Archiwum dla Październik 2017

największe przykazanie…

(Mt 22,34-40): (…) Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.

Dziś w większości kościołów uroczystość rocznicy poświęcenia własnego kościoła – tak jest i u nas. Zwykle czytamy wtedy ewangelię o Zacheuszu – odsyłam do komentarzy do tej ewangelii. W kościołach, w których znana jest data konsekracji – mamy zwykłą niedzielę i ewangelię o przykazaniu miłości. Nie da się przejść obok niej obojętnie…

Od kilku niedziel śledzimy rozmowy Jezusa z faryzeuszami, którzy zyskali sobie reputację ekspertów w dziedzinie interpretacji Pisma i „uczonych w Prawie”. Dziś pada odpowiedź na pytanie: które przykazanie w Prawie jest największe? Od tego momentu już chyba nie ma o co pytać… Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy…
Mimo, że komentowałem już ten fragment trzy lata temu, chciałbym jeszcze wrócić do kilku wątków…

Po pierwsze uczeni w Prawie wyprowadzali z Tory słynne 613 przykazań (365 zakazów i 248 nakazów). Dodatkowo obowiązywały jeszcze tysiące drobniejszych zasad, zakazów i nakazów. Nic więc dziwnego, że często zadawano rabinom pytanie o najważniejsze przykazanie…
Jezus wydobywa dwa przykazania, należące do dwóch różnych ksiąg Tory, i łączy je w jedno. Przykazanie miłości Boga: Będziesz miłował Pana, twojego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą i z całej swojej mocy (Pwt 6,5) i przykazanie miłości człowieka: Nie będziesz się mścił i nie będziesz się gniewał na swoich rodaków, ale będziesz miłował bliźniego swojego jak siebie samego – Ja jestem Panem! (Kpł 19,18).
Jezus nie mówi o jednym „największym” przykazaniu. Łączy dwa według Niego „największe” i ustawia je na jednej płaszczyźnie jako jedna obowiązująca zasada. To połączenie jest logiczną konsekwencją prawdy o tym, że jesteśmy nowym stworzeniem w Chrystusie, że staliśmy się dziećmi Boga. Odkąd Bóg stał się człowiekiem, a w konsekwencji człowiek stał się bogiem – jak mówił św. Tomasz z Akwinu – odtąd przykazania miłości Boga i człowieka znalazły się na jednym poziomie.
Co więcej, często „abstrakcyjna” miłość do Boga została sprowadzona do konkretu: miłość do Boga ukonkretnia się i jest zależna od miłości bliźniego.

Po drugie przytoczone przez Jezusa przykazanie miłości bliźniego z Księgi Kapłańskiej brzmi: Nie będziesz się mścił i nie będziesz się gniewał na swoich rodaków, ale będziesz miłował bliźniego swojego jak siebie samego… Tak jest w tłumaczeniach. Uwzględniając jednak pierwszą część zdania, druga brzmiałaby „masz kochać bliźniego swego, który jest taki sam jak ty”. W Starym Testamencie nie znano pojęcia kochania kogoś tak jak siebie samego. Tu chodzi raczej o miłość wobec tych, którzy są do nas podobni, a więc naszych współplemieńców, ziomków, rodaków… Jezus cytując jedynie drugą część przykazania i nauczając, kto jest moim bliźnim rozciąga miłość do bliźniego na każdego człowieka…

Po trzecie, zawsze zastanawiała mnie antropologia biblijna, skąd taki podział: całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem…?
Serce zwykle kojarzy się z emocjami i to w dodatku niestałymi – w biblii miejscem z którego pochodzą emocje są przede wszystkim nerki. Serce w biblii jest obrazem sumienia, „miejscem” podejmowania decyzji, tu „mieszka” ludzka wola.
Dusza natomiast w biblii, to tchnienie, które ożywia, ale zarazem określa naturę człowieka. Biblii obcy jest antropologiczny dualizm i ostry podział dusza-ciało, z jednoczesnym uznaniem duszy za lepszą część człowieka, uwięzioną w grzesznym, materialnym ciele. Dusza nie stoi w opozycji do ciała. Ciało i dusza to dwa aspekty istnienia i bycia człowiekiem, dwa przejawy bycia konkretną osobą.
I jeszcze umysł, który może oznaczać „myśl”, „zamysł”, „usposobienie”, „intelekt”. W biblii często utożsamiany – co ciekawe – z sercem, które jako obraz sumienia jest „miejscem” podejmowania decyzji i „mieszkania” ludzkiej woli…

Dodaj komentarz

moneta z Boskiego skarbca…

(Mt 22,15-21): (…) Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.

Kilka krótkich zdań a jakże głęboki i pełen treści obraz spotkania. Przewrotność, obłuda i próba złapania Jezusa na „samooskarżenie się” przez nieroztropną odpowiedź „tak” lub „nie” – albo się przyzna do kolaboracji z okupantem, albo się przyzna do braku subordynacji wobec panującej władzy Rzymu. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką – a w rzeczywistości będziesz albo anty-izraelski albo anty-rzymski. I ta ironia, gdy używają tytułu Nauczycielu, by ten tytuł podważyć.
I ciekawostka: Jezus nie ma przy sobie denara na podatek. Nie nosi pieniędzy, bo trzos trzyma Judasz, czy chodzi o znów jakąś naukę?… Nie ma monety, na której widnieje podobizna Cezara i napis: „Tyberiusz, Cezar, syn boskich Augustów, August”. Posiadanie monety z podobizną Cezara było wykroczeniem wobec Tory i zakazu czynienia jakichkolwiek obrazów (Pwt 5,8; Wj 20, 4.23). Faryzeusze taka monetę noszą i taką monetą się posługują – stąd: obłudnicy

Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga… Nie dzieląc świata na sacrum i profanum oraz funkcjonując w przestrzeni państwa i prawa świeckiego uświadamiamy sobie, że w każdym z nas jest odbity wizerunek Boga. To, w czym odbity jest wizerunek Boga należy się Bogu – całe moje człowieczeństwo, całe moje życie. Nie wolno mi okradać Boga z tego, co należy do Niego…
„Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Jesteś człowiekiem, chrześcijaninie! Jesteś więc monetą boskiego skarbca, denarem noszącym obraz i napis Boskiego Imperatora. Odtąd proszę z Chrystusem: ten obraz i napis, do kogo należą? Ty odpowiadasz: Boga. Ja dodaję: Dlaczego więc nie oddajesz Bogu, tego co do Niego należy?” (św. Wawrzyniec z Brindisi).

I jako posłowie – św. Justyn:
Podatki i daniny urzędnikom waszym wszędzie i przed wszystkimi innymi płacić się staramy, tak właśnie jak nas Chrystus nauczył. Pewnego bowiem razu przystąpili do niego niektórzy ludzie i zapytali go, czy należy płacić cesarzowi podatki. Tedy odrzekł: „Powiedzcie mi, czyj wizerunek wybity na monecie?” Oni zaś odpowiedzieli: „Cesarski”. Tedy znów im rzekł: „Oddajcie więc, co cesarskie cesarzowi, a co Bożego Bogu” (Mt 22, 17-22). Tak tedy samemu Bogu jedynie się kłaniamy, ale z całą gotowością wam służymy, uznajemy was jako cesarzy i władców nad ludźmi i modlimy się o to, by razem z potęgą cesarską zdrowy w was jaśniał rozum. Jeśli mimo próśb naszych i tego wyczerpującego wyjaśnienia nie roztoczycie nad nami opieki, nie nasza to będzie szkoda. Wierzymy bowiem, co więcej – żywimy najgłębsze przekonanie, że każdego stosownie do jego czynów dosięgnie kara w ogniu wiekuistym i każdy z zakresu władzy sobie powierzonej Bogu rachunek zdawać będzie, jak to Chrystus wyraźnie zaznaczył: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk 12, 48).

Dodaj komentarz

pozostaje skorzystać z zaproszenia…

(Mt 22,1-14): (…) Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. (…) zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy [ich], pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. (…) kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. (…) Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. (…) Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? (…) Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych.

O jaką ucztę chodzi? Eschatologiczną w królestwie niebieskim, czy tę eucharystyczną, na którą jesteśmy zapraszani co niedzielę? Z odpowiedzią przychodzi człowiek bez szaty godowej, która symbolizuje łaskę uświęcającą. Posiadanie lub nieposiadanie stanu łaski ma miejsce jedynie tu na ziemi… Ta przypowieść więc, oprócz wielu innych kontekstów zmusza do refleksji na temat mojej obecności i przygotowania się do uczestnictwa we mszy św.

Jesteśmy Kościołem, stanowimy cząstkę Jego Oblubienicy. Nieprzyjęcie zaproszenia stałoby się nie tylko obrazą Pana Młodego ale i zdradą. Nic więc dziwnego, że wszelkie wymówki, którymi próbujemy usprawiedliwić swoją nieobecność, są znieważeniem i zdradą miłości Oblubieńca…
I prawda o Kościele, o Jego powszechności – na tę ucztę zapraszani są wszyscy, którzy czują się zaproszeni, nawet ci z rozstajnych dróg…

Wielu z nas posiada mniemanie, że niesamowicie dużo spraw od nas zależy. Ze względu na nie jesteśmy gotowi zrezygnować z udziału w uczcie. Może na kanwie dzisiejszej przypowieści warto postawić sobie pytanie: „od kogo tak naprawdę to wszystko zależy?”.
Dziś w Neapolu chcę przejść śladami ks. Dolindo Ruotolo niezwykłego kapłana heroicznie wiernego Kościołowi. Wiernego mimo oskarżeń o herezję, stawania przed Świętym Oficjum i wieloletniemu zakazowi odprawiania Mszy Świętej i głoszenia kazań. Jest Sługą Bożym, trwa jego proces beatyfikacyjny. To właśnie jemu Jezus podyktował jedną z najskuteczniejszych chrześcijańskich modlitw: „Jezu, Ty się tym zajmij!”

Jeśli wszystkim, co istotne i tak On się ma zająć – mnie pozostaje skorzystanie z zaproszenia na Ucztę…

Dodaj komentarz

śladem niezbuntowanego…

(Mt 21,33-43): (…) Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. (…) W końcu posłał do nich swego syna, (…) Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. (…) Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce.

Zawsze łapię się na tym, że umieszczam tę przypowieść we „właściwym” kontekście: Jezus „dołożył” faryzeuszom i tym wszystkim, którzy odrzucali proroków oraz wypomniał Izraelowi jego ogromną niewdzięczność… Sprawiedliwie więc, Królestwo zostało zabrane Izraelowi i oddane nam… Kościołowi!
Przypowieść ta jednak dotyczy również Kościoła – tego po dwóch tysiącach lat. Mojego w Nim uczestnictwa i dbania o inwestycję Boga…

Przypominam więc cztery intuicje, które rozwijałem w komentarzu przed trzema laty:
Pierwsza: nie jesteśmy właścicielami świata (winnicy), w którym żyjemy; nie jesteśmy właścicielami Kościoła.
Druga: niesamowita cierpliwość Gospodarza, która może stać się powodem tego, że przestajemy traktować Go poważnie i zaczynamy zawłaszczać sobie Jego „winnicę”.
Trzecia: irracjonalność postępowania „pracowników winnicy” – brak dbałości o to co dzierżawię oraz zaślepienie chciwością i zazdrością.
Czwarta: definiowanie grzechu jako sukcesywne przywłaszczanie sobie coraz większej części „winnicy” – okradanie Boga…

Dziś wyruszam na Maltę, trochę wyspę św. Pawła, niesamowicie dobrego rolnika w winnicy Pana. To właśnie u brzegów Malty rozbił się statek, którym Paweł miał być sprowadzony do Rzymu. Łukasz w Dziejach Apostolskich opisuje to wydarzenie bardzo syntetycznie:

Po ocaleniu dowiedzieliśmy się, że wyspa nazywa się Malta. Tubylcy okazywali nam niespotykaną życzliwość; rozpalili ognisko i zgromadzili nas wszystkich przy nim, bo zaczął padać deszcz i zrobiło się zimno. Kiedy Paweł nazbierał wielką naręcz chrustu i nałożył do ognia żmija, która wypełzła na skutek gorąca, uczepiła się jego ręki. Gdy tubylcy zobaczyli gada, wiszącego u jego ręki, mówili jeden do drugiego: «Ten człowiek jest na pewno mordercą, bo choć wyszedł cało z morza, bogini zemsty nie pozwala mu żyć». On jednak strząsnął gada w ogień i nic nie ucierpiał. Tamci spodziewali się, że opuchnie albo nagle padnie trupem. Lecz gdy długo czekali i widzieli, że nie stało mu się nic złego, zmieniwszy zdanie mówili, że jest bogiem. W sąsiedztwie tego miejsca znajdowały się posiadłości namiestnika wyspy imieniem Publiusz, który nas przyjął i po przyjacielsku przez trzy dni gościł. Ojciec Publiusza leżał właśnie chory na gorączkę i biegunkę. Paweł poszedł do niego i pomodliwszy się położył na nim ręce i uzdrowił go. Po tym wszystkim przychodzili również inni chorzy na wyspie i byli uzdrawiani. Oni to okazali nam wielki szacunek, a gdyśmy odjeżdżali, przynieśli wszystko, co nam było potrzebne. (Dz 28, 1-10)

Będę stąpał Jego śladami…

Dodaj komentarz

„tak” – sercem, nie słowami…

(Mt 21,28-32): (…) Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. (…) Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. (…)

Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Te słowa mogą zaboleć. Te słowa podcinają skrzydła. Aż się odechciewa cokolwiek robić, bo i tak inni grzesznicy, więksi ode mnie grzesznicy, wyprzedzą mnie do Królestwa…
Ale te słowa wydają się konieczne, by uzmysłowić, że nawrócenie, nawet późne, lepsze jest od samozadowolenia. Fałszywe poczucie bezgrzeszności jest niesamowitym zagrożeniem duchowym. Brak potrzeby nawrócenia, odsłania pychę, która niszczy to, co w nas jeszcze dobrego zostało…

Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Dziecko? To dlaczego zamiast „idę ojcze” mówi: „idę, panie”? Brak poczucia „bycia dzieckiem” – raczej sługa… To sługa z lęku na wszystko przytaknie, a potem nie jest w stanie tego zrealizować. To sługa najczęściej daje obietnice bez pokrycia. Taka obietnica, dana tylko słowami a nie sercem, nie będzie miała przełożenia na czyny…
Dzieckiem jest tylko ten, kto pełni wolę Ojca. Dzieckiem Bożym staję się nie przez deklaracje, ale poprzez rzeczywiste działanie. Drzewo poznaje się przecież po owocach, a nie po szumie liści…

On pragnie dzieci a nie sługi. Chce byśmy odkryli, że jesteśmy wolni, że jesteśmy dziećmi. Dlatego daje swoim wolnym dzieciom czas, by powiedzieć tak… Benedykt XVI powiedział kiedyś: „Wszechmocny czeka na „tak” swych stworzeń niczym młody oblubieniec na „tak” swej oblubienicy”…

Dodaj komentarz