Archiwum dla Sierpień 2016

zaproszony…

(Łk 14,1.7-14): (…) nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. (…) nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć (…)

Ktoś kiedyś powiedział, że każdy człowiek winien mieć coś z Kopernika i odkryć, że nie jest w centrum świata… I pewnie – jak pisałem trzy lata temu – w dzisiejszej ewangelii o to właśnie chodzi. O przekroczenie egocentryzmu, naukę pokory i bezinteresowności…

Dziś jedynie dwa małe „ad vocem”:

Po pierwsze, dzisiejsze słowo każe czuć się zaproszonym a nie zawłaszczającym przestrzeń uczty… I tu od razu przychodzi mi na myśl krzywe patrzenie na czasami zbyt „aktywne” podczas Liturgii dzieci. Kilka tygodni temu, jak podało „L’Osservatore Romano”, podczas mszy św. odprawianej przez papieża Franciszka w Domu św. Marty, dokładnie w czasie homilii, zaczęło płakać jakieś dziecko. Papież płaczu dziecka nie zignorował ale też nie kazał rodzicom dziecka uciszać: „Nie przejmujmy się, bo kazanie dziecka w kościele jest piękniejsze od kazania księdza, kazania biskupa i kazania Papieża. Pozwól mu płakać – pozwól mu, bo jest to głos niewinności, który przydaje się wszystkim”.
Być zaproszonym, to mieć pełny udział, uczestnictwo i prawo wypowiadania się…
Dziecko też jest zaproszone!

Po drugie, dzisiejsze słowo przypomina, że zapraszani są tylko ci, którzy nie mogą się odwdzięczyć… On sam tak czyni, dlatego też do tego zachęca. To ciekawa uwaga!…
Za każdym razem, gdy pomyślę sobie ile rzeczy dla Boga zrobiłem i jak zasłużyłem, by na uczcie przebywać – przychodzi niepokojąca myśl: „to może nie jesteś zaproszony, tylko próbujesz się wepchać!?”
Pomyśl czasami na początku mszy czy jesteś zaproszony „za nic”, czy ten udział we mszy ci się należy, bo na niego zasłużyłeś… Zasłużyłeś, bo np. zmusiłeś się by przyjść – a to już coś, czym Mu się odwdzięczasz…
Obyś nie znalazł niczego, czym możesz Mu się odwdzięczyć!…

Dodaj komentarz

usiłujcie wejść…

(Łk 13,22-30): (…) Raz ktoś Go zapytał: Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni? On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. (…) On wam odpowie: Nie wiem, skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz On rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. (…)

Paradoksem dzisiejszej ewangelii jest to, że nie ma ona na celu straszenia potępieniem, ale jest prawdziwym słowem miłości. Jest ostrzeżeniem i prośbą zarazem, by traktować Pana z należytą powagą

Pytanie zatroskania (mam nadzieję, że szczerego) o innych, którzy „mogą być nie-zbawieni” zadają ci, którzy idą za Nim i żyją zapewne w przekonaniu, że to „towarzyszenie Mu” wystarcza do zbawienia… Nie spodziewają się pewnie takiej odpowiedzi…

Po pierwsze: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi… Mówił do członków Narodu Wybranego: samo „wybranie” nie wystarcza. O Królestwo trzeba zawalczyć. To, że jesteście „wybranymi” nie jest waszą zasługą – to łaska Pana. Mówi do nas, do ochrzczonych, do chodzących w miarę regularnie do kościoła, do przystępujących do sakramentów: otrzymaliście taką łaskę od Pana i… nie spoczywajcie na laurach, zawalczcie o Królestwo!… Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi.

Po drugie, nie wystarczą same deklaracje… Do zbawienia nie wystarczy jedynie wybór Chrystusa na swojego Pana. Deklaracja „Jezus jest moim Panem”, choćby nie wiem jak uroczysta, nie wystarcza. Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi… Potrzeba konkretnego działania!

I po trzecie, nie wystarcza „znanie się z widzenia”: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą (dosł.: „wobec Ciebie”), i na ulicach naszych nauczałeś… Jemu chodzi o wejście w relację, o współpracę, o wspólne realizowanie dzieła…

Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi. Jakże mocno te słowa brzmią w Roku Miłosierdzia, gdy miłosierdzia Boga oczekujemy i „bycia miłosiernymi” się uczymy…

Dodaj komentarz

pochodnia…

(Łk 12,49-53): Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. (…) Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. (…)

piesOd paru lat działa przy naszym klasztorze reaktywowane Duszpasterstwo Absolwentów z dopiskiem „25+”. Gdy młodzi, ale już dojrzali i myślący naprawdę odpowiedzialnie członkowie duszpasterstwa zastanawiali się nad nazwą duszpasterstwa, bardzo często padało hasło „pochodnia”. Trochę przez skojarzenie z pochodnią w pysku dominikańskiego psa a trochę – nawet specjalnie – nawiązując do skojarzeń z inkwizycją… Do dzisiaj jeszcze na niektórych spotkaniach słowo klucz: „pochodnia” się pojawia…
Przyznaję, że choć niezbyt trafnym byłoby nazwanie duszpasterstwa „Pochodnią”, sam pomysł bardzo mi się podobał… Gorliwość i jasne nazywanie przez młodych rzeczywistości robiło i robi na mnie ogromne wrażenie. Symbol „pochodni” niesamowicie mocno nawiązuje do dzisiejszej ewangelii.

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Nasza małoduszność, wegetacja religijna i sprowadzanie życia wiary do formy i tradycji tylko, zagasiło płomień Jego ewangelii… Duch, który zstąpił na Kościół w dniu Pięćdziesiątnicy pod postacią ognistych języków zostaje gaszony – a On musi płonąć!!!
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. On nigdy nie układał się z siłami ciemności – tu nie może być zgody i pojednania – tu musi panować ciągła walka. Nadszedł czas wewnętrznej walki i przeorganizowania dotychczasowej hierarchii wartości.

Niedawno świętowaliśmy uroczystość Św. Dominika – dużo mówiło się o psie z płonącą pochodnią w pysku… Niewątpliwie o takim ogniu mówił Chrystus… Duchowość dominikańska na tym właśnie polega: podsycanie przygasłego żaru prawdziwej miłości do Boga i drugiego człowieka w sercach ludzi…

I… jak zwykle: słowo wprost do funkcjonariuszy Kościoła – dziś bardziej do nas dominikanów. Co robić, by ten ogień pochodni w pysku domini canis płonął naprawdę?
Św. Dominik mówił: Zanim wyjdziecie do innych, pierwszym miejscem Waszego głoszenia jest Wasza wspólnota, pierwszym obszarem działania jest życie z braćmi w klasztorze. Kluczem do zrozumienia naszej duchowości nie jest aktywność zewnętrzna, ale to, co dzieje się w naszych klasztorach. Nie sztuką jest być cały czas na zewnątrz, objeżdżać pół świata, głosić kazania i rekolekcje. O wiele trudniej jest być we wspólnocie, żyć z konkretnymi braćmi, dbać i martwić się o codzienność. Dominik mówił: najbardziej głosicie ludziom tym, jak żyjecie, czasem nawet nie otwierając ust. Świadectwo naszego życia jest najmocniejszym głoszeniem Ewangelii… To ogień, który ma płonąć!!!…

Dodaj komentarz

skarb miłosierdzia…

(Łk 12,32-48): (…) Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. (…) Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. (…) Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.

Trzy lata temu komentując ten fragment ewangelii zwracałem uwagę na „zasadę ekwiwalentności”, której wydaje się, że Pan nie stosuje: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Po wgłębieniu się jednak w tekst i zobaczeniu czym już każdego z nas obdarzył, zasada ta ma jak najpełniejsze zastosowanie. On obdarzył każdego z nas swoim sercem – serca więc od nas oczekuje: Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie…
Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Wszyscy oczekujemy skarbu miłosierdzia, ten skarb otrzymujemy… tym skarbem musimy się podzielić!

Dzisiaj, w Roku Miłosierdzia, chciałbym wrócić jeszcze do kilku zdań z bulli Misericordiae vultus. One skierowane są najpierw do mnie samego, potem do mych współbraci w kapłaństwie… Skierowane są również do każdego z nas…:

Również powołanie Mateusza wpisuje się w ten horyzont miłosierdzia. Przechodząc obok komory celnej, spojrzenie Jezusa spotkało się ze wzrokiem Mateusza. Było to spojrzenie pełne miłosierdzia, które przebaczyło grzechy tego człowieka oraz, zwyciężając opory innych uczniów, wybrało jego, grzesznika i celnika, aby stał się jednym z Dwunastu. Św. Beda Czcigodny, komentując tę scenę z Ewangelii napisał, że Jezus spojrzał na Mateusza z „uczuciem miłości i wybrał go”: miserando atque eligendo. Te słowa zawsze robią na mnie wrażenie, dlatego wybrałem je na moje zawołanie biskupie.

«Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy» (Mt 18, 22) i opowiedział przypowieść o „nielitościwym dłużniku”. (…) wezwał nielitościwego dłużnika do siebie i rzekł: «Czyż więc i ty nie powinieneś był się ulitować nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?» (Mt 18, 33). Jezus kończy tę przypowieść słowami: «Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu» (Mt 18, 35). Ta przypowieść zawiera głęboką naukę dla każdego z nas. Jezus stwierdza, że miłosierdzie to nie jest tylko działanie Ojca, lecz staje się kryterium potrzebnym do zrozumienia, kim są Jego prawdziwi synowie. Jesteśmy więc wezwani do życia miłosierdziem, ponieważ to nam zostało najpierw udzielone miłosierdzie. Przebaczenie zniewag staje się najbardziej ewidentnym wyrazem miłości miłosiernej, a dla nas chrześcijan jest nakazem, którego nie możemy pominąć.

Miłość nie może być przecież abstrakcyjnym słowem. Z samej swej natury jest ona konkretnym życiem: to intencje, zachowania, postawy, które przyjmuje się w codzienności. Miłosierdzie Boga jest Jego odpowiedzialnością za nas. On czuje się odpowiedzialnym, to znaczy: pragnie naszego dobra i chce nas widzieć szczęśliwymi, napełnionymi radością i pokojem. Na tejże właśnie długości fali powinna zostać dostrojona i zorientowana miłość miłosierna chrześcijan. Tak, jak kocha Ojciec, tak też powinni kochać i synowie. Jak On jest miłosierny, tak też i my jesteśmy wezwani, by być miłosierni: jedni wobec drugich.

Pierwszą prawdą Kościoła jest miłość Chrystusa. Tejże miłości, która zmierza aż do przebaczenia i do dania siebie samego, Kościół czyni się sługą i pośrednikiem wobec ludzi. Stąd też tam, gdzie Kościół jest obecny, musi się też zaznaczyć miłosierdzie Ojca.

Nie będzie bezużyteczne w tym kontekście opisanie relacji pomiędzy sprawiedliwością a miłosierdziem. Nie są to dwa aspekty sobie przeciwne, ale dwa wymiary tej samej rzeczywistości, która rozwija się stopniowo, aż do osiągnięcia swego szczytu w pełni miłości.

Jeśli Bóg zatrzymałby się na sprawiedliwości, przestałby być Bogiem i stałby się jak wszyscy ludzie, którzy przywołują szacunek dla prawa. Sprawiedliwość sama z siebie nie wystarczy, a doświadczenie uczy, że odwoływanie się tylko do niej niesie ze sobą ryzyko jej zniszczenia. Z tego też powodu Bóg przekracza sprawiedliwość miłosierdziem i przebaczeniem. To nie oznacza umniejszenia sprawiedliwości bądź uczynienia jej zbędną, wręcz przeciwnie. Ten, kto błądzi, będzie musiał ponieść karę. Tyle że to nie jest koniec, ale początek nawrócenia, ponieważ doświadcza się czułości przebaczenia. Bóg nie odrzuca sprawiedliwości. On ją włącza i przekracza w jeszcze większym wydarzeniu, w którym doświadcza się miłości, która jest fundamentem prawdziwej sprawiedliwości.

Dodaj komentarz