przeciskającej się przez tłum, by się dotknąć Jezusa: w ten sposób wielokrotne powtarzanie słów modlitwy, w połączeniu z rozważaniem tajemnic, jest jak przeciskanie się przez tłum spraw do Jezusa, żeby się Go z wiarą dotknąć w poszczególnych tajemnicach.
Zwraca się również uwagę na pokorę, której uczy Maryja: modlę się nie swoimi słowami, ale słowami zaczerpniętymi z Pisma Św. W ten sposób we mnie i przeze mnie modli się sam Duch Święty…
Ja jednak zwracałem mocno uwagę na to, że różaniec szkoły Maryi jest modlitwą mocno kontemplacyjną. Papież Paweł VI pisał, że różaniec pozbawiony wymiaru kontemplacji jest wyzuty ze swej natury: Jeśli brak kontemplacji, różaniec upodabnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: ‚Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani’ (Mt 6, 7)… Szkoła Maryi zachęca, by na kanwie słów Pozdrowienia Anielskiego (Zdrowaś Mario) pozwolić, by przed oczyma naszej duszy przesuwały się główne momenty z życia Jezusa. W kontemplację Chrystusa nie da się wejść inaczej, jak słuchając w Duchu Św. głosu Ojca, bo nikt nie zna Syna, tylko Ojciec (Mt 11, 27).
To dlatego właśnie Jan Paweł II w Liście o Różańcu bardzo mocno podkreślał, że aby dać medytacji podstawy biblijne i większą głębię, dobrze jest, po zapowiedzi tajemnicy, odczytać odnośny tekst biblijny, […] Inne słowa nie są bowiem nigdy tak skuteczne, jak Słowo natchnione. Należy go słuchać, mając pewność, że jest to Słowo Boga, wypowiedziane na dzisiaj i «dla mnie» […] Przyjęte w ten sposób, wchodzi ono w różańcową metodologię powtarzania, nie powodując znużenia, jakie wywoływałoby zwykłe powtarzanie informacji dobrze już przyswojonej. Nie chodzi bowiem o przywoływanie na pamięć informacji, ale o to, by pozwolić Bogu ‚mówić’.

Dodaj komentarz

błogosławiona „wileńska” dominikanka

Co prawda wyjechałem z Wilna na urlop, ale w związku z tym, że dziś przypada 20 rocznica beatyfikacji s. Julii Rodzińskiej (13.06.1999 r.), dominikanki, nie mogę dziś nie wspomnieć o wileńskich śladach Błogosławionej Męczennicy II wojny światowej. Do wspomnienia mobilizuje mnie przede wszystkim jej ponad roczny pobyt w więzieniu Gestapo na Łukiszkach – to obok klasztoru, w którym obecnie dane mi jest mieszkać.

Stanisławą Marią Józefą, osieroconą w wieku dziesięciu lat, zajęły się siostry dominikanki. Tak się z nimi „zaprzyjaźniła”, że po siedmiu latach rozpoczęła postulat a po okresie próby nowicjat przyjmując imię Maria Julia, by 4 września 1918 r. złożyć pierwszą profesję zakonną – miała wtedy 19 lat. Zakon przygotowywał ją do działalności wychowawczej – w r. 1922 w Nowym Sączu uzyskała, po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego, patent stałej nauczycielki. Gdy 5 sierpnia 1924 r. składała w Wielowsi k/Tarnobrzegu śluby wieczyste, od dwóch lat mieszkała już i pracowała w Wilnie. Tu w r. 1926 otrzymuje świadectwo Wyższego Kursu Nauczycielskiego w Wilnie, co uprawnia ją do kierowania jednostkami szkolnymi.

Po praktyce w Mielżynie k/Gniezna (od r. 1919), gdzie należała do pionierskiej grupy sióstr wysłanych do zorganizowania klasztoru i zakładu dla Sierot, oraz pracy w Szkole Podstawowej w Rawie Ruskiej, 13 grudnia 1922 r. przybywa do Wilna, gdzie pozostaje przez 22 lata. W Wilnie daje się poznać jako wybitny pedagog oraz wymagający i sprawiedliwy wychowawca. Pomaga również uczniom słabym. Jej praca zostaje zauważona przez władze oświatowe i potwierdzona nominacją na kierowniczkę Szkoły Podstawowej w latach 1926-31 – miała wówczas 27 lat.
W roku 1934 otrzymuje nominację na przełożoną domu w Wilnie i kierowniczkę Zakładu dla sierot. Podejmuje nowe inicjatywy apostolskie, organizuje kolonie i półkolonie dla najbiedniejszych dzieci Wilna. Za wzorowe prowadzenie Zakładu dla Sierot otrzymuje nagrody Wojewody Miasta Wilna. Społeczeństwo Wilna nazywa ją „matką sierot”.

Wojenne dzieje Wilna (1939-45) to okres dość skomplikowany.
Julia prowadzi działalność wychowawczą w Zakładzie Sierot i Szkole Powszechnej aż do momentu przejęcia ich przez Litwinów w r. 1940. We wrześniu siostry nauczycielki zostają zwolnione z pracy i za zgodą władz kościelnych chodzą w strojach świeckich – chcą jak najdłużej być przy wychowankach. Ostatecznie w styczniu 1941 r. zostają wyrzucone i na zawsze opuszczają klasztor na Witebskiej i Zakład dla Sierot.

Po opuszczeniu klasztoru Julia z częścią dominikanek mieszka na kapelanii sióstr wizytek przy ul. Rossa i podejmuje trudne próby znalezienia współsiostrom zatrudnienia w polskich rodzinach. W czerwcu 1941 r. do Wilna wkraczają wojska niemieckie – życie religijne i narodowe schodzi do podziemia. Julia prowadzi tajne nauczanie języka polskiego, religii i historii. Podejmuje się również organizowania akcji żywnościowych dla księży emerytów pozbawionych środków do życia, a przygarniętych do domów przez ludzi świeckich.

Po dwóch latach okupacji niemieckiej, 12 lipca 1943 r., Julia i trzy inne dominikanki zostają aresztowane na kapelanii sióstr wizytek. Umieszczono je w więzieniu Gestapo na Łukiszkach. Julia Rodzińska zostaje osadzona w izolatce numer 31b – izolatka jest „cementową szafą, w której można było tylko siedzieć”. Zostaje oskarżona o działalność polityczną i kontakty z polskim Państwem Podziemnym i Armią Krajową.
Po roku więzienia, wobec zbliżającego się 3 frontu Białoruskiego, niebezpieczna dla III Rzeszy 45-letnia schorowana zakonnica wraz z innymi więźniami politycznymi z Łukiszek zostaje w lipcu 1944 r. przewieziona do obozu koncentracyjnego Stutthof k/Gdańska. Tam jako polski więzień polityczny z numerem 40992 zostaje umieszczona w żydowskiej części obozu – być może dlatego (choć nie da się tego wprost dowieść), że oskarżano ją o ukrywanie Żydów.
Umiera 20 lutego 1945 r. w baraku nr 27 przed wyzwoleniem obozu (ewakuacja, tzw. marsze śmierci, rozpoczęła się 25 stycznia, a wojska rosyjskie wkroczyły do obozu 9 maja) z wycieńczenia, zarażona tyfusem, do końca pomagając chorym więźniarkom…

Wychodząc z klasztoru na Plac Łukiski widzę szarą ścianę dawnego więzienia Gestapo…

1 komentarz

Duch Święty…

Odprawiam dziś mszę w podominikańskim kościele Ducha Świętego w Wilnie. Sprawowanie Liturgii uroczystości Zesłania Ducha Świętego w miejscu szczególnie temu Duchowi poświęconym sprawia mi ogromną radość.
Dziś też w delikatny sposób dociera do mnie prawda o darze języków. Na Litwie, gdzie wszędzie słychać język litewski, mogę celebrować mszę i działać duszpastersko w języku ciągle dla mnie jeszcze jednak bardziej zrozumiałym. W tym kontekście przypomina mi się kazanie nieznanego afrykańskiego autora z VI w., który mówiąc o Duchu rozlewającym miłość Bożą w naszych sercach, zaznaczył:
Ta miłość miała zgromadzić Kościół Boży na całym okręgu ziemi. Niegdyś jeden człowiek, który otrzymał Ducha Świętego, mógł przemawiać wszystkimi językami. Obecnie cały Kościół, zgromadzony w jedno przez tego samego Ducha, przemawia wszystkimi językami. A zatem, jeżeli ktoś powie jednemu z naszych: „Otrzymałeś Ducha Świętego, czemu więc nie przemawiasz wszystkimi językami?” – ten niech odpowie: „Owszem, przemawiam nimi, bo należę do Ciała Chrystusa, czyli do Kościoła, który przemawia wszystkimi językami. Bo cóż innego Bóg wtedy oznajmił przez obecność Ducha Świętego, jeżeli nie to właśnie, że Jego Kościół będzie przemawiał wszystkimi językami?”
Oto tajemnica działania Ducha w Kościele…

Dar języków w Kościele, to dar jedności i zgody, to dar porozumienia, to realizowanie pragnienia Jezusa: aby byli jedno…
Zesłanie Ducha Świętego, to posłanie do posługiwania się „jednym językiem” Ducha, językiem miłości, który nie dzieli a łączy…
Język Ducha Świętego, język komunii, zachęca do przezwyciężenia obojętności, podziałów i konfliktów. Podziały, niezdolność do wzajemnego zrozumienia, rywalizacja, zazdrość i egoizm to cechy ludzi spod wieży Babel. Świadectwo ewangelii to: pojednanie, przebaczenie, pokój, jedność, miłość – tym wszystkim obdarza Duch Święty. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali (J 13, 35)

Czy to proste? Zapewne nie. To dlatego papież Franciszek wspomniał dziś, że Duch Święty nie czyni spraw łatwiejszymi, nie usuwa z drogi problemów i przeciwników, ale wprowadza w nasze życie harmonię i pokój, które czynią nas wolnymi. On obmywa co nieświęte, oschłym wlewa zachętę, leczy serca rany. Nagina, co jest harde, rozgrzewa serca twarde, prowadzi zabłąkane…
I papież dodaje, że w pośpiechu, jaki narzuca nam nasz czas, (…) Poszukujemy szybkiego rozwiązania, jedna pigułka za drugą, by iść naprzód, jedna emocja za drugą, by poczuć, że żyjemy. Ale przede wszystkim potrzebujemy Ducha: to On wprowadza w szaleństwo ład. On jest pokojem w niepokoju, ufnością w zniechęceniu, radością w smutku, młodością w starości, odwagą w próbie. To On, pośród burzliwych nurtów życia, umocowuje kotwicę nadziei.

Przestrzega również, że w erze komputerów jesteśmy na dystans: bardziej «społecznościowi», ale mniej społeczni. Że zawsze istnieje pokusa, by budować «gniazda»: gromadzić się wokół własnej grupy, swoich preferencji, podobni z podobnymi, uczuleni na wszelkie skażenia. Od gniazda do sekty jest blisko również w Kościele: ileż razy określamy swoją tożsamość przeciwko komuś lub przeciwko czemuś! Natomiast Duch Święty łączy odległych, jednoczy dalekich, sprowadza zagubionych. Łączy różne odcienie w jednej harmonii, ponieważ widzi przede wszystkim dobro, bardziej patrzy na człowieka niż na jego błędy, bardziej na ludzi niż na ich działania. Duch kształtuje Kościół i świat jako miejsca synów i braci.

Dodaj komentarz

Bobola i dominikanie…

Zaintrygował mnie obraz św. Andrzeja Boboli, wiszący dość wysoko na ścianie za ołtarzem kościoła Ducha Świętego w Wilnie. Konspiracyjnym szeptem opowiadano mi, że obraz został namalowany w roku 1938 (rok kanonizacji Andrzeja Boboli), a na ornacie namalowano orła w koronie. Orzeł ten został potem zamalowany i w miejscu orła jest teraz kotwica. Podobno, gdyby obraz wisiał niżej, da się zobaczyć jeszcze orła…
Dlaczego na obrazie św. Andrzeja Boboli (na jego ornacie) orzeł w koronie? Dlaczego w kościele podominikańskim w ogóle obraz jezuity?

Dziś, gdy w Polsce obchodzone jest święto św. Andrzeja Boboli, poznaję bliżej o. Alojzego Korzeniewskiego [Korzenieckiego] (†1833), dominikanina i fizyka (!). Był „demonstratorem fizyki” w Szkołach Dominikanów w Grodnie, przetłumaczył i wydał podręcznik fizyki, pióra sławnego uczonego francuskiego, René Just Haüya, „Traktat początkowy Fizyki” (Wilno, 1806). Był również, a może przede wszystkim, kaznodzieją – wydał „Kazania na niedziele i uroczystości, tajemnice Roku całego, oraz na Dnie niektórych Świętych” (Warszawa, 1824-1825) i inne.

O. Alojzy Korzeniewski był mocno zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Otaczał czcią męczennika-jezuitę Andrzeja Bobolę. To jemu właśnie – załamanemu wydanymi przez cara w stosunku do swojej osoby zakazami głoszenia słowa Bożego, spowiadania i publikowania – w klasztorze dominikanów w Wilnie, gdy patrzył w bezsenną noc przez okno celi i modlił się do Andrzeja Boboli – zapewne dlatego, że przez okna mógł widzieć klasztor jezuicki, w którym swego czasu mieszkał Andrzej Bobola – w roku 1819 r. ukazała się postać w stroju jezuity. O. Alojzy podzielił się wizją ze współbraćmi oraz z jezuitami. Jezuita Grzegorz Felkerzamb wszystko spisał a jego relacja ukazała się w języku włoskim (1854), w czasopismach francuskich, oraz wydrukował ją w roku 1855 „Przegląd Poznański”. Felkerzamb relacjonuje, że o. Alojzy Korzeniewski pewnego dnia w wieczornej modlitwie zwracał się do Andrzeja Boboli, zawierzając mu sprawę niepodległości Polski. Właśnie miał kłaść się spać, gdy ujrzał przed sobą jezuitę, do którego przed chwilą się zwracał. Duch Boboli przemówił:
»Stawiam się na twe wezwanie, ojcze Korzeniecki, jestem Andrzej Bobola. Otwórz raz jeszcze okno twoje, a dziwy zobaczysz. Płaszczyzna, którą masz przed sobą – mówił dalej Wielebny Bobola – to okolica Pińska, wśród której miałem szczęście ponieść męczeństwo dla wiary. Przyjrzyj się, a dowiesz się o tym, co cię tak żywo obchodzi«. O. Korzeniecki zwrócił znowu oczy na krajobraz. Tym razem płaszczyzna była pokryta niezliczonymi batalionami Moskali, Turków, Anglików, Francuzów i innych ludów, których nie umiał rozróżnić. Wszyscy oni walczyli z zaciekłością bezprzykładną. Zakonnik nie rozumiał, co to miało znaczyć; przyszedł mu z pomocą Święty. »Kiedy ludzie doczekają się takiej wojny, za przywróceniem pokoju nastąpi wskrzeszenie Polski, a ja zostanę uznany jej głównym patronem«. Uradowany obietnicą o. Korzeniecki zawołał: »O mój Święty, jakże mogę mieć pewność, że to widzenie, te odwiedziny niebiańskie i ta przepowiednia nie są złudzeniem wyobraźni, snem jedynie?«. »Daję ci na to rękę – odrzekł wielebny Andrzej. – Udaj się teraz na spoczynek, abyś zaś miał znak mojego pojawienia się, ślad mojej dłoni na stoliku twoim zostawiam«. To mówiąc położył dłoń na stole i znikł.
Do przepowiedni opisanej przez Grzegorza Felkerzamba zaraz po beatyfikacji Andrzeja Boboli (30 X 1853 r. Pius IX wpisał męczennika w poczet błogosławionych) podchodzono z rezerwą. Dopiero po 100 latach po zjawieniu proroctwo o wskrzeszeniu Polski okazało się prawdą. Kilkadziesiąt lat później (dopiero 16 maja 2002 r.) Andrzej zostaje również patronem Polski.

Pośmiertna historia Andrzeja Boboli ma jeszcze inne związki z dominikanami. Gdy w roku 1820 jezuici zostali usunięci z Rosji, po chwilowej opiece nad ciałem Andrzeja przez pijarów – w roku 1830 relikwie przeniesiono do kościoła dominikanów – opiekowali się oni ciałem aż do kasaty w roku 1864. Potem znów, w czasie II wojny światowej podczas pożaru kościoła jezuitów na Starym Mieście w Warszawie trumnę z relikwiami przeniesiono do dominikańskiego kościoła św. Jacka, by w roku 1945 przenieść ją ponownie do kaplicy przy ul. Rakowieckiej.

Ale postać św. Andrzeja Boboli jest związana również z Wilnem. To tu, w jednej ze szkół jezuickich pobierał nauki humanistyczne wstępne i średnie wraz z retoryką w latach 1606-1611. Tu zdobył sztukę wymowy i doskonałą znajomość języka greckiego, co ułatwiło mu w przyszłości rozczytywanie się w greckich ojcach Kościoła i dyskusje z teologami prawosławnymi. To tu 31 lipca 1611 r., w wieku 20 lat, wstąpił do jezuitów. Po dwóch latach nowicjatu złożył śluby proste i w latach 1613-1616 studiował filozofię na Akademii Wileńskiej, kończąc studia z wynikiem dobrym. Wyjechał na dwa lata pracy pedagogicznej, by wrócić na Akademię Wileńską na dalsze studia teologiczne (1618-1622), które ukończył święceniami kapłańskimi (12 marca 1622 r.). Stąd wyjechał do pracy kaznodziejskiej i misyjnej. W międzyczasie był rektorem kościoła w Wilnie – w latach 1624–1630 jest kaznodzieją i spowiednikiem kościele św. Kazimierza. W latach 1642-1643 oraz 1646-1652 ponownie w Wilnie pełnił funkcję moderatora Sodalicji Mariańskiej i kaznodziei.

Andrzej wyróżniał się żarliwością o zbawienie dusz. Pod wpływem jego kazań wielu prawosławnych przeszło na katolicyzm. Jego gorliwość, którą określa nadany mu przydomek „łowca dusz – duszochwat”, była powodem wrogości ortodoksów. W czasie wojen kozackich przerodziła się w nienawiść i miała tragiczny finał.
16 maja 1657 r. zostaje schwytany przez oddział prawosławnych kozaków. Z Andrzeja zdarto sutannę, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano go do słupa i zaczęto bić nahajami. Kiedy ani namowy, ani krwawe bicie nie złamało kapłana, aby się wyrzekł wiary, oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z niej koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę tak, aby jednak nie pękła czaszka. Zaczęto go policzkować, aż wybito mu zęby, wyrywano mu paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Potem przywiązany do siodeł musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc. W Janowie przyprowadzono go przed dowódcę. Ten zapytał: „Jesteś ty ksiądz?”. „Tak”, padła odpowiedź, „moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się”. Na te słowa dowódca zamierzył się szablą i byłby zabił Andrzeja, gdyby ten nie zasłonił się ręką, która została zraniona.
Zawleczono go do rzeźni miejskiej, rozłożono go na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało do kości na głowie, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypywano sieczką, odcięto mu nos, wargi, wykłuto mu jedno oko. Kiedy z bólu i jęku wzywał stale imienia Jezus, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język u nasady. Potem powieszono go twarzą do dołu. Uderzeniem szabli w głowę dowódca zakończył nieludzkie męczarnie.

Dodaj komentarz

pasterz…

Niedziela Dobrego Pasterza… Wiele słów na temat tego, jaki powinien być pasterz – nie owce a pasterz właśnie… Próba robienia rachunku sumienia pasterzom Kościoła…

Mnie dziś zaskoczył wspaniały wywiad na temat „dobrego pasterzowania” i nim się właśnie podzielę…
„Siła biskupów, siła Kościoła”: prawdziwy ekumenizm, prawdziwa misyjność Kościoła w życiu społecznym…

P.S. proszę nie zwracać uwagi na drugą część tytułu wywiadu (Jak na Łotwie gender zatrzymano) – dla mnie wywiad jest „o dobrze rozumianej i odkrytej posłudze pasterskiej”…

Dodaj komentarz