Archiwum dla Maj 2019

wolta…

Jaki ogrom przesłania w dzisiejszym słowie Jezusa…
Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę… i implikacja: Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich…
I nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. (…) A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko…
I pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam… – z dopowiedzeniem: nie tak jak daje świat…
I pocieszenie: Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. (…) Odchodzę i przyjdę znów do was…
I pokazanie jak mało rozumiemy czym jest prawdziwa miłość: Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca…

Mnie jednak zaskakuje wolta, której dokonuje Jan w swojej ewangelii.
W pierwszym rozdziale jego ewangelii (J 1, 37-42a) czytamy: Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. Człowiek poszukuje, a On zaprasza do siebie, by z nim zamieszkać…
A dziś słyszymy coś zupełnie innego: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. To On przychodzi z Ojcem i czyni sobie mieszkanie w moim życiu – życiu, które tak po ludzku na mieszkanie Boga zupełnie się nie nadaje…
Imponujące…

Dodaj komentarz

abyście się wzajemnie miłowali…

Przykazanie nowe daję wam abyście się wzajemnie miłowali…
Rzucając się w wir „pracy apostolskiej” i wielorakich zaangażowań duszpasterskich zapominamy o tym, że do tego, by nasza praca duszpasterska była w miarę skuteczna wystarczy świadectwo prawdziwej braterskiej miłości. Zamiast budować braterskie relacje zajmujemy się tym, czym żyje świat, a nie tym, czym żył Chrystus. Zastanawiającym jest, że w swoim testamencie Jezus mówi o miłości wzajemnej a nie o miłości nieprzyjaciół…
W takich momentach przypomina mi się mój patron, Grzegorz Wielki, który komentując ewangelię o wysłaniu uczniów po dwóch dodaje, że bez sensu jest głoszenie ewangelii jeśli głoszący nie potrafią działać razem, współpracować i żyć w pokoju, pozbywając się egoizmu i egocentryzmu… Po dwóch wysyła również św. Dominik.
Dlaczego? Bo brak miłości jawi się światu jako nieobecność Boga. Tam, gdzie mamy do czynienia z egoizmem i egocentryzmem, Boga nie spotkamy. Tam, gdzie nie ma otwartości na drugiego człowieka, Boga nie spotkamy. Tam, gdzie nie ma zwykłej międzyludzkiej miłości, Boga nie spotkamy…

Tymczasem nawet u wspaniałych i znanych duszpasterzy można dziś dostrzec pewne dążenie do autonomii, niezależności, rywalizacji, indywidualizmu, koncentracji na sobie i lęku, by inni nie naruszali mojej prywatnej przestrzeni życiowej i moich osobistych praw. Zapominamy, że wspólnota jest nie tylko przestrzenią, w której żyjemy i której do naszej pracy potrzebujemy, ale przede wszystkim „to z nią żyjemy”… To ona przecież pomaga nam się rozwijać, dojrzewać i realizować siebie oraz odkrytą przez siebie misję.
Nie chciałbym redukować tych spostrzeżeń jedynie do wspólnoty zakonnej – podobnie jest przecież w małżeństwie, rodzinie, itd., itp.
Żadna wspólnota nie jest „statyczna”, każda się rozwija i wzrasta, podobnie, jak rozwijają się osoby, które ją tworzą. Wzrastanie to wymaga jednak przezwyciężania indywidualizmu i budowania zdrowych relacji. I o to pewnie Jezusowi w dzisiejszej mowie do uczniów chodziło.

Wszyscy wiemy, że nie ma wspólnot bezkonfliktowych. W każdej doświadcza się różnorodności a nawet przeciwności. Wspólnota apostołów również przeżywała swoje trudności, oni się kłócili. Gdy Łukasz pisał: Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących (Dz 4, 32), to na pewno nie miał na myśli jednorodności. Tam ciągle podejmowano zmagania o wspólne dobro, troskę o cierpliwość, współpracę, służbę, miłosierdzie i miłość. Tam ciągle próbowano uwolnić się od egoizmu i uczono się bezinteresownego dawania. Istotą życia wspólnotowego powinna być ostatecznie miłość.
Wspólnota, w której nie ma szczerości, autentycznej przyjaźni i miłości pozostaje w strukturach czysto formalnych. Mówienie o miłości staje się wówczas iluzją.
Tworzenie właściwych relacji wymaga dawania, uwalniania się od egoizmu, empatii. Nie jest możliwe życie we wspólnocie, gdy nie ma miłości gotowej do poświęcenia, cierpienia i obumierania.
Przykazanie nowe daję wam abyście się wzajemnie [we wspólnocie] miłowali…

Dodaj komentarz

Bobola i dominikanie…

Zaintrygował mnie obraz św. Andrzeja Boboli, wiszący dość wysoko na ścianie za ołtarzem kościoła Ducha Świętego w Wilnie. Konspiracyjnym szeptem opowiadano mi, że obraz został namalowany w roku 1938 (rok kanonizacji Andrzeja Boboli), a na ornacie namalowano orła w koronie. Orzeł ten został potem zamalowany i w miejscu orła jest teraz kotwica. Podobno, gdyby obraz wisiał niżej, da się zobaczyć jeszcze orła…
Dlaczego na obrazie św. Andrzeja Boboli (na jego ornacie) orzeł w koronie? Dlaczego w kościele podominikańskim w ogóle obraz jezuity?

Dziś, gdy w Polsce obchodzone jest święto św. Andrzeja Boboli, poznaję bliżej o. Alojzego Korzeniewskiego [Korzenieckiego] (†1833), dominikanina i fizyka (!). Był „demonstratorem fizyki” w Szkołach Dominikanów w Grodnie, przetłumaczył i wydał podręcznik fizyki, pióra sławnego uczonego francuskiego, René Just Haüya, „Traktat początkowy Fizyki” (Wilno, 1806). Był również, a może przede wszystkim, kaznodzieją – wydał „Kazania na niedziele i uroczystości, tajemnice Roku całego, oraz na Dnie niektórych Świętych” (Warszawa, 1824-1825) i inne.

O. Alojzy Korzeniewski był mocno zaangażowany w walkę o niepodległość Polski. Otaczał czcią męczennika-jezuitę Andrzeja Bobolę. To jemu właśnie – załamanemu wydanymi przez cara w stosunku do swojej osoby zakazami głoszenia słowa Bożego, spowiadania i publikowania – w klasztorze dominikanów w Wilnie, gdy patrzył w bezsenną noc przez okno celi i modlił się do Andrzeja Boboli – zapewne dlatego, że przez okna mógł widzieć klasztor jezuicki, w którym swego czasu mieszkał Andrzej Bobola – w roku 1819 r. ukazała się postać w stroju jezuity. O. Alojzy podzielił się wizją ze współbraćmi oraz z jezuitami. Jezuita Grzegorz Felkerzamb wszystko spisał a jego relacja ukazała się w języku włoskim (1854), w czasopismach francuskich, oraz wydrukował ją w roku 1855 „Przegląd Poznański”. Felkerzamb relacjonuje, że o. Alojzy Korzeniewski pewnego dnia w wieczornej modlitwie zwracał się do Andrzeja Boboli, zawierzając mu sprawę niepodległości Polski. Właśnie miał kłaść się spać, gdy ujrzał przed sobą jezuitę, do którego przed chwilą się zwracał. Duch Boboli przemówił:
»Stawiam się na twe wezwanie, ojcze Korzeniecki, jestem Andrzej Bobola. Otwórz raz jeszcze okno twoje, a dziwy zobaczysz. Płaszczyzna, którą masz przed sobą – mówił dalej Wielebny Bobola – to okolica Pińska, wśród której miałem szczęście ponieść męczeństwo dla wiary. Przyjrzyj się, a dowiesz się o tym, co cię tak żywo obchodzi«. O. Korzeniecki zwrócił znowu oczy na krajobraz. Tym razem płaszczyzna była pokryta niezliczonymi batalionami Moskali, Turków, Anglików, Francuzów i innych ludów, których nie umiał rozróżnić. Wszyscy oni walczyli z zaciekłością bezprzykładną. Zakonnik nie rozumiał, co to miało znaczyć; przyszedł mu z pomocą Święty. »Kiedy ludzie doczekają się takiej wojny, za przywróceniem pokoju nastąpi wskrzeszenie Polski, a ja zostanę uznany jej głównym patronem«. Uradowany obietnicą o. Korzeniecki zawołał: »O mój Święty, jakże mogę mieć pewność, że to widzenie, te odwiedziny niebiańskie i ta przepowiednia nie są złudzeniem wyobraźni, snem jedynie?«. »Daję ci na to rękę – odrzekł wielebny Andrzej. – Udaj się teraz na spoczynek, abyś zaś miał znak mojego pojawienia się, ślad mojej dłoni na stoliku twoim zostawiam«. To mówiąc położył dłoń na stole i znikł.
Do przepowiedni opisanej przez Grzegorza Felkerzamba zaraz po beatyfikacji Andrzeja Boboli (30 X 1853 r. Pius IX wpisał męczennika w poczet błogosławionych) podchodzono z rezerwą. Dopiero po 100 latach po zjawieniu proroctwo o wskrzeszeniu Polski okazało się prawdą. Kilkadziesiąt lat później (dopiero 16 maja 2002 r.) Andrzej zostaje również patronem Polski.

Pośmiertna historia Andrzeja Boboli ma jeszcze inne związki z dominikanami. Gdy w roku 1820 jezuici zostali usunięci z Rosji, po chwilowej opiece nad ciałem Andrzeja przez pijarów – w roku 1830 relikwie przeniesiono do kościoła dominikanów – opiekowali się oni ciałem aż do kasaty w roku 1864. Potem znów, w czasie II wojny światowej podczas pożaru kościoła jezuitów na Starym Mieście w Warszawie trumnę z relikwiami przeniesiono do dominikańskiego kościoła św. Jacka, by w roku 1945 przenieść ją ponownie do kaplicy przy ul. Rakowieckiej.

Ale postać św. Andrzeja Boboli jest związana również z Wilnem. To tu, w jednej ze szkół jezuickich pobierał nauki humanistyczne wstępne i średnie wraz z retoryką w latach 1606-1611. Tu zdobył sztukę wymowy i doskonałą znajomość języka greckiego, co ułatwiło mu w przyszłości rozczytywanie się w greckich ojcach Kościoła i dyskusje z teologami prawosławnymi. To tu 31 lipca 1611 r., w wieku 20 lat, wstąpił do jezuitów. Po dwóch latach nowicjatu złożył śluby proste i w latach 1613-1616 studiował filozofię na Akademii Wileńskiej, kończąc studia z wynikiem dobrym. Wyjechał na dwa lata pracy pedagogicznej, by wrócić na Akademię Wileńską na dalsze studia teologiczne (1618-1622), które ukończył święceniami kapłańskimi (12 marca 1622 r.). Stąd wyjechał do pracy kaznodziejskiej i misyjnej. W międzyczasie był rektorem kościoła w Wilnie – w latach 1624–1630 jest kaznodzieją i spowiednikiem kościele św. Kazimierza. W latach 1642-1643 oraz 1646-1652 ponownie w Wilnie pełnił funkcję moderatora Sodalicji Mariańskiej i kaznodziei.

Andrzej wyróżniał się żarliwością o zbawienie dusz. Pod wpływem jego kazań wielu prawosławnych przeszło na katolicyzm. Jego gorliwość, którą określa nadany mu przydomek „łowca dusz – duszochwat”, była powodem wrogości ortodoksów. W czasie wojen kozackich przerodziła się w nienawiść i miała tragiczny finał.
16 maja 1657 r. zostaje schwytany przez oddział prawosławnych kozaków. Z Andrzeja zdarto sutannę, na pół obnażonego zaprowadzono pod płot, przywiązano go do słupa i zaczęto bić nahajami. Kiedy ani namowy, ani krwawe bicie nie złamało kapłana, aby się wyrzekł wiary, oprawcy ucięli świeże gałęzie wierzbowe, upletli z niej koronę na wzór Chrystusowej i włożyli ją na jego głowę tak, aby jednak nie pękła czaszka. Zaczęto go policzkować, aż wybito mu zęby, wyrywano mu paznokcie i zdarto skórę z górnej części ręki. Potem przywiązany do siodeł musiał biec za końmi, popędzany kłuciem lanc. W Janowie przyprowadzono go przed dowódcę. Ten zapytał: „Jesteś ty ksiądz?”. „Tak”, padła odpowiedź, „moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się”. Na te słowa dowódca zamierzył się szablą i byłby zabił Andrzeja, gdyby ten nie zasłonił się ręką, która została zraniona.
Zawleczono go do rzeźni miejskiej, rozłożono go na stole i zaczęto przypalać ogniem. Na miejscu tonsury wycięto mu ciało do kości na głowie, na plecach wycięto mu skórę w formie ornatu, rany posypywano sieczką, odcięto mu nos, wargi, wykłuto mu jedno oko. Kiedy z bólu i jęku wzywał stale imienia Jezus, w karku zrobiono otwór i wyrwano mu język u nasady. Potem powieszono go twarzą do dołu. Uderzeniem szabli w głowę dowódca zakończył nieludzkie męczarnie.

Dodaj komentarz

pasterz…

Niedziela Dobrego Pasterza… Wiele słów na temat tego, jaki powinien być pasterz – nie owce a pasterz właśnie… Próba robienia rachunku sumienia pasterzom Kościoła…

Mnie dziś zaskoczył wspaniały wywiad na temat „dobrego pasterzowania” i nim się właśnie podzielę…
„Siła biskupów, siła Kościoła”: prawdziwy ekumenizm, prawdziwa misyjność Kościoła w życiu społecznym…

P.S. proszę nie zwracać uwagi na drugą część tytułu wywiadu (Jak na Łotwie gender zatrzymano) – dla mnie wywiad jest „o dobrze rozumianej i odkrytej posłudze pasterskiej”…

Dodaj komentarz

katedra św. Stanisława w Wilnie

Kościół na Litwie wspomina św. Stanisława, biskupa i męczennika w dniu jego śmierci, czyli 11 kwietnia – nie jest to jednak wspomnienie uroczyste. W Polsce dziś uroczystość Patrona Polski. Z tej to właśnie okazji nawiedziłem późnym popołudniem katedrę wileńską pod wezwaniem św. Stanisława właśnie i św. Władysława – miejsce pochówku wielkich książąt litewskich i królów Polski.

Historycy litewscy próbują udowodnić, że początki kościoła katedralnego sięgają połowy XIII w. i wiążą je z przyjęciem chrztu przez Mendoga w roku 1251. Kościół miałby powstać na miejscu świątyni i gaju pogańskiego, gdzie niegdyś prastarym zwyczajem palono ciała zmarłych książąt litewskich. W podziemiach katedry istnieją zachowane do dzisiaj prawdopodobne pozostałości ołtarza ofiarnego, o dostęp do których zabiegają litewscy rodzimowiercy. Niestety po dziesięciu latach od chrztu król Mendog porzucił chrześcijaństwo a kościół zburzono.

W roku 1386 Jagiełło wraz z książętami i możnowładcami przyjmuje chrzest „z rąk królowej Polski Jadwigi”. Rok później ochrzczeni zostają bojarzy i lud, wtedy też powstaje biskupstwo wileńskie. Długosz wspomina, że zniszczono wtedy najdawniejsze symbole kultu: zgaszono święty ogień, powycinano święte gaje oraz zabroniono czczenia wężów i żmij, w których według wierzeń zamieszkiwały bóstwa. W latach 1387-88 z fundacji króla Władysława Jagiełły przy Zamku Dolnym wybudowano nową drewnianą katedrę z pięcioma kaplicami i nadano jej imię św. Stanisława (sic!).

Dzięki hojności Witolda w roku 1419 powstaje nowy kościół. Tu zostali pochowani najpierw żona Witolda a potem i sam Witold. W krypcie królewskiej pochowane są doczesne szczątki Aleksandra Jagiellończyka, króla Polski w latach 1501-1506, dwóch żon Zygmunta Augusta: Elżbiety Habsburżanki (królowej Polski w latach 1543-1545) i Barbary Radziwiłłówny (królowej Polski w latach 1550-1551), a także urna z sercem Władysława IV Wazy, którą złożono w roku 1648. W XVII w. wzniesiono kaplicę św. Kazimierza (1458-1484), w której w roku 1636 złożono relikwie syna Kazimierza Jagiellończyka. Św. Kazimierz jest patronem Litwy.
Tu też uroczyście koronowano Wielkich Książąt Litewskich. Tu w roku 1547 roku odbył się potajemny ślub króla Zygmunta Augusta (tego od Unii Lubelskiej) z Barbarą Radziwiłłówną. Tu też w roku 1927 uroczyście koronowano obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Temu niesamowicie ważnemu historycznie miejscu patronuje św. Stanisław, pasterz pełen miłosierdzia i sprawiedliwości, który cenił prawdę ponad względy ziemskie wzbudzając wrogość tych, którym chrześcijański porządek był nie na rękę… W ogniu tej walki powstały dwie tradycje dotyczące okoliczności jego męczeńskiej śmierci. Jedna dworska, która przedstawia go jako buntownika i zdrajcę; i druga, związana ze środowiskiem kapituły krakowskiej, akcentująca moralny charakter biskupiego sprzeciwu wobec poczynań Bolesława Szczodrego odpowiedzialnego za jego zabójstwo…
Zasadniczo współpraca Biskupa krakowskiego i panującego księcia Bolesława układała się pomyślnie. W pewnym jednak momencie zaistniał spór, który wpłynął na dzieje młodego państwa. Okoliczności sporu pozostają do dziś niewyjaśnione – wiadomo jedynie, że niezgoda między biskupem i królem doprowadziła do ekskomuniki rzuconej na władcę oraz do wyroku skazującego Stanisława na karę obcięcia członków. Istnieją różne hipotezy na temat tła tego sporu – wszystkie są jednak zgodne, że biskup krakowski strofował publicznie króla (z powodu rozpusty bądź złego traktowania poddanych), ten zaś nie mogąc pohamować gniewu nakazał zabić, bądź sam zabił biskupa…
Jeden z kronikarzy nazywa biskupa „zdrajcą”. Żadnemu historykowi nie udało się jednak jak dotąd znaleźć faktów, które potwierdzałyby ten zarzut. Powtarzanie „zarzutu zdrady” należy zatem przypisać niewiedzy bądź chęci nadszarpnięcia sławy świętego sługi Kościoła… Podobnie jak miłość, tak i wiara, ewangelia i religijność podatne są na manipulację…
Warto zwrócić uwagę na to, jak wielką wartością jest małżeństwo i rodzina, ojczyzna i dobro wspólne skoro biskup Stanisław, broniąc ich, oddał życie. Jak wielką również wartością było, pomimo grzechu, życie samego króla Bolesława, że jego pasterz tak o niego walczył… Jan Paweł II nazwał go „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”.
Przy okazji procesu kanonizacyjnego stwierdzono jak ważną dla historii Polski jest pośmiertna rola, jaką odegrał Stanisław w zjednoczeniu piastowskich ziem. Powstała głośna metafora, że tak jak obcięte członki Męczennika zrosły się w sposób cudowny, tak za jego wstawiennictwem zjednoczą się ziemie dzielone wciąż małostkową niezgodą książąt…

Na szczycie frontowym katedry, która nosi wezwanie św. Stanisława wznoszą się trzy posągi: pośrodku św. Helena – patronka Rosji, po prawej św. Kazimierz z koroną u nóg – patron Litwy oraz po lewej św. Stanisław ze złożonymi do modlitwy rękoma – patron Polski – podobny bardziej do św. Stanisława Kostki niż tego ze Szczepanowa. Z wielką radością ujrzałem jedyny „element” w całej katedrze przypominający o patronie: obraz w głównym ołtarzu: „Zamordowanie św. Stanisława przez Bolesława Śmiałego”.

Dodaj komentarz

piękna relacja ze Słowem – złoty jubileusz rodziców

Co prawda uroczystość NMP Królowej Polski świętujemy dopiero od roku 1923 ale idea królowania Maryi naszemu narodowi sięga korzeniami ślubów Jana Kazimierza w lwowskiej katedrze (1656) oraz koronacji Maryi w Obrazie Jasnogórskim na Królową Polski w roku 1717.
Aż się prosi, by czytana dziś była ewangelia o Kanie Galilejskiej, bo w Maryi nasz naród widzi przede wszystkim Wielką Orędowniczkę. Tymczasem w ewangelii widzimy Maryję pod krzyżem. Jakby chciała nam przypomnieć, że wiara polega nie tylko na słownych deklaracjach ale również na trwaniu przy Bogu wtedy, gdy porzucają Go inni i gdy nie wiąże się to z żadnymi doraźnymi korzyściami. Maryja nie jest maszynką do spełniania życzeń, ale Matką i Królową, która prowadzi i wychowuje…

Dziś bardzo rodzinnie świętuję jubileusz 50-lecia sakramentu małżeństwa moich rodziców. W Kościele nie ma przypadków, więc nieprzypadkowy jest dzień świętowania takiego jubileuszu w święto Tej, która w koronowanym jasnogórskim wizerunku wskazuje na Słowo, które stało się ciałem. Jest uczennicą słowa…
W kazaniu nawiązałem więc do tradycji malowania ikon Matki Bożej przez św. Łukasza i przedstawiłem obraz Maryi, który wyłania się właśnie z jego ewangelii. Na pierwsze miejsce wybija się relacja Maryi do Słowa Bożego. Jak refren słyszymy słowa: Maryja zachowywała wszystkie te słowa rozważając je w swoim sercu. Ona słucha wszystko, co Bóg mówi i pragnie w sercu doświadczyć syntezy Bożego Słowa. Nie jest osobą, która słucha Słowa Bożego wyrywkowo. Nawet wtedy, gdy ma problem z jego zrozumieniem, gromadzi w sercu każde słowo, by dokonać syntezy… Maryja zachowuje w sercu także to słowo niezrozumiałe, z nadzieją, że przyjdzie moment, kiedy to słowo stanie się jasne…
Maryja również uczy zachowywać słowo w sercu, by słowo wypowiedziane przez Boga i usłyszane nie było rzeczywistością zewnętrzną. A słowo pozostaje na zewnątrz za każdym razem, gdy nie potrafimy się z nim utożsamić, gdy nie przyjmujemy go za swoje, gdy nie staje się naszym sposobem myślenia, naszym sposobem oceniania, naszym sposobem wartościowania… Można przeczytać całe Pismo Święte i żadne słowo Pisma nie stanie się moim słowem wewnątrz. Łukasz mówi, że Maryja przyjmowała słowo w doświadczeniu miłości – i to jest coś niesłychanie pięknego… Narzędziem przyjmowania słowa od Boga w nas jest nie tylko rozum ale właśnie serce – to znaczy miłość!!! Słowo Boże musi być przyjęte z miłością, szczególnie wtedy, gdy to słowo jest niezrozumiałe… Gdy kogoś kocham, to inaczej go słucham – mogę nie rozumieć tego co mówi, ale nie puszczam tego obok uszu, bo to jest słowo od kogoś, kto mnie kocha, i kogo ja kocham. W miłości mam inną wrażliwość na wypowiadane słowa…
Maryja, jako uczennica słowa pozwala Bogu mówić do siebie Słowem. Gdy Maryja czyta Pismo lub kiedy przypomina sobie zdania z Pisma, to odbiera je jako słowa Boga aktualnie do niej wypowiedziane. Jako uczennica słowa mówi do Boga również Jego Słowem. Jakże często stajemy przed Bogiem bezradni, nie mamy w sobie nic do powiedzenia, bo jest w nas pustka, nie ma w nas Słowa…

Maryja, Matka i Królowa, uczennica Słowa, prowadzi i wychowuje do pięknej relacji ze Słowem. To jest o nas… Ale dla mnie to było i jest również o moich rodzicach…
Nie da się przeżyć razem 50 lat bez pięknej – może czasami zdawałoby się nieudolnej i nijakiej – ale jednak żywej relacji ze Słowem…
Nie da się dobrze (mam nadzieję, że potwierdzą to siostra z bratem) wychować dzieci bez przyjmowania Słowa tak jak Maryja, bez strzeżenia Go jak Maryja w swym łonie i bez rodzenia Go jak Maryja w świadectwie życia…

Dziś, dziękując Bogu za wszystkie łaski, które otrzymali przez te 50 lat wspólnego życia moi rodzice, dziękuję przede wszystkim samym rodzicom, za ich świadectwo relacji ze Słowem, które stało się ciałem w ich wspólnym życiu…
Zastanawialiśmy się, czy w trakcie uroczystości jubileuszowych należy odnowić przyrzeczenia małżeńskie i stwierdziliśmy, że przecież odnawiane są one prawie codziennie poprzez te lata wspólnego życia. Pitagoras kiedyś powiedział, że „miłość to takie twierdzenie, które należy codziennie udowadniać”. Dziś dziękuję rodzicom za to, że to „twierdzenie Pitagorasa” było w ich wspólnym życiu realizowane, czemu dawali i dają świadectwo nadal…

Dodaj komentarz