Archiwum dla Lipiec 2016

przeciwny wegetacji, uradowany z ewangelizacji…

(Łk 12,13-21): (…) Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem.

Gdy wczoraj wieczorem słuchałem Franciszka, który mówił do młodzieży zgromadzonej na Campus Misericordiae w Brzegach, że „nie przyszliśmy na świat, aby wegetować, aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi”. Gdy słyszałem jak dzielił się smutkiem widząc, że „wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją”, bo „wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność”. Pomyślałem, że to mocny i trafiający w samo sedno komentarz do dzisiejszej ewangelii…

To prawda, że Jezus przestrzega przed chciwością, która czyni z nas niewolników. Prawdą też jest, że każdy człowiek może, a nawet powinien, sięgać po wszystkie dobra i wartości, które są w zasięgu jego ręki. I prawdą jest również, że wszystkie dobra doczesne są darem Boga, ale wszystkie one są przemijające. Dlatego też człowiek powinien skupiać się na bogactwie cennym w oczach Boga.
Kluczem do zrozumienia „bycia bogatym przed Bogiem” są niewątpliwie słowa: kto skarby gromadzi dla siebie. Jeśli ktoś gromadzi skarby „dla siebie” nigdy nie będzie bogaty przed Bogiem. I nie chodzi tu tylko o zachłanność, chciwość i myślenie tylko o sobie… Nie chodzi tu o ilość „posiadania” ale o jakość „bycia”.

Pojawiał się już w moich rozważaniach klucz: „Słowo skierowane jest najpierw do funkcjonariuszy Kościoła”. Ten klucz dostrzegłem również u Franciszka. Parę godzin wcześniej, zanim wypowiedział mocne słowa do młodzieży, w homilii skierowanej do kapłanów i osób konsekrowanych w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie przypomniał o powołaniu do konkretnej miłości, czyli służby i dyspozycyjności i przestrzegł przed pokusą strachu lub wygody, zamknięciem w sobie samych i swoich środowiskach:

Jezus nie lubi dróg przemierzanych połowicznie, przymkniętych drzwi, podwójnego życia. Wymaga, by wyruszyć w drogę bez obciążeń, wyjść rezygnując ze swoich zabezpieczeń, mocni jedynie w Nim.
Innymi słowy, życie Jego najbliższych uczniów, do których grona jesteśmy powołani, składa się z konkretnej miłości, czyli służby i dyspozycyjności; jest to życie, gdzie nie ma przestrzeni zamkniętych i własności prywatnych, dla własnej wygody. Ten, kto postanowił upodobnić całe swoje życie do Jezusa, nie wybiera już swoich własnych miejsc, ale idzie tam, gdzie został posłany; gotów odpowiedzieć Temu, Który go wzywa, nie wybiera już nawet czasu dla siebie. Dom, w którym mieszka, nie należy do niego, ponieważ Kościół i świat są otwartymi miejscami jego misji. Jego skarbem jest wprowadzać Pana w środek życia, nie szukając innego skarbu dla siebie. W ten sposób unika sytuacji samozadowolenia, które postawiły by go w centrum, nie staje na chwiejnych postumentach potęg światowych, ani nie opiera się na wygodach, które osłabiają ewangelizację; nie marnuje czasu na planowaniu bezpiecznej i zasobnej przyszłości, aby uniknąć ryzyka stania się odizolowanym i skrytym, zamkniętym w ciasnych murach egoizmu bez nadziei i radości. Zadowolony w Panu, nie zadowala się życiem przeciętnym, ale płonie pragnieniem świadczenia i dotarcia do innych; lubi ryzyko i wychodzi, nie ograniczony drogami już wytyczonymi, lecz otwarty i wierny trasom wskazanym przez Ducha Świętego: przeciwny wegetacji, uradowany z ewangelizacji.

Dodaj komentarz

módl się jak Ja…

(Łk 11,1-13): Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić,… (…)

O modlitwie, szczególnie tej, której uczy Jezus, powiedziano już bardzo dużo. Dlatego dziś przypomnę jedynie słowa Benedykta XVI z rozważania na Anioł Pański z 25 lipca 2010:

Ewangelia dzisiejszej niedzieli ukazuje nam Jezusa skupionego na modlitwie, nieco z dala od swoich uczniów. Gdy skończył, jeden z nich powiedział do Niego: “Panie, naucz nas się modlić” (Łk 11, 1). Jezus nie oponował, nie mówił o dziwnych czy ezoterycznych formułach, lecz z wielką prostotą rzekł: “Kiedy się modlicie, mówcie: «Ojcze»” i nauczył “Ojcze nasz” (por. Łk 11, 2-4), opierając ją na własnej modlitwie, którą kierował do Boga, swego Ojca. Św. Łukasz przekazuje nam “Ojcze nasz” w krótszej formie od tej, która weszła w powszechne użycie, a znajdującej się w Ewangelii św. Mateusza. Mamy tu do czynienia z pierwszymi słowami Pisma Świętego, których uczymy się już jako dzieci. Zapadają one w pamięć, kształtują nasze życie, towarzyszą nam aż do ostatniego tchnienia. Ukazują one, że “nie jesteśmy jeszcze w pełni dziećmi Boga, lecz przez naszą coraz głębszą wspólnotę z Jezusem mamy się nimi stawać i być. Dziecięctwo utożsamia się z naśladowaniem Chrystusa” (Benedykt XVI, “Jezus z Nazaretu”, wyd. polskie, s. 123).

Modlitwa ta zawiera też i wyraża materialne i duchowe potrzeby człowieka: “Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy” (Łk 11, 3-4). Właśnie z powodu codziennych potrzeb i trudności Jezus wzywa z mocą: “I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajdzie; a kołaczącemu otworzą” (Łk 11, 9-10). Nie są to prośby o zaspokojenie własnych zachcianek, ile raczej o to, by podtrzymywać przyjaźń z Bogiem, który – jak powiada też Ewangelia – da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą” (Łk 11, 13). Doświadczyli tego starożytni “ojcowie pustyni” oraz kontemplatycy wszystkich epok, stając się na mocy modlitwy przyjaciółmi Boga, jak Abraham, który prosił Pana, by ocalił nielicznych sprawiedliwych przed zagładą Sodomy (por. Rdz 18, 23-32). Św. Teresa z Avila zachęcała swoje współsiostry, mówiąc: “Musimy prosić Boga, aby uwolnił nas na zawsze od wszelkiego niebezpieczeństwa i uchronił od wszelkiego zła. Jakkolwiek niedoskonałe byłoby nasze pragnienie, starajmy się wytrwać w tej prośbie. Cóż kosztuje nas prosić o wiele, skoro zwracamy się do Wszechmocnego?” (“Cammino”, 60 (34), 4, w: “Opere complete”, Milano 1998, s. 846). Za każdym razem, gdy odmawiamy “Ojcze nasz”, głos nasz splata się z głosem Kościoła, ponieważ kto modli się, nie jest nigdy sam. “Każdy powinien odnaleźć w różnorodności i bogactwie modlitwy chrześcijańskiej, której uczy Kościół, własną drogę, własny sposób modlitwy… Tak więc pozwoli się prowadzić… Duchowi Świętemu, który przez Chrystusa wiedzie nas do Ojca” (Kongregacja Nauki Wiary, List do biskupów Kościoła katolickiego o niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej, n. VII).

Dodaj komentarz

Marta, Maria i… Piotr Jerzy…

(Łk 10,38-42): Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.

Truizmem jest powtarzanie, że nie można rozdzielać Marii i Marty – trzeba być i Marią i Martą zarazem. Samo rzucenie się wir pracy Marty, choć jak najbardziej ważne i potrzebne, może sprawić, że zapominamy po co to wszystko, że zapominamy o miłości, która powinna być źródłem całego zabiegania… Po to właśnie kontemplacja Marii…

Dziś trzeci dzień przygotowania do peregrynacji relikwii bł. Piotra Jerzego Frassatiego w lubelskiej parafii, której patronuje. Prowadzę to przygotowanie…
Mówiłem o świadku i szafarzu miłosierdzia; mówiłem o człowieku wiary… Dzisiejsza ewangelia podpowiada by pokazać jak w jego życiu postawa Marty wypływała z postawy Marii…

Bł. Piotr Jerzy, jako ojciec chrzestny chorągwi koła „Giovanni Pollone”, zwrócił uwagę skąd należy czerpać siły i natchnienie do wszelkiego działania:

Modlitwa, działanie i ofiara: te trzy słowa streszczają cały olbrzymi program. (…)

Modlitwa jest szlachetnym błaganiem, jakie wznosimy przed tron Boga, jest najskuteczniejszym środkiem uzyskania od Boga łask, jakich nam potrzeba, a przede wszystkim siły wytrwania w tych czasach, gdy nienawiść synów szatana wściekle się rozjątrza przeciw wiernym owcom w zagrodzie.
Zalecając wam żarliwą modlitwę, zaliczam do niej wszystkie praktyki pobożności, a spośród wszystkich najpierw Świętą Eucharystię. Wracając zaś myślą do apostoła Eucharystii Świętej, do świętego Piusa X czcigodnej pamięci, całą mocą duszy zachęcam was, byście możliwie najczęściej przystępowali do Stołu Pańskiego. Pożywiajcie się tym Chlebem aniołów, stąd będziecie czerpać siłę do toczenia walk wewnętrznych, walk z namiętnościami i wszelkimi przeciwnościami, bo Jezus Chrystus obiecał tym, którzy się karmią Świętą Eucharystią, życie wieczne i łaski niezbędne do jego zdobycia. (…)

Gdy wzmocnimy naszego ducha najpilniejszym przykładaniem się do dzieł pobożności i gorliwie zbadamy poruszające nas pytania, wtedy będziemy mogli rzucić się w apostolat. A rozróżnia się trzy rodzaje apostolatu.
Pierwszy z wszystkich polega na dawaniu przykładu: my, katolicy, powinniśmy uczynić wszystko, aby naszym życiem rządziło prawo moralności chrześcijańskiej.
Następny jest apostolat miłosierdzia, polegający na tym, by iść pomiędzy cierpiących i pocieszać ich, iść pomiędzy nieszczęśliwych i głosić im dobre słowo, bo religia katolicka opiera się na miłosierdziu, które jest niczym innym, jak najdoskonalszą miłością. Święty Paweł Apostoł powiada: „Miłość Chrystusa przynagla nas”, a bez tego ognia, który powoli, powoli powinien zniszczyć naszą osobowość, aby odtąd nasze serca biły tylko dla cierpień innych ludzi, nie bylibyśmy chrześcijanami, a zwłaszcza katolikami.
Wreszcie apostolat przekonywania, a ten jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej potrzebnych; zbliżcie się, o młodzi, do waszych towarzyszy pracy, którzy żyją daleko od Kościoła i spędzają wolne godziny nie w zdrowych rozrywkach, lecz w występku. Przekonajcie tych nieszczęśników, żeby poszli drogami Bożymi, gdzie jest wiele cierni, ale też wiele róż.

Ale gdyby ktokolwiek z was posiadał w najwyższym stopniu te dary, a nie miał obfitego w sobie ducha ofiary, nie byłby dobrym katolikiem. Powinniśmy we wszystkim i przez wszystko poświęcić nasze ambicje, poświęcić całych siebie sprawie wiary. Nasze życie, aby być chrześcijańskim, jest nieustannym wyrzekaniem się, które jednak nie ciąży nam, jeśli tylko się pomyśli, czym są te nieliczne lata przeżyte w bólu, w porównaniu ze szczęśliwą wiecznością, gdzie radość nie będzie miała miary ani kresu, gdzie będziemy się cieszyli pokojem, którego wyobrazić sobie teraz nie można.

Dodaj komentarz

ja-bliźni?…

(Łk 10,25-37): (…) A kto jest moim bliźnim? (…) Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. (…) kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. (…) Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim? (…) Ten, który mu okazał miłosierdzie. (…)

Za każdym razem gdy czytam tę przypowieść mam mieszane uczucia. Z jednej strony irytacja na znieczulicę – kapłan i lewita nie tylko nie pomogli potrzebującemu ale zabrali mu również nadzieję, wręcz uśmiercili ducha. Z drugiej strony zrozumienie i logiczne wytłumaczenie postawy kapłana i lewity. Prawo zakazywało kontaktu z umarłym [pobity był już umierający] i z krwią [pobity był cały zakrwawiony]…

Dzisiejszy fragment ewangelii przypomina na pewno, że jakiekolwiek nauczanie o miłości nie może się ograniczać jedynie do abstrakcyjnej teorii. Miłość zawsze angażuje całą istotę ludzką w konkretach codziennego życia…
Ale sednem dzisiejszej ewangelii jest jednak definicja „bliźniego”. Dość zaskakująca definicja… Na początku ewangelii słyszymy pytanie: A kto jest moim bliźnim? – czyli: kogo mam miłować, kogo traktować jak siebie samego? nad kim mam obowiązek się pochylić, by mu pomóc?
Jezus odwraca pytanie: Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim? I pada odpowiedź: Ten, który mu okazał miłosierdzie – nie ten, któremu należy okazywać miłosierdzie!!!

Dlaczego samarytanin stał się „definicją bliźniego”? Był poganinem, człowiekiem żyjącym w pośpiechu – biegł załatwić swoje interesy. Potrafił się jednak wzruszyć! (wzruszył się głęboko 10,33).
Papież Franciszek w jednej z niedawnych katechez powiedział:

(…) serce Samarytanina było zestrojone z sercem samego Boga. Współczucie jest bowiem istotną cechą Bożego miłosierdzia. Bóg nam współczuje. Co to znaczy? Cierpi z nami, odczuwa nasze cierpienia. Współczuć to dzielić coś z kimś. Słowo to wskazuje, że wnętrzności się poruszają i drżą na widok zła, jakiego doświadcza człowiek. A w gestach i działaniach dobrego Samarytanina rozpoznajemy miłosierne działanie Boga w całej historii zbawienia. Jest to to samo współczucie, z którym nasz Pan wychodzi naprzeciw każdemu z nas: On nas nie lekceważy, zna nasze cierpienia, wie jak bardzo potrzebujemy pomocy i pociechy. Zbliża się do nas i nigdy nas nie opuszcza.
(…) Samarytanin postępuje naprawdę miłosiernie: opatrzył rany tego człowieka, zawiózł go do gospody, osobiście pielęgnował, zatroszczył się, by miał opiekę. Wszystko to uczy nas, że współczucie, miłość to nie jakieś nieokreślone uczucie, ale oznacza zadbanie o drugiego człowieka aż po osobiste poniesienie kosztów. Znaczy narażać się, podejmując wszelkie niezbędne kroki, aby «zbliżyć się» do drugiego aż po utożsamienie się z nim: «Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego». To jest przykazanie Pana…

„Bliźnim” jest więc przede wszystkim Bóg, który realnie „współczuje” i doświadcza naszej nędzy. Bliźnim jest każdy, kto potrafi „współczuć”, czyli „zadbać o drugiego człowieka aż po osobiste poniesienie kosztów”, aż po „utożsamienie się z nim”…
Czytając dzisiejszą ewangelię przestaję pytać: kto jest moim bliźnim?
Czytając dzisiejszą ewangelię zaczynam pytać: czy ja jestem bliźnim? czy dojrzewam do bycia bliźnim?

Dodaj komentarz

frassati…

frassatiDziś wspomnienie bł. Piotra Jerzego Frassatiego. Za dwa tygodnie w naszej bazylice peregrynacja relikwii Błogosławionego. Stąd w ramach przygotowania do peregrynacji fragment listu Piotra Jerzego:

Raduję się, że pragniesz przyłączyć się do wielkiej rodziny św. Dominika, gdzie, jak powiada Dante: „Dobrze się jada, jeśli się nie leni”. Obowiązków jest tu bardzo mało, w przeciwnym razie wiedz, że nie mógłbym przynależeć do Zakonu, który wymaga wiele.
Kiedy Święty założył Trzeci Zakon, założył go jako organizację do przeciwstawiania się heretykom. Wówczas to tercjarze mieli zasady bardzo surowe. Ich reguła naśladowała prawie tę dawną regułę Pierwszego Zakonu – ale obecnie została ona zmieniona i nie ma w niej śladu rygorystycznych wymagań. Każdego dnia należy odmawiać dominikańskie oficjum do Najświętszej Maryi Panny lub różaniec, lecz nawet gdybyś któregoś dnia lub przez kilka dni rozmyślnie nie odmawiał tych modlitw, nie będzie to grzechem śmiertelnym.
(…)
Pragnąłbym bardzo, abyś przyjął imię brat Hieronim, nie dlatego, że jest to imię, które ja noszę jako syn świętego Dominika, lecz dlatego, że przypomina mi ono postać, którą bardzo cenię, i z pewnością także Ty, który masz te same co ja przekonania w kwestii zepsutych obyczajów. Mam na myśli osobę Hieronima Savonaroli, którego imię ja niegodnie noszę. Będąc czcicielem tego brata, który umarł w opinii świętości na szubienicy, pragnąłem obrać go jako wzór, gdy wstępowałem do Trzeciego Zakonu, ale niestety jestem jeszcze daleki w jego naśladowaniu. (…)

Dodaj komentarz

jak owce…

(Łk 10,1-12.17-20): Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. (…) Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! (…) Nie przechodźcie z domu do domu. (…)

Dzisiejsza ewangelia jest wezwaniem do modlitwy za „funkcjonariuszy” Kościoła, by potrafili sprostać zadaniu głoszenia ewangelii, które im Pan wyznaczył, i by nie skupiali uwagi na sobie… Jest przypomnieniem, że w Kościele bierzemy odpowiedzialność za obecność Jezusa, dlatego posyła tam, „dokąd sam przyjść zamierzał”.
Posyła „po dwóch” by się mogli wspierać i wzajemnie mobilizować, ale również dlatego, by nie ulegli pokusie dostosowywania się do praw i zwyczajów rządzących tym światem. By zbytnia troska o zabezpieczenie bytu nie zastąpiła samej misji… Dlatego posyła jak owce między wilki przestrzegając funkcjonariuszy Kościoła przed pokusą stania się wilkiem – do czego zachęca współczesny świat. „Kościół nie może wyć z wilkami, by zdobyć owce dla Pana” (kard. Christoph Schönborn).

Św. Jan Chryzostom w swojej homilii mówił: „Jak długo pozostajemy owcami, zwyciężamy; otoczeni niezliczoną gromadą wilków, jesteśmy mocniejsi. Gdy jednak stajemy się wilkami, ulegamy, ponieważ jesteśmy pozbawieni pomocy Dobrego Pasterza. Wszak nie jest On pasterzem wilków, ale owiec; dlatego opuszcza cię i odchodzi, gdy nie oczekujesz, aby okazał swoją potęgę.”
Nie chodzi tu o jakąś naiwność i ideologię: „bez zabezpieczenia” i „jak owca pośród wilków”. Nie chodzi o posłanie na pewną klęskę czy nawet śmierć – wszak wilki pożerają owce.
Chodzi o świadomość miejsca, w którym „umieszczam Pana”. Papież Franciszek wspomniał kiedyś o dylemacie (często nieuświadomionym) przed którym staje niejeden chrześcijanin: „Zgodzić się na bycie słabą owcą, ale mieć zapewnioną pomoc Chrystusa, czy stać się wilkiem, który już nie może liczyć na nikogo prócz siebie? W każdej sprawie kierować się Ewangelią czy uznać, że czasem trzeba iść drogą na skróty, bo bez tego nie osiągniemy celu? Wobec zła świata być potulnym barankiem czy jednak pokazać mu pazury? Wybór powinien być oczywisty.”

On jest pasterzem swoich owiec. Dopóki On jest ze swoimi uczniami, nic złego im nie grozi. Wilki mogą ujadać, ale niewiele więcej…

Dodaj komentarz

w rocznicę Unii Lubelskiej…

Dziś celebrowałem mszę św. za Miasto Lublin (jego Władze i Mieszkańców) w 447 rocznicę zaprzysiężenia Unii Lubelskiej.

RYT_6382

Rajca i burmistrz Lublina, poeta Sebastian Fabian Klonowic, w opublikowanym w 1582 r. poemacie pisał o Lublinie:

Miasto to godne być Boga mieszkaniem i królów siedzibą,
Ludne, bogate, znacznych już wielu mężów wydało,
Wiele zdziałało w pokoju, sławne zawarło przymierza.

Pisząc słowa „sławne zawarło przymierza” bez wątpienia myślał o unii realnej między Polską i Litwą, którą późniejsze pokolenia nazwały unią lubelską – od Miasta Lublin właśnie…
To w Lublinie też od stycznia do połowy sierpnia 1569 roku koncentrowało się całe życie polityczne Rzeczypospolitej. To, co się tu wydarzyło należało do najważniejszych wydarzeń politycznych szesnastowiecznej Europy i stało się jedną z ważniejszych cezur chronologicznych w dziejach państwa polskiego. Modląc się więc za Lublin – który wtedy był niejako stolicą – modliliśmy się również za Polskę, za rządzących i wszystkich Polaków o umiłowanie naszej historii, o odkrywanie naszej tożsamości i niezmarnowanie tego, co zostawili nam ci, którzy byli przed nami – o prawdziwy patriotyzm…

To w naszej lubelskiej świątyni – choć wyglądała ona wtedy nieco inaczej: była gotycka, nie miała obecnego wystroju, nie miała żadnych kaplic – 1 lipca 1569 roku odbyło się nabożeństwo dziękczynne po zaprzysiężeniu unii polsko-litewskiej…

Świadek tych wydarzeń – kanonik ołomuniecki Marcin Gerstman – zaznaczył, że po raz pierwszy król uczestniczył we Mszy Świętej śpiewając dziękczynne Te Deum w zamkowym kościele św. Trójcy, 29 czerwca. Potem ponownie śpiewał hymn dziękczynny w kościele oo. Bernardynów (30 czerwca). Natomiast, 1 lipca, w piątek, po zaprzysiężeniu unii, król Zygmunt August pośpieszył „mimo rzęsistego deszczu” do kościoła św. Stanisława oo. Dominikanów, gdzie przed głównym ołtarzem, z lewej strony, „padł na kolana i ze złożonymi i podniesionymi w górę rękoma, z promieniejącą od radości twarzą, donośnym głosem zaśpiewał Te Deum laudamus„. Po ukończeniu śpiewu hymnu dziękczynnego biskup krakowski Filip Padniewski „odśpiewał modlitwy za króla, królestwo i udzielił błogosławieństwa; wszyscy obecni wzajemnie składając sobie życzenia rozeszli się w podziwienia godnym podniesieniu ducha”.

Dziś również, na zakończenie mszy św., odśpiewaliśmy uroczyste Te Deum i modliliśmy się za Ojczyznę słowami Piotra Skargi, który w roku 1569 wstąpił do Jezuitów i niewątpliwie był również świadkiem tego, co dokonało się w Lublinie…

Zastanawiałem się dlaczego król wybrał naszą właśnie świątynię na odprawienie nabożeństwa dziękczynnego. Zapewne dlatego, że miała wezwanie św. Stanisława, pierwszego świętego wywodzącego się z narodu polskiego i patrona Królestwa Polskiego. Zapewne też z racji wielkości – na ówczesne czasy – kościoła, mogącego pomieścić rzesze świadków, ale również miejsca obrad sejmiku lubelskiego…

Był chyba jednak też i inny powód: obecność relikwii Drzewa Krzyża Świętego. One były świadkiem Kościoła niepodzielonego (Drzewo Krzyża odnaleziono i wystawiono do adoracji w początku IV w., gdy Kościół nie był jeszcze podzielony). One są znakiem jedności, do której wzywał Jezus: „aby byli jedno”… Można się spierać o autentyczność „krzyża unii” obecnego w naszym klasztornym skarbcu i na obrazie Matejki. Ważniejszy jest jednak chyba Krzyż jedności Wschodu u Zachodu: patrząc na relikwie Krzyża szukam tego co łączy a nie tego co dzieli…
Gdy przychodzimy adorować krzyż – adorujemy miłosierdzie i przebaczenie – sami uczymy się otwierać na drugiego człowieka i szukać tego, co łączy… Lublin od wieków posiada więc realny znak tego, co łączy a nie dzieli…
To dlatego pewnie król dziękował za to, co łączy przed relikwiami Krzyża Świętego. To dlatego pewnie ciągle szukał tego, co będzie łączyć a nie dzielić. To dlatego też pilnował wszystkich faz burzliwych sporów na obradach sejmu w Lublinie – w czerwcu uratował nawet rokowania od rozbicia sprzeciwiając się przeforsowania unii siłą: „Tak wielkich rzeczy, które wieki trwać mają, nie godzi się przeprowadzać siłą” – stwierdził stanowczo…
Nabożeństwo dziękczynne musiało się odbyć przed relikwiami Drzewa Krzyża Świętego…

Świętując dziś 447. rocznicę zaprzysiężenia Unii Lubelskiej zwracałem uwagę, by spojrzeć na to wydarzenie nie tylko w kategoriach ważnego wydarzenia politycznego. Zachęcałem, by zobaczyć w nim lekcję patriotyzmu – lekcję miłowania historii i odkrywania tożsamości… lekcję tworzenia zdrowego życia społecznego…

Na zakończenie: diariusz sejmu lubelskiego notuje pod dniem, 1 lipca 1569 r.:

Po odprawie przysiąg Król Jego Mość wstał ze stołka i szedł prosto do konia, bo mu dzierżano koni (w) pogotowiu. W tenże czas, gdy jechał do kościoła, był wielki deszcz niezmierny. I jechali do kościoła do miasta, św. Stanisława, Panu Bogu dziękował z nabożeństwem cum senatu et nuntiis polonicis et cum magna frequentia hominum. Tam Panu Bogu Swemu w Trójcy Jedynemu, z wielkim nabożeństwem, płaczem dziękował, chwałę dawał, Te Deum laudamus śpiewać i kazał i sam śpiewał. Odprawiwszy nabożeństwo, jechał na zamek.

Dodaj komentarz