Archiwum dla Grudzień 2019

Boże Narodzenie – lectio divina…

W okresie Bożego Narodzenia słowa z Prologu ewangelii janowej przywoływane są aż do znudzenia – w najbliższą niedzielę pojawią się również… To ciągłe powtarzanie sprzyja jednak pokusie, by się wyłączyć: Na początku było Słowo… – a „to już znam…”
Może więc sam Kościół staje się trochę winny „zbanalizowania” tak ważnych słów?

Z drugiej jednak strony ciągle nam one o czymś przypominają. Po pierwsze ciałem stało się słowo Boga „kocham”, które kieruje do ludzkości, do każdego z nas… – i tajemnica Wcielenia o tym „Słowie” ciągle nam przypomina. Po drugie przywołujemy w tym okresie różnych świętych Kościoła, którzy to słowo „kocham” usłyszeli, zrozumieli, przyjęli i potrafili na nie odpowiedzieć – i nie chodzi tu jedynie o męczenników… Można tu przywołać choćby Jana (jego święto obchodziliśmy 27.12) – jego jedność ze Słowem Wcielonym jest obrazem jedności Jezusa ze swoim Przedwiecznym Ojcem – obrazuje to pięknie spoczywanie Jana podczas Ostatniej Wieczerzy na piersi Jezusa – sformułowanie to jest kalką ostatniego zdania z Prologu, że Jednorodzony Syn przebywa na łonie Ojca (por. J 1,18)…

Może dziś na zakończenie roku warto zrobić sobie rachunek sumienia z mojej relacji ze Słowem, bo świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli (J 1,10-11). A przecież Ono wszystkim tym (…), którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi (J 1,12). Właśnie!… Może należałoby spojrzeć na ten fragment poprzez pryzmat Maryi, która w tych dniach stoi przed nami Jako Boża Rodzicielka – Rodzicielka Słowa…

Spróbujmy więc spojrzeć na Prolog ewangelii janowej przez pryzmat ewangelii Łukasza. Znajdują się tam dwa piękne fragmenty o Słowie…
Pierwszy, gdy przyszli do Niego Jego Matka i bracia, lecz nie mogli dostać się do Niego z powodu tłumu. Oznajmiono Mu: «Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą». Lecz On im odpowiedział: «Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je» (Łk 8,19-21).
I drugi, trzy 3 rozdziały dalej, gdy jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała do Niego: «Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś». Lecz On rzekł: «Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je» (Łk 11,27-28).
To jest przecież o nas… Przyjmuję słowo tak jak Maryja tylko wtedy, gdy naprawdę słucham. Strzegę tego słowa, gdy biorę je do swojego wnętrza, biorę je w swoje łono – jak Ona wzięła to słowo do swojego wnętrza na 9 miesięcy i strzegła je w swoim łonie i miała to przepiękne doświadczenie czuć, jak to słowo w niej rośnie… I potem czynię słowo – to znaczy daję mu ciało, tak jakbym rodził słowo z Maryją – i ono opuszcza moje wnętrze i rodzi się dla świata…

Dziś bardzo dużo mówi się o lectio divina – to taka metoda kontaktu z Pismem Św., w której najpierw słucham: lectio i auditio – czytam i słucham. Zaraz potem meditatio, by strzec słowa, by nie potraktować go byle jak, by mieć dla niego czas, by zostało w moim wnętrzu. I na zakończenie oratio – modlitwa… Gdy je przyjąłem i ustrzegłem to przychodzi moment by się ze mnie urodziło i wtedy ono właśnie staje się ciałem…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – radość z obecności…

Anna nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą (Łk 2,37b) – ta ewangelia jest wspaniałą okazją do mówienia o wielkim znaczeniu dla Kościoła ludzi starych – szczególnie tych obdarzonych darem modlitwy… Tak już bywa z naszym życiem, że Jezusa odkrywamy dopiero u kresu swojej drogi – uczniowie idący z Jezusem do Emaus, również rozpoznali Go u kresu drogi… Może właśnie dlatego człowiek dopiero na starość odkrywa znaczenie pobożności i smak modlitwy. Anna jest więc wzorem pięknego przeżywania starości – starości przepełnionej miłością do Boga i modlitwą za innych…

Kim była? Jedyne co wiemy: córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia (Łk 2,36b-37a). Nie znamy jednak bliżej ani Fanuela, z pokolenia zamieszkującego terytorium na północnym zachodzie Galilei, ani tym bardziej jej męża, z którym żyła jedynie siedem lat… Jedyne co wiemy to to, że nie wyszła więcej za mąż – ideał wdowy w świecie żydowskim. Była kobietą bogobojną i starą – być może w ten sposób Łukasz chce nam podpowiedzieć, że w jej osobie z przyjścia Mesjasza raduje się lud Starego Przymierza, a raczej wierna Bogu jego duchowa elita, nazywana w Piśmie Świętym resztą Izraela – i stąd to podkreślenie rozmodlenia i oddania swego życia na służbę Bogu: nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą…

Interesujące i niezwykle intrygujące jest również to, co mówiła oddając cześć Jezusowi – ewangelista tego nie notuje. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy (Łk 2,38). Jest to intrygujące, tym bardziej, że Łukasz wspomniał, że jest prorokinią – Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko Jezus do świątyni, była tam prorokini Anna (Łk 2,36a). Anna podobnie jak Jan Chrzciciel stoi na krawędzi obu Testamentów – jest prorokinią, ale jeszcze nie świadkiem wydarzeń z życia Jezusa.
Dlaczego Łukasz, który wcześniejsze słowa starca Symeona dość skrupulatnie przekazuje, nie notuje słów, którymi prorokini Anna sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy? A byłoby to tym bardziej istotne, że nikt z urzędowych kapłanów nie dostrzega tego faktu i świątynia jerozolimska pozostaje milczącą wobec faktu nawiedzenia…
Może Łukaszowi chodziło w tym wydarzeniu o coś zupełnie innego – może chodziło o pokazanie źródła wrażliwości na przychodzącego Mesjasza? Anna była rozmodlona i rozkochana w Bogu, trwała w Jego obecności w świątyni i naprawdę oczekiwała Mesjasza – ktoś taki nie może przegapić momentu objawienia się Boga w swojej świątyni… Normalnym dla niej się staje, że Go po prostu wita i opowiada o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. Mówiła o Nim nie po to, by kogokolwiek nawrócić – ona po prostu się Nim cieszyła!…

A może to podpowiedź dla nas, może trzeba zacząć naśladować Annę: Zapomnij o nawracaniu! Wystarczy, że zaczniesz się szczerze cieszyć wobec innych ludzi Jego obecnością – resztę pozostaw działaniu tej Jego obecności!…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – rola mężczyzny w rodzinie…

Jedynym miejscem, gdzie mogłaby się objawić prawda o Bożej miłości to rodzina. Tylko w rodzinie można miłości doświadczyć i miłości się uczyć. Bez rodziny nie bylibyśmy w stanie zrozumieć słowa „kocham”. To dlatego też, Syn Boży przyszedł na świat i wychował się w rodzinie: w rodzinie był poddany swoim ziemskim rodzicom, w rodzinie wreszcie czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.
Mam nadzieję, że nikt nie myśli sobie, że w rodzinie Jezusa („świętej rodzinie”) była wyłącznie sielanka. Nic bardziej mylnego. Tam na pewno było wiele bolesnych napięć. Począwszy od napięcia pomiędzy Józefem a Maryją, gdy dowiedział się, że jest ona w stanie błogosławionym i nie chciał jej przyjąć, poprzez odrzucenie przez krewnych, problem ze znalezieniem noclegu i sam poród, emigrację do Egiptu (o czym w dzisiejszej ewangelii), zagubienie się Syna (czy rodzice mogą sobie na to pozwolić?), późniejszy brak Józefa (śmierć? – nie pojawia się potem na kartach ewangelii), aż do śmierci jedynego Syna. To tylko niektóre „napięcia” przynoszące wiele ludzkiego bólu, o których wspomina ewangelia – pewnie było ich więcej…

Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam rodzinę Jezusa w kłopocie – w niebezpieczeństwie i realnym zagrożeniu. Dopiero co została – nie bez wątpliwości – zawiązana. Dopiero co, pośród trudów i problemów, zakiełkowała radość z Nowonarodzonego. A tu znów sytuacja, która nie jest do pozazdroszczenia…

I tu nie mogę się oprzeć… Mówimy ciągle o rodzinie – ale dzisiejsza ewangelia jest głównie o roli ojca w rodzinie. Milczący Józef, który staje na wysokości zadania i bez gadania, widząc co grozi rodzinie, wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu (Mt 2, 14). Zadbał o bezpieczeństwo…
To nie Maryi, matce Jezusa – co by nas nie dziwiło, tyle przecież jej przypisujemy – przyśnił się anioł z ostrzeżeniem. Jej rolą jest matczyna czułość i ciepło… Anioł przychodzi do jej męża, do ojca, do mężczyzny – bezpieczeństwo rodziny, bezpieczeństwo domu jest przecież w jego rękach. Może dzisiejsza ewangelia jest wołaniem o mężów i ojców w rodzinie – wołaniem, by potrafili stawać na wysokości zadania. Jeśli rodzina jest w kłopocie, jeśli rodzina jest zagrożona, to jest to ten moment, by to właśnie mężczyźni, mężowie i ojcowie, zadbali o bezpieczeństwo swoich domów i swoich rodzin…
I nie chodzi tu jedynie – albo nawet i w ogóle – o bezpieczeństwo i stabilność ekonomiczną. Tu chodzi o odkrycie roli mężczyzny w rodzinie, o wzajemne się uzupełnianie – a rola mężczyzny, męża i ojca – jak podpowiada dzisiejsza ewangelia – jest nie do zastąpienia. Czas, by mężczyźni poszli w ślady Józefa…

I jeszcze jedna ważna cecha Józefa – anioł mówi do niego we śnie… Pamiętamy, jak przyszedł do niego we śnie, gdy chciał oddalić swą małżonkę. Dziś tę frazę słyszymy trzykrotnie: oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł (…) A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się Anioł Pański we śnie i rzekł (…) Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w okolice Galilei… (Mt 2, 13a.19.22b). On naprawdę był otwarty na słowo Boga – on umiał się modlić – umiał słuchać!!! Sen – to pozwolić Bogu mówić!…
Może męska modlitwa bardziej polega na słuchaniu – to kobiety zwykle Boga zagadują 🙂 – mężczyźni potrafią słuchać… Może dlatego właśnie rola mężczyzny w rodzinie jest nie do przecenienia… Józef, nie słucha własnych emocji, nie szuka samozadowolenia, nie wybiera przyjaźniejszego klimatu do życia – on akceptuje głos Boga, który prowadzi go przez wydarzenia trudne, ale zawsze celowe…
Oto rola mężczyzny w rodzinie!…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – herodowy fanatyzm…

Pieter Bruegel Starszy: „Rzeź niewiniątek”

Pierwsze skojarzenie: Jezus, podobnie jak mały Mojżesz cudownie wybawiony z rzezi niemowląt, staje się nowym Mojżeszem, danym ludowi, by nas doprowadził do ziemi obiecanej – ale to chyba dość jasne skojarzenie…
Drugie skojarzenie wprost podpowiada Mateusz cytując samego Jeremiasza (31,15): Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma” (Mt 2,17-18). W Rama została pochowana Rachel, żona Jakuba, ojca dwunastu synów, którzy dali początek dwunastu pokoleniom narodu wybranego (por. 1Sm 10,2). Gdy Izraelici byli pędzeni na wygnanie do Babilonu i przechodzili przez Rama – to matka ich narodu płakała z grobu nad losem kolejnych pokoleń jej dzieci. Mateusz mówi więc o płaczu nad kolejnymi pokoleniami narodu wybranego – również chyba i nad nami…

Nie umniejszając tragedii rzezi niewinnych dzieci, warto pokusić się o próbę zrozumienia tego co jeszcze chciał przekazać Mateusz… Gdy pomyślimy, że Betlejem w tamtym czasie było niewielką okolicą a rozkaz Heroda ograniczał się jedynie do chłopców, którzy nie przekroczyli dwóch lat – posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców (Mt 2,16b) – to można by szacować, że zginęło wówczas około dwudziestu, może trzydziestu chłopców – nie chodzi tu więc o tysiące zabitych.
Może więc Mateusz chciał zwrócić uwagę na coś jeszcze innego? Może chodzi o samego Heroda?

„Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić” (…) Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew (Mt 2,13b.16a). Sam Herod Wielki znany jest doskonale historykom jako człowiek panicznie bojący się spisku. Historycy twierdzą, że budował warowne twierdze, które nie miały żadnego znaczenia strategicznego dla państwa, ale jemu osobiście zapewniały doskonałe bezpieczeństwo – tak otrzymał swój przydomek… Podobno nie ufał absolutnie nikomu i w każdym widział potencjalnego wroga, który knuł przeciw niemu spisek – dlatego też wielokrotnie posuwał się do uśmiercania tych, których uważał za niebezpiecznych dla swoich planów – historycy wspominają morderstwo członków Sanhedrynu, trzystu dworzan, żony i teściowej oraz trzech własnych synów.
Nie ma się więc co dziwić, że wieść o narodzonym Królu Żydowskim doprowadziła go do szału. Rozkaz zamordowania niewinnych betlejemskich chłopców z powodu lęku przed utratą władzy był „w jego stylu”…

Ale dlaczego o Herodzie? Może właśnie dlatego, że w każdym z nas jest trochę z Heroda…
Nowonarodzony Jezus zagrażał herodowej wizji świata i życia – my też często trzymamy się kurczowo własnego stylu życia i własnej wizji świata. Tak bardzo bywamy do niej przywiązani, że każda próba naruszenia status quo, może być traktowana jak zamach stanu… Bywa, że jesteśmy jak Herod więźniami swoich ambicji i planów. Zmieniać się powinni inni. Ja jestem jedynym depozytariuszem prawdy i żadna zmiana nie powinna dotykać moich schematów życiowych. Taka postawa bardzo szybko może się przerodzić w fanatyzm punktowania grzechów i pomyłek innych oraz korygowania wszystkiego i wszystkich…
Może to przestroga przed rodzącym się we mnie Herodem?

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – świadectwo miłości…

Bóg przychodzi, by zaświadczyć o swej miłości, by ją udowodnić pragnieniem bycia blisko osoby kochanej – wczoraj o nietakcie ze strony Kościoła, który widzi świadectwo wiary w męczeństwie i prześladowaniach – a dziś o świadectwie miłości, które nie musi być związane z męczeńską śmiercią… Jan jako jedyny z apostołów zmarł śmiercią naturalną…

Na początek kilka faktów z jego życia – muszą być one ważne, jeśli Kościół wspomina Jana w trzecim dniu oktawy Bożego Narodzenia…
Syn Zebedeusza i Salome, młodszy brat Jakuba Starszego, uczeń – prawdopodobnie jeden z najbardziej zaufanych – Jana Chrzciciela. Razem z Andrzejem rusza za Jezusem, ale po tym pierwszym spotkaniu nie zostaje z Nim na stałe (nie znamy powodów). Ostateczne dołączenie do grona uczniów Jezusa opisują: Mateusz (4,18-22), Marek (1,14-20) i Łukasz (5,9-11). Jeden z „Synów gromu”.
Jest zamożnym rybakiem – miał własną łódź i sieci. Niektórzy sądzą, że dostarczał ryby na stół arcykapłana – dlatego mógł po aresztowaniu Jezusa wprowadzić Piotra na podwórze arcykapłana.
Ewangelie odnotowują jego obecność podczas Przemienienia na Górze, przy wskrzeszeniu córki Jaira oraz w czasie konania i aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym. Razem z Piotrem zostaje wyznaczony by przygotować Paschę, a w trakcie Ostatniej Wieczerzy spoczywał na piersi Jezusa. Jako jedyny z uczniów pozostaje wierny – stoi pod krzyżem. To jemu Chrystus powierza mu swoją Matkę…
Po zmartwychwstaniu przybywa razem z Piotrem do grobu: „ujrzał i uwierzył” (J 20, 8).

Łukasz w Dziejach Apostolskich notuje, że Jan towarzyszy Piotrowi. Obaj dokonują cudu uzdrowienia paralityka przy wejściu do świątyni, obaj są delegowani przez Apostołów dla udzielenia Ducha Św. w Samarii, obaj przemawiają do ludu i zostają wtrąceni do więzienia. Paweł wspomni go w swoim Liście do Galatów i nazwie filarem Kościoła (2,9).

Swoją Ewangelię napisał prawdopodobnie po roku 70, gdy powrócił do Efezu. Miał już pewnie w ręku ewangelie synoptyków, dlatego nie zamierza powtarzać tego, co już napisano i uzupełnia jedynie opisane już wypadki bliższymi szczegółami i faktami opuszczonymi przez synoptyków.

W II lub III wieku powstał w Małej Azji apokryf „Dzieje Jana”, który opisuje cuda jakie Jan miał zdziałać w Rzymie i w Efezie. Jednym z nich jest podanie o tym, jak Domicjan usiłował w Rzymie otruć Jana – kielich pękł i wino się rozlało w chwili, gdy Jan uczynił nad nim znak krzyża. Stąd właśnie jednym z atrybutów Jana w ikonografii jest kielich zatrutego wina z wężem (wąż jest symbolem trucizny-jadu), a na pamiątkę tego wydarzenia w wielu kościołach błogosławi się wino i podaje wiernym do picia, by nie szkodziła im żadna trucizna. To wtedy też, jak podaje apokryf, cesarz kazał męczyć Jana we wrzącym oleju, ale wyszedł on z niego odmłodzony – przez kilkaset lat (do 1909r.) 6 maja było obchodzone osobne święto ku czci św. Jana w Oleju.

Dlaczego więc Kościół dziś przypomina nam tę postać – bo chce nas zachęcić do odpowiedzi Bogu na Jego miłość. Jeśli będziemy się upodabniali do umiłowanego ucznia, to sami staniemy się umiłowanymi uczniami. To upodabnianie można zawrzeć w trzech wymiarach: wytrwał przy Jezusie pod krzyżem gdy inni zwątpili, przyjął Jego Matkę jako własną, i po trzecie, jego jedność z Jezusem odzwierciedlała jedność Jezusa ze swoim Przedwiecznym Ojcem – podczas Ostatniej Wieczerzy spoczywał na piersi Jezusa… Teolodzy zauważają, że sformułowanie to jest kalką ostatniego zdania prologu Janowej Ewangelii, że „Jednorodzony Syn przebywa na łonie Ojca”…
Może warto jeszcze zwrócić uwagę na czwartą cechę, która pojawia się w dzisiejszej ewangelii. Choć dobiegł pierwszy do grobu, poczekał na Piotra, by on mógł tam wejść i zbadać co się stało. Dlaczego się zatrzymał? – bo Jan nie szukał własnego znaczenia, nie bał się usunąć w cień – jemu wystarczyło to, że kochał…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – świadectwo wiary…

Bóg przychodzi, by zaświadczyć o swej miłości, by ją udowodnić pragnieniem bycia blisko osoby kochanej – a tu taki nietakt ze strony Kościoła… Ten wspaniały i podniosły klimat świąt Bożego Narodzenia zostaje zburzony przez dramatyczny opis śmierci pierwszego męczennika Kościoła – Szczepana. Naprawdę zdumiewającym jest, że w drugi dzień tak radosnych i rodzinnych świąt słyszymy opis śmierci Szczepana i ewangelię o prześladowaniach… i o nienawiści, jaka będzie spotykać z powodu Jego imienia…

Oczywiście Kościół poprzez teksty swoich Ojców próbuje nam podpowiedzieć , że jeśli w pierwszy dzień Świąt świętujemy narodziny Króla, to w drugi wypada świętować narodziny Jego żołnierza. Że jest to najlepszy okres, by przedstawić pierwszego męczennika, który zaświadczył swoją śmiercią o prawdziwości posłannictwa Chrystusa…

Dla mnie jednak ciekawsze jest to, że oskarżycielami Szczepana przed Sanhedrynem żydowskim byli zhellenizowani Żydzi (synagogi zostały wymienione w tekście Dziejów Apostolskich) – a sam Szczepan był przecież zhellenizowanym Żydem. To by świadczyło, że Szczepan zaczął od nawracania swoich rodaków, do których mógł przemawiać w ich własnym języku – po grecku…
Może o to właśnie chodzi w dzisiejszym świętowaniu męczeństwa Szczepana… Może to zachęta, by ten czas świąteczny stał się dla nas czasem prawdziwej ewangelizacji rodziny, czasem prawdziwego dawania świadectwa wiary w Tego, który się narodził pośród najbliższych. Zapewne nie jest to łatwe – i zapewne jest to rodzaj jakiegoś męczeństwa. Szaweł się jednak nawrócił – jest więc nadzieja!…

Ale dzisiejsze święto to też pewnie próba zmierzenia się z dość często słyszanymi zarzutami: „jeśli Bóg stał się człowiekiem, by naprawić ten nasz świat, to dlaczego w tym naszym świecie tyle zła, krzywdy, egoizmu i cierpienia?” I dyskretna odpowiedź: bo my ludzie nie jesteśmy przedmiotami, które można naprawić… jesteśmy osobami z darem wolności. I to od naszej woli przecież zależy czy otworzymy się na łaskę czy nie… Wszechmocny, potężny, transcendentny – staje się mały, słaby, zdany na ludzkie „tak lub nie”, zależny od naszej woli – podatny na zranienia…
On nie jest naprawiaczem świata – On nie obiecał, że jeśli w Niego uwierzymy, to nasza ziemia przemieni się w raj. On jedynie zapewnił, że jeśli w Niego uwierzymy i będziemy przy nim trwali, to wyzwoli nas z grzechów i obdarzy prawdziwym życiem…
Tylko tyle – albo aż tyle…
On jest też realistą i wie, że w naszym obecnym świecie grzech i zło mają jeszcze trochę do powiedzenia – taka jest konsekwencja wolnej woli i miłości… Może właśnie dlatego pójście za Nim oznacza często niesienie krzyża i chodzenie dość wąską drogą, a nieraz nawet prześladowanie czy też męczeństwo…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – „ma granice Nieskończony”…

Mówiłem kazanie na Pasterce więc chętnie podzielę się tym, czym dla mnie była i jest ta święta noc Bożego Narodzenia.

Po pierwsze, Opatrzność, która ustala idealną konstelację wydarzeń, by konkretnie, w tym czasie i tym miejscu, zaistniały wszystkie zapowiadane okoliczności wskazujące na narodzenie Mesjasza, ugina się przed tajemnicą Wcielenia. Działanie Opatrzności kończy się na ustaleniu cudownej konstelacji zdarzeń – bo w tym momencie, który miał zaistnieć Wszechmocny Bóg staje się dzieckiem zdanym na łaskę i niełaskę człowieka – „ma granice Nieskończony…”

Po drugie, Bóg pragnie objawić prawdę o sobie. Nie da się poznać całej prawdy o Bogu patrząc jedynie w niebo – w Bogu następuje łączenie przeciwieństw – „ogień krzepnie, blask ciemnieje”… Trzeba więc spojrzeć w dół: wszechmocny, potężny, transcendentny jest również mały, słaby, zdany na człowieka, na jego „tak lub nie” – zależny od ludzkiej woli…
Tak objawia swoją miłość do człowieka – osoby kochające się są od siebie zależne – wystawiają się na zranienia… Patrzę do żłóbka i słyszę: „Spójrz, jak bardzo cię kocham”.

Po trzecie wreszcie – On dobrze wie, że człowiek jest nie tylko duchem, ale i ciałem i miłość musi się wyrażać w wymiarze cielesnym (uścisk, pocałunek, przytulenie)… Prawdziwa miłość domaga się realnej bliskości osoby kochanej… i to bliskości cielesnej…
Dlatego właśnie staje się człowiekiem – bo kocha – bo pragnie być blisko człowieka. Chce człowieka dotknąć, dotknąć wszystkiego co ludzkie. Chce też sam się dać dotknąć…

I po czwarte jeszcze, realizm wcielenia – Bóg stał się człowiekiem naprawdę i do końca (a nie tylko trochę). Stając się człowiekiem dotknął naprawdę brudu naszego życia… Choć moje życie bardzo często przypomina stajnię – to nie ma się czego wstydzić, nie ma co przed Nim ukrywać…
Mogę stanąć przed Nim i opowiedzieć mu o wszystkim co się dzieje w moim życiu: o radościach i smutkach, sukcesach i porażkach, słabościach, grzechach i niezrozumieniu świata i … niedojrzałości w miłości. On niczego nie potępia … On to wszystko rozumie… – przecież stał się człowiekiem…

I na zakończenie jeszcze po piąte – On w Dziecięciu zachwyca się światem. Może to trudne do zrozumienia, ale to małe Dzieciątko otwiera oczy i patrzy na otaczający Go świat z zachwytem… Nie boi się stajni i zwierząt, nie lęka się tego, co ubogie i może nijakie… Ono po prostu, jak dziecko dziwi się i zachwyca… Ono się z życzliwością uśmiecha – Bóg się do mnie uśmiecha!!!…

tu można odsłuchać homilii:

Dodaj komentarz

adwent – „duchowy heliocentryzm”…

Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego w wigilię Bożego Narodzenia Kościół karmi nas ewangelią, która nie zawiera nic poza pięknym hymnem wypowiedzianym przez ojca Jana Chrzciciela, Zachariasza.
Bezdzietnemu staremu małżeństwu urodził się syn, właśnie świętują jego obrzezanie, ojciec odzyskał przed chwilą mowę – jest za co wielbić Boga… A tu coś zaskakującego… Zachariasz nie dziękuje ani za cud odzyskania mowy, ani za syna, który się urodził. On wielbi Boga za to, że lud swój nawiedził i wyzwolił, i wzbudził dla nas moc zbawczą w domu swego sługi Dawida: jak zapowiedział od dawna przez usta swych świętych proroków; że nas wybawi od naszych nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą; że naszym ojcom okaże miłosierdzie i wspomni na swe święte przymierze, na przysięgę, którą złożył ojcu naszemu, Abrahamowi (Łk 1,68-73). Bohaterem hymnu Zachariasza nie jest jego syn – o nim jedynie krótko wspomina, albo raczej do niego krótko się zwraca: A i ty, dziecię, zwać się będziesz prorokiem Najwyższego, gdyż pójdziesz przed Panem przygotować Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie, przez odpuszczenie mu grzechów… (Łk 1,76-77).

Zachariasz mógł jak najbardziej w centrum swojej radości, swojego dziękczynienia i swojego wielbienia Boga postawić swojego syna, Jana – „Bóg jest łaskawy”. O to imię przecież razem z żoną walczyli – i to syn, a nie kto inny, przypominać ma im prawdę w imieniu zawartą.
Nie czyni tego jednak – w centrum swojego wielbienia umiejscawia Jezusa – jakby chciał nam powiedzieć, że Jezus jest i ma być w centrum naszej modlitwy i naszego postrzegania czy odkrywania świata. On jest w centrum, a my doświadczamy dobra, błogosławieństwa i łask tylko wtedy gdy znajdujemy się w zasięgu Jego zbawczego działania.
Zachariasz uczy nas prawdziwego chrystocentryzmu!…

To jednak nie wszystko. Zachariasz zwracając się do syna mówi o źródle jego powołania: Jego ludowi dasz poznać zbawienie, przez odpuszczenie mu grzechów dzięki serdecznej litości naszego Boga, z jaką nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce… (Łk 1,77-78). „Wschodzące Słońce” – to tytuł, którym Zachariasz nazywa Jezusa. W swoim chrystocentryzmie podpowiada, że to Wschodzące Słońce jest w centrum świata i w centrum naszej wiary… Zachariasz kilkanaście wieków wcześniej niż Kopernik „wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię” – wyznając w swym hymnie uwielbienia „heliocentryzm duchowy”.
W jego hymnie uwielbienia pojawia się też po raz pierwszy motyw światła, które zajaśniało w środku nocy… Adwent, który właśnie dobiega końca, to oczekiwanie na prawdziwy Świt – bo Syn Boży po to przychodzi, by światłem stać się dla tych, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki skierować na drogę pokoju (Łk 1,79).
Radość Bożego Narodzenia ma więc swoje źródło w tym, że to Boże Słońce, któremu na imię Jezus Chrystus, rozświetla moje życie tak, że chodzę w nim drogami pokoju – pokoju z Bogiem i pokoju z ludźmi…

Dodaj komentarz

adwent – „Bóg jest łaskawy”…

Przed narodzinami Chrystusa, które już tuż tuż, dobrze jest się wsłuchać w narodziny Jego poprzednika Jana – zresztą on ciągle nam towarzyszył i niejako prowadził przez ten adwent… Jest przecież tym jedynym prorokiem, który otrzymał zadanie bezpośredniego przygotowania ludu Bożego na przyjęcie Mesjasza – no i pamiętamy, że sam Chrystus powiedział, że nie narodził się prorok większy od niego (por. Mt 11, 11).
Nie wspominałem o tym dwa dni temu, bo ważniejszym było opowiedzieć o wrażliwości Elżbiety, ale ojcowie Kościoła zwracali uwagę, że w spotkaniu dwóch brzemiennych matek, Elżbiety i Maryi, kiedy tak naprawdę spotkali się w ich łonach Jan i Jezus – Jan został uwolniony przez Jezusa od grzechu pierworodnego już w łonie swej matki Elżbiety. Kościół niejako domyśla się tej „prawdy”, choć oficjalnego nauczania na ten temat nie ma. Został więc dotknięty szczególną łaską jeszcze przed swym narodzeniem… Stąd pewnie ta radość wszystkich wokół: Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem (Łk 1,58).

Stąd pewnie również ten upór rodziców Jana, by nazwać go tym właśnie imieniem: matka jego odpowiedziała: „Nie, lecz ma otrzymać imię Jan”. (…) On zażądał tabliczki i napisał: „Jan będzie mu na imię” (Łk 1,60.63). Imię „Jan” znaczy: „Bóg jest łaskawy” (od słów Jehu (Jahwe) i channah (łaska)). Bóg jest rzeczywiście łaskawy – okazał szczególną łaskę samemu Janowi i okazał łaskę Elżbiecie, która uchodziła za niepłodną. Więcej nawet – Jan jest darem Boga dla całego ludu Bożego – Bóg więc w swych darach okazuje łaskę nam wszystkim…
Ten upór rodziców Jana, by nadać dziecku imię wbrew tradycji rodzinnej: Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. (…) Odrzekli jej: „Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię” (Łk 1,59.61) – zwraca uwagę na coś jeszcze. Może chcieli po prostu aby dziecko swoim imieniem przypominało im o łaskawości Pana – szczególnie wtedy, gdy przyjdą znów jakieś chwile zwątpienia?
A może to też zachęta dla mnie, by zapisywać sobie w pamięci – może nawet tej zewnętrznej 🙂 – te wszystkie momenty, w których Bóg był dla mnie łaskawy. Mógłbym wtedy do nich wrócić w chwili trudnej, w chwili zwątpienia – to niesamowita pomoc, by utrzymać się przy nadziei, że On mnie nigdy nie opuszcza…

Jest w dzisiejszej ewangelii jeszcze jeden wątek: Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem (Łk 1,58). To ewangelia o radowaniu się ze szczęścia, którego doświadczają inni. Jakże często ogarnia nas pokusa zazdrości, że komuś drugiemu Bóg błogosławi – stąd prosta droga do zamknięcia się na dostrzeganie działania Bożego w mojej codzienności. Może ta ewangelia, w przeddzień świętowania tajemnicy wkraczania Boga w naszą codzienność, jest zachętą by prosić Boga o uśmierzenie we mnie wszelkich objawów zazdrości. Może trzeba zacząć prosić, bym potrafił się cieszyć z dobra, jakiego doświadcza drugi – przecież to dobro jest też darem dla mnie…

Dodaj komentarz

adwent – sen słuchania…

I znów ta sama ewangelia – dopiero czytaliśmy ją we środę. Kościół nie pozwala nam przejść obok niej obojętnie. Może dlatego, by jasno dać nam do zrozumienia, że jeśli traktujemy Boga poważnie i pozwolimy Mu wkroczyć w nasze życie, to On w tym życiu prędzej czy później nieźle namiesza. Józefa spotkało „nieślubne dziecko”, potem problemy ze znalezieniem miejsca na poród w drodze, ucieczka do Egiptu i pewnie jeszcze wiele innych mniej lub bardziej poważnych kłopotów. Jest się czego – tak po ludzku – lękać.
Józef doświadczył duchowych zmagań, pojawiło się wiele pytań, wątpliwości i lęków…
Ważne jednak, że realnie zaskoczony sytuacją nie zrobił nic głupiego zbyt pochopnie i poszedł się przespać…

Chciałbym właśnie na ten sen Józefa zwrócić uwagę. Józef poszedł się po prostu pomodlić – ale była to modlitwa słuchania. Wyłączamy aktywność, nie zagadujemy Boga, nie stawiamy pytań – jedynie słuchamy!… Dajemy Bogu przestrzeń, by mógł wypowiedzieć słowo – pozwalamy Bogu mówić do siebie… To jest ten moment, w którym posłaniec Boga może przyjść do mnie, i przekazać Jego słowo…

Myślę, że Józef miał kilka istotnych cech, które pozwalały mu to słowo usłyszeć.
Po pierwsze słuchał wszystkich słów Boga, nie wybierał tylko tych, które by mu odpowiadały. Słuchał nawet wtedy, gdy nie rozumiał o co chodzi – przyjmował w postawie zaufania, że może kiedyś przyjdzie ten moment, że zrozumie…
Po drugie, ten który był człowiekiem prawym (Mt 1,19a), musiał mieć zażyłą relację z Bogiem. Tylko taka relacja mogła sprawić, że Józef był wrażliwy na każde słowo od Pana – to musiała być relacja miłości, bo tylko kochający nie puszcza obok uszu słów osoby kochanej, nawet gdy są one niezrozumiałe. Tylko kochający mógł usłyszeć: nie bój się, bo Emmanuel, nie bój się, bo „Bóg jest z nami” (por. Mt 1,20.23). Nawet, gdy ci się wydaje, że pozbawia cię twojej wizji świata, burzy plany i „miesza”, to wiedz, że był, jest i będzie z tobą, że cię prowadzi…
Tylko taki „sen słuchania” sprawia, że rano podejmujesz właściwą decyzję!…

Dodaj komentarz