Archiwum dla Czerwiec 2019

błogosławiona „wileńska” dominikanka

Co prawda wyjechałem z Wilna na urlop, ale w związku z tym, że dziś przypada 20 rocznica beatyfikacji s. Julii Rodzińskiej (13.06.1999 r.), dominikanki, nie mogę dziś nie wspomnieć o wileńskich śladach Błogosławionej Męczennicy II wojny światowej. Do wspomnienia mobilizuje mnie przede wszystkim jej ponad roczny pobyt w więzieniu Gestapo na Łukiszkach – to obok klasztoru, w którym obecnie dane mi jest mieszkać.

Stanisławą Marią Józefą, osieroconą w wieku dziesięciu lat, zajęły się siostry dominikanki. Tak się z nimi „zaprzyjaźniła”, że po siedmiu latach rozpoczęła postulat a po okresie próby nowicjat przyjmując imię Maria Julia, by 4 września 1918 r. złożyć pierwszą profesję zakonną – miała wtedy 19 lat. Zakon przygotowywał ją do działalności wychowawczej – w r. 1922 w Nowym Sączu uzyskała, po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego, patent stałej nauczycielki. Gdy 5 sierpnia 1924 r. składała w Wielowsi k/Tarnobrzegu śluby wieczyste, od dwóch lat mieszkała już i pracowała w Wilnie. Tu w r. 1926 otrzymuje świadectwo Wyższego Kursu Nauczycielskiego w Wilnie, co uprawnia ją do kierowania jednostkami szkolnymi.

Po praktyce w Mielżynie k/Gniezna (od r. 1919), gdzie należała do pionierskiej grupy sióstr wysłanych do zorganizowania klasztoru i zakładu dla Sierot, oraz pracy w Szkole Podstawowej w Rawie Ruskiej, 13 grudnia 1922 r. przybywa do Wilna, gdzie pozostaje przez 22 lata. W Wilnie daje się poznać jako wybitny pedagog oraz wymagający i sprawiedliwy wychowawca. Pomaga również uczniom słabym. Jej praca zostaje zauważona przez władze oświatowe i potwierdzona nominacją na kierowniczkę Szkoły Podstawowej w latach 1926-31 – miała wówczas 27 lat.
W roku 1934 otrzymuje nominację na przełożoną domu w Wilnie i kierowniczkę Zakładu dla sierot. Podejmuje nowe inicjatywy apostolskie, organizuje kolonie i półkolonie dla najbiedniejszych dzieci Wilna. Za wzorowe prowadzenie Zakładu dla Sierot otrzymuje nagrody Wojewody Miasta Wilna. Społeczeństwo Wilna nazywa ją „matką sierot”.

Wojenne dzieje Wilna (1939-45) to okres dość skomplikowany.
Julia prowadzi działalność wychowawczą w Zakładzie Sierot i Szkole Powszechnej aż do momentu przejęcia ich przez Litwinów w r. 1940. We wrześniu siostry nauczycielki zostają zwolnione z pracy i za zgodą władz kościelnych chodzą w strojach świeckich – chcą jak najdłużej być przy wychowankach. Ostatecznie w styczniu 1941 r. zostają wyrzucone i na zawsze opuszczają klasztor na Witebskiej i Zakład dla Sierot.

Po opuszczeniu klasztoru Julia z częścią dominikanek mieszka na kapelanii sióstr wizytek przy ul. Rossa i podejmuje trudne próby znalezienia współsiostrom zatrudnienia w polskich rodzinach. W czerwcu 1941 r. do Wilna wkraczają wojska niemieckie – życie religijne i narodowe schodzi do podziemia. Julia prowadzi tajne nauczanie języka polskiego, religii i historii. Podejmuje się również organizowania akcji żywnościowych dla księży emerytów pozbawionych środków do życia, a przygarniętych do domów przez ludzi świeckich.

Po dwóch latach okupacji niemieckiej, 12 lipca 1943 r., Julia i trzy inne dominikanki zostają aresztowane na kapelanii sióstr wizytek. Umieszczono je w więzieniu Gestapo na Łukiszkach. Julia Rodzińska zostaje osadzona w izolatce numer 31b – izolatka jest „cementową szafą, w której można było tylko siedzieć”. Zostaje oskarżona o działalność polityczną i kontakty z polskim Państwem Podziemnym i Armią Krajową.
Po roku więzienia, wobec zbliżającego się 3 frontu Białoruskiego, niebezpieczna dla III Rzeszy 45-letnia schorowana zakonnica wraz z innymi więźniami politycznymi z Łukiszek zostaje w lipcu 1944 r. przewieziona do obozu koncentracyjnego Stutthof k/Gdańska. Tam jako polski więzień polityczny z numerem 40992 zostaje umieszczona w żydowskiej części obozu – być może dlatego (choć nie da się tego wprost dowieść), że oskarżano ją o ukrywanie Żydów.
Umiera 20 lutego 1945 r. w baraku nr 27 przed wyzwoleniem obozu (ewakuacja, tzw. marsze śmierci, rozpoczęła się 25 stycznia, a wojska rosyjskie wkroczyły do obozu 9 maja) z wycieńczenia, zarażona tyfusem, do końca pomagając chorym więźniarkom…

Wychodząc z klasztoru na Plac Łukiski widzę szarą ścianę dawnego więzienia Gestapo…

1 komentarz

Duch Święty…

Odprawiam dziś mszę w podominikańskim kościele Ducha Świętego w Wilnie. Sprawowanie Liturgii uroczystości Zesłania Ducha Świętego w miejscu szczególnie temu Duchowi poświęconym sprawia mi ogromną radość.
Dziś też w delikatny sposób dociera do mnie prawda o darze języków. Na Litwie, gdzie wszędzie słychać język litewski, mogę celebrować mszę i działać duszpastersko w języku ciągle dla mnie jeszcze jednak bardziej zrozumiałym. W tym kontekście przypomina mi się kazanie nieznanego afrykańskiego autora z VI w., który mówiąc o Duchu rozlewającym miłość Bożą w naszych sercach, zaznaczył:
Ta miłość miała zgromadzić Kościół Boży na całym okręgu ziemi. Niegdyś jeden człowiek, który otrzymał Ducha Świętego, mógł przemawiać wszystkimi językami. Obecnie cały Kościół, zgromadzony w jedno przez tego samego Ducha, przemawia wszystkimi językami. A zatem, jeżeli ktoś powie jednemu z naszych: „Otrzymałeś Ducha Świętego, czemu więc nie przemawiasz wszystkimi językami?” – ten niech odpowie: „Owszem, przemawiam nimi, bo należę do Ciała Chrystusa, czyli do Kościoła, który przemawia wszystkimi językami. Bo cóż innego Bóg wtedy oznajmił przez obecność Ducha Świętego, jeżeli nie to właśnie, że Jego Kościół będzie przemawiał wszystkimi językami?”
Oto tajemnica działania Ducha w Kościele…

Dar języków w Kościele, to dar jedności i zgody, to dar porozumienia, to realizowanie pragnienia Jezusa: aby byli jedno…
Zesłanie Ducha Świętego, to posłanie do posługiwania się „jednym językiem” Ducha, językiem miłości, który nie dzieli a łączy…
Język Ducha Świętego, język komunii, zachęca do przezwyciężenia obojętności, podziałów i konfliktów. Podziały, niezdolność do wzajemnego zrozumienia, rywalizacja, zazdrość i egoizm to cechy ludzi spod wieży Babel. Świadectwo ewangelii to: pojednanie, przebaczenie, pokój, jedność, miłość – tym wszystkim obdarza Duch Święty. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali (J 13, 35)

Czy to proste? Zapewne nie. To dlatego papież Franciszek wspomniał dziś, że Duch Święty nie czyni spraw łatwiejszymi, nie usuwa z drogi problemów i przeciwników, ale wprowadza w nasze życie harmonię i pokój, które czynią nas wolnymi. On obmywa co nieświęte, oschłym wlewa zachętę, leczy serca rany. Nagina, co jest harde, rozgrzewa serca twarde, prowadzi zabłąkane…
I papież dodaje, że w pośpiechu, jaki narzuca nam nasz czas, (…) Poszukujemy szybkiego rozwiązania, jedna pigułka za drugą, by iść naprzód, jedna emocja za drugą, by poczuć, że żyjemy. Ale przede wszystkim potrzebujemy Ducha: to On wprowadza w szaleństwo ład. On jest pokojem w niepokoju, ufnością w zniechęceniu, radością w smutku, młodością w starości, odwagą w próbie. To On, pośród burzliwych nurtów życia, umocowuje kotwicę nadziei.

Przestrzega również, że w erze komputerów jesteśmy na dystans: bardziej «społecznościowi», ale mniej społeczni. Że zawsze istnieje pokusa, by budować «gniazda»: gromadzić się wokół własnej grupy, swoich preferencji, podobni z podobnymi, uczuleni na wszelkie skażenia. Od gniazda do sekty jest blisko również w Kościele: ileż razy określamy swoją tożsamość przeciwko komuś lub przeciwko czemuś! Natomiast Duch Święty łączy odległych, jednoczy dalekich, sprowadza zagubionych. Łączy różne odcienie w jednej harmonii, ponieważ widzi przede wszystkim dobro, bardziej patrzy na człowieka niż na jego błędy, bardziej na ludzi niż na ich działania. Duch kształtuje Kościół i świat jako miejsca synów i braci.

Dodaj komentarz

ku niebu…

Usłyszałem kiedyś, że niebo to nie miejsce a Osoba… Że gdy Chrystus mówi: W domu Ojca mego jest mieszkań wiele (J 14, 2a), chce powiedzieć o sercu swego Ojca – to w sercu Boga są mieszkania dla nas…
Warto by się nad tym kiedyś dłużej zastanowić…

Trudno też mówić o wniebowstąpieniu Syna, jeśli On nigdy nieba nie opuścił. On był i jest ciągle zjednoczony z Ojcem: Ja i Ojciec jedno jesteśmy (J 10, 30). Trudno byłoby teologicznie wytłumaczyć trzydziestoparoletnie zdekompletowanie Trójcy…

O co więc chodzi w uroczyście świętowanej tajemnicy?

Może tylko o wydłużenie perspektywy? O tzw. dalekowzroczność…
Może chodzi o to, by nie żyć jedynie z dnia na dzień mając w perspektywie tylko kilka dni, tygodni, miesięcy, bo już rzadko lat – choć ten wymiar życia codziennego jest również niesamowicie ważny…
Może chodzi o to, by mając perspektywę zamieszkiwania w sercu Ojca podejmować decyzje i wysiłki tak, by to serce ciągle było w moim zasięgu?…

Dodaj komentarz