Archiwum dla Kwiecień 2020

Pan naprawdę dba o swój Kościół – Pius V…

Dodaj komentarz

„Ty myśl o Mnie, Ja będę myślał o Tobie” – Katarzyna ze Sieny…

Świętowaliśmy święto św. Katarzyny ze Sieny – homilia wygłoszona podczas mszy św. o godz 19.00 w Sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei w Jamnej – 29 kwietnia 2020 r.

Dodaj komentarz

Emaus – III Niedziela Wielkanocna (rok A)

Homilia wygłoszona w III Niedzielę Wielkanocną (rok A) podczas mszy św. o godz. 13.00 w Sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei w Jamnej (26 kwietnia 2020r.)

 

Dodaj komentarz

Oktawa Wielkanocy – Niedziela Miłosierdzia…

Niesamowita katecheza o miłosierdziu:
Choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus – ma moc przyjść do mnie nawet wtedy, gdy się przed Nim zamykam. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok – nie mówi: „patrzcie coście zrobili”, ale: „patrzcie jak was kocham”. Św. Tomasz z Akwinu powie potem, że męczennicy po śmierci zachowają ślady męczeństwa – by pamięć o ranach, pamięć w miłości, uzdrawiała. Pamięć w miłości nie jest destrukcyjna, pamięć w miłości uzdrawia ludzką psychikę… Tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” – obdarza życiem jak pierwszego człowieka Adama. Władza odpuszczania grzechów to powtórzenie aktu stwórczego – przekazuje władzę wskrzeszania i stwarzania na nowo wspólnocie Kościoła… Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Rozumie wątpliwości tego, który nie zamierza być „świadkiem z drugiej ręki”. Ten, który przed zmartwychwstaniem odmawiał wszystkim, którzy domagali się znaku pozwala Tomaszowi pokonać niewiarę przez zanurzenie dłoni w swoim przebitym boku…

„Niewierny Tomasz” stał się dla wielu synonimem sceptyka – niektórzy próbują tłumaczyć imię Didymos jako „człowiek o dwóch duszach”, rozdwojony, poszukujący… Tymczasem „Didymos” oznacza po prostu „bliźniak” – zapewne nosi w sobie doświadczenie częstego mylenia go z bratem. Pierwsze skojarzenie bliźniaka: zobaczyli kogoś podobnego do Jezusa. Takie wytłumaczenie jest przecież o wiele bardziej prawdopodobne niż pomysł, że zmarły ożył. Tomasz jest najzwyczajniej w świecie wierny swojemu doświadczeniu…
Reszta uczniów niestety nie potrafi zrozumieć doświadczenia bliźniaka – proste „zaszufladkowanie”: nie wierzy…
I znów, kolejny cud miłosierdzia: Tomasz, pomimo niezrozumienia ze strony współ-uczniów, uznania jego wątpliwości za niepoważne, braku zaufania i wzajemnych pretensji – pozostaje we wspólnocie. Nie odchodzi – choć ma mocne powody by się obrazić. Nie chce jednak opuszczać wspólnoty – pojawia się tydzień później, by być razem… Oni również, pomimo tlącego się pewnie braku zaufania, pozwolili mu być z sobą…

Mocnym znakiem jest również to, że Zmartwychwstały nie przychodzi do Tomasza na osobności, by leczyć jego „wątpliwości”. On przychodzi do wspólnoty – w ten sposób leczy nie tylko Tomasza, ale i wzajemne więzi apostołów…
Grzegorz Wielki komentując to wydarzenie powiedział: „Więcej pomaga naszej wierze niewiara Tomasza, niż wiara apostołów”. Ale jest to „niewiara” szczególna – „niewiara”, która nie wyprowadza ze wspólnoty – to jedyne miejsce, gdzie Zmartwychwstały chce się spotkać z tymi, którymi targają wątpliwości… I nauka dla Kościoła: mimo niezrozumienia i pretensji z powodu „niewiary” swoich członków, należy okazywać im cierpliwość – Jezus sam, w odpowiednim czasie, pochyli się nad „dylematami wiary” wątpiących…

Na zakończenie – by nie ulec wrażeniu, że tajemnica Bożego Miłosierdzia jest nowością w Kościele – fragment z Dialogu o Opatrzności Bożej św. Katarzyny ze Sieny, dominikanki, patronki Europy:
Przez Twe Miłosierdzie obmyłeś nas w Twojej Krwi,
przez miłosierdzie zechciałeś rozmawiać ze stworzeniami.
O Ty, Oszalały z miłości!
Nie wystarczyło Ci, że wcieliłeś się, ale zechciałeś także umrzeć! (…)
O Miłosierdzie!
Moje serce rozpływa się na myśl o Tobie,
tak iż dokądkolwiek zwrócę moją myśl,
nie znajdę niczego poza miłosierdziem.

Dodaj komentarz

Wigilia Niedzieli Miłosierdzia… – konferencja…

Konferencja o „Miłosierdziu jako miłości bez warunków” wygłoszona 18 kwietnia 2020 r. podczas wieczornego czuwania w wigilię Niedzieli Miłosierdzia w Sanktuarium Matki Bożej Niezawodnej Nadziei w Jamnej…

Dodaj komentarz

Oktawa Wielkanocy – Sobota…

Po swym zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów – najpierw Marii Magdalenie, choć istnieje również przekonanie, że przed ukazaniem się przy pustym grobie Marii Magdalenie Zmartwychwstały odwiedził swoją matkę. Dowodem na to miałaby być jej nieobecność w grupie kobiet, które o świcie poszły do grobu. Poza tym pierwszymi świadkami zmartwychwstania, zgodnie z Jego wolą, były kobiety, które wiernie stały pod Jego krzyżem – wśród nich była też i Jego matka…

Wróćmy jednak do ewangelii i Marii Magdaleny – ukazał się najpierw tej, która wśród Jego uczniów była chyba najbardziej doświadczona przez życie, może nawet przez grzech (z której wyrzucił siedem złych duchów). Ani umiłowany uczeń Jan, ani przyszły pierwszy papież Piotr, nie byli bardziej godni by jako pierwsi zobaczyć Go żyjącym. Można zadawać pytanie: dlaczego?
Ona poszła i oznajmiła to tym, którzy byli z Nim, pogrążonym w smutku i płaczącym. Kościół pierwszych wieków nazywał ją „Apostołką apostołów” – była pierwszą głosicielką Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu – może dlatego też jest ulubioną patronką dominikanów, kaznodziejów, głosicieli Dobrej Nowiny…
Oni jednak słysząc, że żyje i że ona Go widziała, nie chcieli wierzyć – relacja kobiety wydaje się im nieprawdopodobna. Można to oczywiście usprawiedliwiać mentalnością semicką – kobieta, jako człowiek „drugiej kategorii”, nie mogła sprawować funkcji publicznych a także, ze względu na słabość kobiecej natury, nie mogła być świadkiem (także w sprawach sądowych) – była więc po prostu osobą niewiarygodną. Uczynienie więc kobiety pierwszym świadkiem najważniejszego – fundamentalnego dla naszej wiary – wydarzenia, świadczy bezwzględnie o prawdziwości Ewangelii. Gdyby przesłanie Dobrej Nowiny miało być zmyślone – co w historii niektórzy sugerowali – to „zmyślający” opowiadanie Ewangeliści na pewno nie uczyniliby kobiet świadkami w tak ważnej sprawie…

Potem ukazał się w innej postaci dwom z nich na drodze, gdy szli na wieś. Oni powrócili i oznajmili pozostałym. Lecz im też nie uwierzyli. „W innej postaci” – to próba wytłumaczenia nierozpoznania Go. Ciekawe jest jednak to, że również ich świadectwo nie wzbudza wiary w Jego zmartwychwstanie – Jedenastu uznaje to zapewne za jakąś formę przywidzenia. Dopiero gdy ukazuje się apostołom zgromadzonym równocześnie w jednym miejscu – „przywidzenie” zostaje wykluczone: W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego.
Czy uwierzyli? Gdyby nie uwierzyli, Jego nakaz nie miałby sensu: I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu”. Można się dzielić jedynie tym, co się samemu przyjęło…

Bez wątpienia wiara w zmartwychwstanie nie jest rzeczą łatwą. Łatwiej wierzyć w informacje złe niż dobre. A gdyby tak obrócić nasz sposób rozumowania i założyć, że Zmartwychwstały ukazał się najpierw bodaj największej grzesznicy spośród wszystkich uczniów – niniejszym przepraszam Marię Magdalenę – a nie tym „najlepszym”… A może jest tak, że Zmartwychwstały idzie z Dobrą Nowiną najpierw do tych, którzy najbardziej potrzebują umocnienia – bo to oni są dla Niego najważniejsi… Idzie najpierw do tych najbardziej potrzebujących…

Dodaj komentarz

Oktawa Wielkanocy – Piątek…

Niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą… – i poszli – poszli do miejsca swojego zamieszkania i pracy… Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Trzeba zabić jakoś te myśli o zawiedzionych nadziejach – nie można też przecież „nic nie robić”. Najbardziej konstruktywnym pomysłem i celowym działaniem jest powrót do starego wyuczonego zawodu: Szymon Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi… – zgadzają się z Piotrem: „nie zajmujmy się mrzonkami, zajmijmy się tym, co potrafimy robić najlepiej”… I tu zonk, zaskoczenie – tej nocy nic nie złowili… Profesjonaliści nic nie złowili…
Zapomnieli, że specjalistą od połowu – tego prawdziwego połowu – jest kto inny: A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy macie co na posiłek? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.

Mija właśnie czternaście lat, gdy stałem w miejscu połowu i chrystofanii – pamiętam, jak próbowałem sobie wyobrazić całe to wydarzenie. Bohaterowie tej sceny już wcześniej spotkali Zmartwychwstałego – dalej jednak nie wiedzą co robić i czym się zająć. Zaczyna brakować przywódcy – kimś takim był przecież Jezus. Wydają się zdezorientowani – nie tak przecież wyobrażali sobie przyszłość.
I tu dzieje się coś, nad czym się pewnie do końca nie zastanawiali – gromadzą się wokół Szymona Piotra, który wcześniej został namaszczony przez Jezusa, by stał na ich czele. Piotr wraca do zajęcia sprzed powołania – które dokonało się nad tym właśnie jeziorem: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi (Mk 1, 17) – praca ta jednak staje się daremna i nie przynosi żadnych efektów… I posłuchali nieznajomego – zrobili coś, czego rybak-profesjonalista nie robi – zarzucanie sieci rano, po całej nocy daremnego połowu, jest czynnością bezsensowną i prowadzi jedynie do bezcelowej utraty resztek sił…
Totalne zaskoczenie – aż postanowili dokładnie policzyć złowione ryby – i cud, który otwiera im oczy: Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się w morze. (…) Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci. (…) żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. Nie tylko im się ukazuje ale troszczy się jeszcze o ich pracę i posiłek – jest z nimi dalej, choć inaczej niż przedtem. Daje też do zrozumienia, że powołanie „połowu ludzi” nie zostało cofnięte – wręcz przeciwnie, dopiero teraz będą je mogli skutecznie realizować…

Scena nad Morzem Tyberiadzkim to nie tylko chrystofania – to także ujawnienie tożsamości Kościoła – wspólnoty budowanej na Chrystusie, której celem jest głoszenie ewangelii światu. Dzisiejszy tekst ewangelii zawiera niesamowite mnóstwo szczegółów – nie tylko dokładnie wymienia wszystkich uczestników i wskazuje, kto inicjuje połów – ale także podaje odległość łodzi od brzegu i dokładną liczbę złowionych ryb. Nie wiem czy liczba uczestników – siedmiu – ma w tej części Janowej relacji jakieś symboliczne znaczenie – na pewno symboliczne znaczenie ma miejsce – miejsce pierwszego powołania – miejsce zawiązywania się Kościoła.
Co do liczby sto pięćdziesiąt trzy – wiele uczonych głów przedstawia różne jej znaczenia, łącznie z tymi opartymi na rabinicznej sztuce interpretacji słów zwanej gematrią. Do mnie najbardziej przemawia to, powołujące się na Arystotelesa – opisując wszystkie znane wówczas gatunki ryb, wymienia ich łącznie sto pięćdziesiąt trzy. Może więc Jan chce podpowiedzieć, że targetem Kościoła (połowu, którego dokonuje) jest cała ludzkość – każdy człowiek ma być odbiorcą orędzia Kościoła o zbawieniu.
Rzekł do nich Jezus: Chodźcie, posilcie się! (…) A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę. Zmęczonym i zagubionym przygotowuje posiłek – taką rolę w Kościele pełni Eucharystia…

Dodaj komentarz

Oktawa Wielkanocy – Czwartek…

On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: „Pokój wam!” Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: „Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie Mnie i przekonajcie się: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam”. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: „Macie tu coś do jedzenia?” Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i spożył przy nich. Nie jest duchem ani zjawą, nie jest również wytworem ich wyobraźni – wytwór wyobraźni nie zje im ryby 🙂 – czy nawet projekcją ludzkiej tęsknoty… Niesamowicie mocno podkreśla realność ciała po zmartwychwstaniu… Dlaczego?
Może właśnie dlatego, by przypomnieć o godności i wartości ludzkiego ciała, które jest „tworzywem” osobistego zmartwychwstania każdego z nas – ciało nie jest „skutkiem ubocznym” czy „błędem” w stworzeniu, nie jest też zbędnym dodatkiem ludzkiej natury. Nie jest też – jako „siedlisko grzechu i zła” – wrogie Bogu.
To właśnie w Zmartwychwstałym, ludzkie ciało staje się najbardziej integralną i ważną „częścią” człowieka – dlatego należy mu się szacunek – nigdy: pogarda czy poniżenie.
Zmartwychwstanie jest naturalną konsekwencją tajemnicy Wcielenia – nie mogło więc wyglądać inaczej: musiało angażować Jego cielesność… Zmartwychwstanie dokonało się w ciele – ciele przemienionym, doskonalszym, piękniejszym – ale jednak tym samym, własnym!

W imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom… Św. Tomasz powie za Augustynem, że grzech to: odwrócenie się od Boga i nieuporządkowane zwrócenie się ku stworzeniu [aversio a Deo et inordinata conversio ad creaturam] – stąd nawrócenie to nic innego jak: zwrócenie się do Boga i uporządkowane zwrócenie się ku stworzeniu.
Może Zmartwychwstałemu chodzi właśnie o takie nawrócenie, w którym zaakcentujemy szacunek do ciała: ciała swojego i ciała drugiego człowieka. Może właśnie odkrycie na nowo godności ciała i szacunek do niego spowoduje, że zaprzestaniemy wyniszczania go przez skutki grzechu i pogardę dla niego. Może trzeba spojrzeć na człowieka z innej perspektywy – tak, jak patrzy upierający się przy uznaniu cielesności Jezus. On tajemnicą swojego zmartwychwstania chce dowieść, że Bóg ocala człowieka z ciałem – a nie tylko duszę. Wy jesteście świadkami tego!

I jeszcze jedna intuicja: Jego Ciało to Kościół – Ciało mistyczne i realne zarazem. Jakże często zamykamy oczy, by nie widzieć i, nie daj Boże, nie zaakceptować realnego Ciała Chrystusa w Kościele… Dlaczego? Bo ono zawstydza swoimi ranami grzechu, skandali i pychy… A On przecież nie wstydzi się swych ran. Pokazuje je uczniom: Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie… On się nie wstydzi Ciała Kościoła – nie ma żadnych pretensji – więcej, zaprasza, by podejść bliżej i dotknąć…
Właśnie to poranione i święte (Kościół jest święty świętością Chrystusa) Ciało Kościoła jest nośnikiem Jego obecności. Jeśli nie zbliżę się do Kościoła – nawet tego poranionego brudem grzechów – nie zbliżę się do Jezusa… Nie dotknę Jego „obecności”… Pokój wam!

Dodaj komentarz

Oktawa Wielkanocy – Środa…

Wczoraj Maria Magdalena, która tak niesamowicie kochała Jezusa – ale Jezusa z „dnia wczorajszego” – że nie była w stanie rozpoznać Tego z „dnia dzisiejszego” – Zmartwychwstałego… Dziś dwóch uczniów, również niesamowicie przywiązanych do Niego – ale do Tego z „dnia wczorajszego”. W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało… To zafiksowanie się na Jezusie z „dnia wczorajszego” zamknęło ich na słowa kobiet o pustym grobie: Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli.

Pełni zawiedzionych nadziei i nierozumiejący tego, co się stało, zdążają do Emaus – na zachód od Jerozolimy – nie w stronę wschodzącego Słońca, ale w stronę ciemności… Smutek, przerażenie i rozczarowanie… Rozczarowanie nie tylko Jezusem ale i sobą – tyle w Niego zainwestowali i teraz klapa…
Jest jednak coś, na co warto zwrócić uwagę: podążają we dwóch, są we wspólnocie – nie zagłębiają się w ciemność samotnie – samotność mogłaby doprowadzić do tragedii – pełen zawiedzionych nadziei i samotny był Judasz…
We wspólnocie mogą rozmawiać – opowiedzieć sobie nawzajem o swoich emocjach i zawiedzionych nadziejach, o swoich rozterkach i wątpliwościach… Tam gdzie są dwaj lub trzej w imię Jego (rozmawiają przecież o Jezusie) tam i On jest obecny – to przecież tajemnica Kościoła…
Właśnie, może w tym dzisiejszym spotkaniu ze Zmartwychwstałym – chodzi naprawdę o tajemnicę Kościoła… On pozwala im się wygadać, a potem zaczyna tłumaczyć, że ich plany nie są Jego planami, że – pomimo, że wydaje się im to wszystko bez sensu – Jego plan jest najlepszy… Jakże ważną rzeczą jest – po zwykłym wygadaniu się i wyrzuceniu z siebie tego wszystkiego co boli i jest niezrozumiałe – pozwolić Jezusowi opowiedzieć nam o swoim planie wobec nas…

Może tak właśnie wygląda Jego interwencja zażegnująca kryzys wiary… Może tu chodzi o prawdziwe przyjęcie drogi, którą On chce mnie poprowadzić? Nie tej, którą ja sobie wykoncypowałem, i uważam ją za jedynie słuszną, ale tej, na którą On mnie zaprasza i która w rzeczywistości staje się lepszą, bardziej niezwykłą i piękną – mimo, że teraz może jeszcze niezrozumiałą…
Pozwolić Mu mówić to jednak nie wszystko. Trzeba mu jeszcze pozwolić być gospodarzem w naszej codzienności… On nie ma być gościem, któremu będziemy dyktowali co ma robić, ale gospodarzem, któremu pozwalamy przejąć inicjatywę: Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go… Wziął chleb naszego codziennego życia, życia od którego próbujemy – pełni lęku i zawiedzionych nadziei – uciekać… Błogosławi… Pokazuje, że On sam jest w tym, co człowiek próbuje uznać za swoją klęskę… Pokazuje sens tego wszystkiego, co się wydarza… Błogosławi, jakby chciał powiedzieć: zaakceptuj to, bo to ma sens… To jest prawda o „łamaniu chleba”, o eucharystii, o błogosławieniu naszego życia.
Na „łamaniu chleba” powstajemy, by wrócić na wschód, ku Jerozolimie – ku światłu…

Dodaj komentarz

Oktawa Wielkanocy – Wtorek…

Przez całą oktawę Wielkanocy kontemplujemy jedno wydarzenie – dziś spotkanie Zmartwychwstałego z Marią Magdaleną. Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni” , to znaczy: Mój Nauczycielu! Rzekł do niej Jezus: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca… I choć niezwykle interesujące jest to, że słowo „Rabbuni” pojawia się w ewangeliach tylko dwa razy – u Marka zwraca się tak do Jezusa niewidomy żebrak z Jerycha – i zarówno Maria Magdalena jak i Bartymeusz wypowiadają je w dość ciekawym kontekście: mają problem z „zobaczeniem” Jezusa – to w całej tej scenie widzę jedynie słynne: noli me tangere…
Maria nazywa Go Mistrzem, Nauczycielem – czyli „widzi” powrót Jezusa do życia poprzedniego i ma przekonanie, że będzie On nadal kontynuował swą przerwaną śmiercią misję. On jednak, napominając ją, by Go nie zatrzymywała, weryfikuje to przekonanie i wskazuje, że musi zmienić swój sposób myślenia. Powstały z martwych Jezus jest jeszcze wciąż w drodze do Ojca.
Maria otrzymuje też od Niego polecenie: udaj się do moich braci i powiedz im: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego”. Zgodnie więc z poleceniem poszła Maria Magdalena i oznajmiła uczniom: „Widziałam Pana”, i co jej powiedział – złożyła świadectwo o spotkaniu…

Zaczynają docierać do mnie jednak i inne treści – dzisiejszy fragment Janowej ewangelii, to ciąg dalszy zapisu suchych faktów, o których czytaliśmy w niedzielę. Suche fakty a zarazem jakieś „nieścisłości”, powtórzenia i napięcia… Maria Magdalena stała przed grobem, płacząc – tymczasem według wcześniejszej (niedziela) relacji Jana, gdy przybyła do grobu i zauważyła odwalony kamień, natychmiast pobiegła zaalarmować uczniów – dwóch od razu pobiegło do grobu – Jan nie wspomina, by i ona z nimi pobiegła. I jeszcze dość niejasny fakt dwukrotnego odwracania się Marii stojącej przy grobie: Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, (…) Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”… Wielu współczesnych egzegetów podpowiada, że Jan wkleił do swojej relacji starszą tradycję – stąd te pewne nieścisłości. Spróbujmy się jednak wczuć w to, co chciał przekazać Jan – spróbujmy zinterpretować fakty…

Nie wiemy, co się z nią stało po tym, jak przybyła do uczniów – można przypuszczać, że chwilę pozostała w Jerozolimie, a następnie znów poszła do grobu. Wcześniej zasugerowała uczniom, że ciało Jezusa zostało gdzieś zabrane – domyślamy się więc, że nie dopuszcza w ogóle myśli o powstaniu Jezusa z martwych (inaczej reagują Szymon Piotr i sam Jan, który mówi o sobie: ujrzał i uwierzył). Płakała – chyba bardziej dlatego, że „gdzieś” zabrano Jego ciało. Skoro grób jest otwarty, ktoś musiał zabrać ciało – ale, co ciekawe, do tej pory nie zajrzała do środka – nie mogła więc mieć pewności, że ciała Jezusa rzeczywiście nie ma. Może chodzi tu o jakiś symboliczny Janowy przekaz – stanie „na zewnątrz” grobu uniemożliwia jej dojście do prawdy – stanie się to możliwe dopiero w spotkaniu…
A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?” Ciekawe, że aniołowie nie zwiastują samego faktu zmartwychwstania – swoją obecnością potwierdzają jedynie fakt: „tu leżało ciało” i pytają o powód jej stanu emocjonalnego. Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono – podobnie mówiła wcześniej uczniom – nie dopuszcza myśli o możliwości zmartwychwstania – wciąż pozostaje „na zewnątrz”, wciąż górę biorą rozpacz i przeżycia związane z ostatnimi dniami kochanego Jezusa.

Od tego jednak miejsca zaczyna się przełom – choć do poznania prawdy nie doszła od razu. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?” Pytanie Jezusa brzmi identycznie jak słowa aniołów: Niewiasto, czemu płaczesz?, ale dodaje drugie: Kogo szukasz? – to chyba ważne pytanie, bo ona raczej nie szuka Zmartwychwstałego ale wciąż Ukrzyżowanego. Ona zaś, sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę”. Wydaje się, że myśli dość racjonalnie i szuka najprostszego rozwiązania zaistniałej sytuacji. Teraz dopiero przełom osiąga swój punkt kulminacyjny. Zmartwychwstały zwraca się do Marii po imieniu: Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni” , to znaczy: Mój Nauczycielu! Kończy się etap płaczu i rozpaczy – w tych kilku wersach aż cztery razy jest mowa o jej płaczu – rozpoczyna się czas radości… Poszukiwanie Marii osiąga kres – choć niewątpliwie nie taki, jakiego się spodziewała – szukała Ukrzyżowanego a odnalazła Zmartwychwstałego…

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Maria doszła do prawdy o zmartwychwstaniu nie dlatego, że zobaczyła pusty grób, ale dlatego, że spotkała Zmartwychwstałego. Pusty grób nie jest dowodem zmartwychwstania – dowodem są spotkania, w których Ukrzyżowany objawia się człowiekowi jako Żyjący i pozwala mu się rozpoznać…
A co z tym enigmatycznym podwójnym odwracaniem się? Świetnie o tym napisał – powołując się na Augustyna – św. Tomasz z Akwinu: Czy jednak nie patrzyła na Chrystusa, który ją wezwał? Odpowiadam: Należy stwierdzić, według Augustyna, że słowa te odnoszą się do wewnętrznego usposobienia umysłu. Najpierw bowiem, gdy odwróciła się ciałem, sądziła, że Chrystus był tym, kim nie był, mianowicie ogrodnikiem. Teraz zaś odwróciła się sercem, gdy poznała kim był…

Dodaj komentarz