Archiwum dla Sierpień 2017

osobiste wyznanie…

(Mt 16,13-20): (…) Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? (…) A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: (…) Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego (…)

Marek i Łukasz zapisali pytanie Jezusa inaczej: „za kogo Mnie uważają ludzie”. W redakcji Mateusza Jezus nie wskazując wprost na siebie używa tytułu zaczerpniętego z Księgi Daniela: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? W ten sposób zmusza uczniów do samodzielnego rozpoznania Jego misji.

To ewangelia o dojrzałości w wierze i odwadze postawienia sobie pytania o treść mojej wiary… Jemu nie chodzi o trwanie w bezpiecznej sferze teoretycznych dywagacji nt. Syna Człowieczego… Jemu chodzi o krytyczny moment prawdy: A wy za kogo Mnie uważacie? Kim właściwie jestem dla ciebie? I nie chodzi tu tylko o podanie prawidłowej, obiektywnie trafnej „odpowiedzi Piotrowej”: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Jemu chodzi przede wszystkim o cały wewnętrzny proces szukania i dochodzenia do odpowiedzi…

Piotr nie wie jeszcze, że następnym krokiem na drodze jego duchowego rozwoju będzie konieczność przekroczenia horyzontu tradycji Izraela. Że za chwilę Jezus wygłosi (nie umieszczoną w dzisiejszym fragmencie) jedną z trzech zapowiedzi swojej męki. Kościół dzięki łasce (Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie) doszedł do wiary, która pozwoliła wyznać wiarę w Mesjasza. Teraz znowu będzie trzeba zmienić rozumienie „Mesjasza” i skierować je na nowe tory. Jezus jest Mesjaszem, który będzie cierpiał…
„Syn Człowieczy” z Księgi Daniela w rozumieniu współczesnego Jezusowi judaizmu to sędzia czasów ostatecznych. Misja Jezusa więc i misja Jego Kościoła jest misją czasów ostatecznych – innej już nie będzie…

I jeszcze jedna prawda, na którą warto zwrócić uwagę: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój… Nie jest to Kościół Piotra i jego następców. To Kościół samego Mesjasza, który ma wypełniać misję Jezusa – misję sędziego czasów ostatecznych…
Może warto przypominać te słowa wszystkim tym, którzy twierdzą, że uznają Jezusa, a nawet Jego misję Mesjasza, ale nie uznają Kościoła. Jeśli zabraknie Kościoła (choć to raczej niemożliwe: a bramy piekielne go nie przemogą) to zniknie przestrzeń dla Chrystusa… Kościół jest Jego obecnością…

 

Dodaj komentarz

nie bądź żebrakiem…

(Mt 15,21-28): Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona.

Trzy lata temu, komentując ten fragment ewangelii, pisałem o nieobcej chyba każdemu z nas postawie żebraka. Żebrak potrafi prosić o pomoc dość wytrwale i bardzo natrętnie. Jeśli jednak tej pomocy nie uzyska, równie długo, wytrwale i soczyście potrafi przeklinać niedoszłego dobroczyńcę. I wcale nie przeszkadza mu to, że przed chwilą błogosławił go i wychwalał.
Taka postawa irytuje, ale każdy z nas, ma w sobie coś z „żebraka”… Jeśli nie otrzymam od Boga tego, o co usilnie prosiłem, zaczynam się obrażać, buntować, negować i nawet złorzeczyć samemu Bogu…
On nie chce, byśmy przymowali postawę „żebraka”. On chce się spotykać z pełnym wiary i zaufania do rodziców dzieckiem. Dzieckiem, które wierzy, że otrzyma od rodzica to, co jest mu naprawdę potrzebne…

Stąd pewnie ten cały dziwny, niezrozumiały i trudny dialog z proszącą kobietą. Byl potrzebny nie tyle jej samej, co właśnie uczniom i nam. Trzy próby: próba milczenia Boga, próba bezduszności instytucji Kościoła, czy wreszcie próba braku współczucia Boga wobec realnych problemów człowieka, mają nas uleczyć nas z postawy „żebraka”.

Jest jeszcze jedna cecha postawy „żebraka”: zazdrość. Zazdrość, że otrzymują łaskę ci, co nie powinni jej otrzymać. Kobieta zbliżająca się do Jezusa była godna potępienia przez dbających o czystość rytualną faryzeuszów: miała pogański rodowód, opętaną córkę (kontakt ze złym duchem), no i ośmieliła się jako kobieta rozpocząć rozmowę z nieznanym mężczyzną, i to publicznie…
Jezus odwołuje się jedynie do wiary kobiety, a Jego interwencja nie tylko przywraca zdrowie udręczonemu dziecku, ale włącza je też do grona tych, którzy przyjęli dar zbawienia. Pokazuje, że poganie również mogą mieć godność dzieci Bożych. To wydarzenie musiało budzić nie tylko zazdrość ale i zgorszenie. On spotyka się z uchodzącymi za „nieczystych” poganami i na dodatek twierdzi, że dar zbawienia przeznaczony jest również dla nich.

Na zakończenie piękny komentarz jednego z Ojców Kościoła, Epifaniusza: „Nie jakoby zbawienie nie miało być udzielone poganom, ale Pan przyszedł najpierw do swoich, oczekując owoców wiary najpierw od tych, z których wyszedł. Inne narody miały otrzymać zbawienie poprzez głoszenie apostołów. Pochwalił jednak wiarę kobiety, która słowami i zachowaniem powiedziała: Przyszedłeś do Żydów i objawiłeś się im, ale oni tego nie chcą. To, co odrzucili, daj nam .”

Dodaj komentarz

chodzić po wodzie…

(Mt 14,22-33): (…) Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. (…) Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! (…) Czemu zwątpiłeś, małej wiary? (…)

To przecież moje życie często podobne jest do ewangelicznej łodzi oddalonej od brzegu, miotanej falami, bo wiatr jest przeciwny… A On wydaje się ociągać z pomocą, przychodzi dopiero o czwartej straży nocnej [nad ranem], gdy jestem już wykończony ciągłą walką i zmaganiem. Kryzysy, długie chwile ciemności i poczucie osamotnienia sprawiają, że przychodzącego dopiero nad ranem Pana nie jestem w stanie rozpoznać…
Trudno też usłyszeć: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! A nawet gdy słyszę, obarczony poprzednim doświadczeniem osamotnienia, szukam dowodu: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!

Silny wiatr, który wiał cały czas, nie może być powodem, dla którego Piotr zaczął tonąć. Raczej zamiast skupić się na Panu, który mówi: Przyjdź, skupił się na swoich słabościach, niemocy i lękach. Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Czemu uważasz, że to, co w tobie słabe, jest mocniejsze niż moja wyciągnięta dłoń.
Jakże częste doświadczenie sakramentu pojednania: Panie, ratuj mnie! Ale przecież Ty jesteś słabszy od moich słabości i grzechów, Ty nie jesteś w stanie sprawić, bym szedł po wodzie, bym w nich nie zatonął…

Może warto przyjrzeć się temu wydarzeniu pod kontem moich pretensji o samotność i opuszczenie. Piotr jest z Jezusem sam na sam, reszta apostołów pozostaje w łodzi. Tu nie chodzi tylko o zaznaczenie prymatu Piotra i zarazem jego słabości w obliczu próby. Tu może chodzić o moją nieuniknioną samotność wobec wielu trudnych i traumatycznych doświadczeń, takich jak śmierć, krzyż, cierpienie. Kościół towarzyszy, jest blisko, w łodzi. Moim jednak osobistym doświadczeniem pozostaje odwaga wiary, trud zmagania, doświadczenie porażki, czy wreszcie radość z uchwycenia mnie mocną dłonią Pana.

Dodaj komentarz

przemienienie…

(Mt 17,1-9): (…) zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, (…) Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! (…)

Zaprowadził ich na górę wysoką osobno… Choć o przemienieniu Jezusa mamy wspomniane w trzech redakcjach synoptycznych, to żadna z nich nie wskazuje wprost na górę, na której wydarzenie to miało miejsce. Tradycja chrześcijańska mówi o górze Tabor, na której wg przekazów z V i VI w. postawiono trzy świątynie (na pamiątkę namiotów zaproponowanych przez Piotra). Równie dobrze mogła to być najwyższa w Izraelu góra Hermon, gdzie kilka wersetów wcześniej Piotr wyznał, że Jezus jest Mesjaszem (Mt 16,16). To do tej góry, zwanej też górą śniegu, nawiązuje jeden z kodeksów z V w., w którym szaty Jezusa stały się połyskujące jak śnieg – a nie jak światło.
Pewnie więc, nie o konkretną górę ewangelistom chodziło. Niezależnie od tego, czy był to Tabor, czy Hermon, czy może jeszcze jakaś inna góra, chcieli zaprosić do spotkania z Bogiem… W historii zbawienia góra jest miejscem uprzywilejowanym. To tu przecież „niebo łączy się z ziemią” lub „ziemia dotyka nieba”…
Po pierwsze więc, ewangelia zaprasza nas byśmy podjęli trud dotarcia jak najbliżej Boga…
Po drugie, chce nas umocnić: „W ten sposób umocnił serca uczniów, aby nie ulegli zgorszeniu krzyża, a całemu Kościołowi dał nadzieję, że osiągnie chwałę, którą sam zajaśniał jako jego Głowa” – jak czytamy w dzisiejszej prefacji.
Po trzecie wreszcie, każdy z nas ma zapewne takie chwile bliskiego spotkania z Bogiem, które sobie przypomina w trudnych i ciężkich momentach życia, w chwilach próby, ciemności, opuszczenia – one naprawdę dają nadzieję.

Jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty… Gotowość przyjęcia Go do swojego życia, gotowość do zamieszkania z Nim – rozbicia dla Niego namiotu…
I tu zmienia się perspektywa… Nie ja rozbijam namiot dla Niego, ale to On sam rozbija swój namiot dla mnie. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami [dosł.: rozbiło namiot między nami] (J 1, 14). Przecież to przemienienie nie było jedynym. Pierwsze dokonało się wtedy, gdy Bóg stał się człowiekiem: On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi (Flp 2,6-7). Bez prawdy o Wcieleniu nie da się zrozumieć tego co wydarzyło się na górze.
Ojcowie Kościoła prawie jak mantrę powtarzali, że Bóg po to stał się człowiekiem, aby człowiek mógł uczestniczyć w życiu Boskim. On na górze ukazuje cel naszego życia.

A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz… Orygenes bardzo pięknie opisał o co chodzi z pojawiającymi sie na górze Mojżeszem i Eliaszem: „Chcesz się przekonać, że Mojżesz zawsze jest z Jezusem, to znaczy Prawo jest zawsze z Ewangelią? Niechaj pouczy cię o tym Ewangelia: Gdy Jezus przemienił się w chwale, wówczas Mojżesz i Eliasz razem z Nim ukazali się w chwale; dowiadujesz się w ten sposób, że Prawo, prorocy i Ewangelie zawsze zbierają się w jednym miejscu i wciąż trwają w jednej chwale. Zresztą nawet Piotrowi, gdy chciał im wznieść trzy przybytki, Pismo zarzuciło niezręczność jako temu, kto nie wiedział, co ma powiedzieć. Prawo bowiem, prorocy i Ewangelie mają nie trzy przybytki, ale jeden, a jest nim Kościół Boży.”
Może warto byśmy o Prawie i prorokach nie zapominali. To jest droga naszej przemiany, naszego uświęcenia i uczestnictwa w życiu Bożym… Przyjęcie Ewangelii Chrystusowej, wierność przykazaniom (Prawo) i dawanie świadectwa (prorocy) prowadzi nas na górę, gdzie usłyszymy: ty jesteś mój syn umiłowany, ty jesteś moja córka umiłowana…

Dodaj komentarz