Archiwum dla Czerwiec 2016

gotowy?…

(Łk 9,51-62): (…) Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka. (…) A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz! Jezus mu odpowiedział: Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć. Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże! Jeszcze inny rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu! Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego.

Zdziwienie i chwila konsternacji. Z jednej strony cierpliwość i pobłażliwość posunięta aż do zgody na odrzucenie, z drugiej twarde podejście (bez pozorów nawet cierpliwości) do tych, którzy chcą pójść za Nim.
O pedagogii Boga pisałem trzy lata temu. Bóg przychodzi na ziemię nie po to, by potępić, lecz po to, by zbawić – stąd cierpliwość… Z drugiej strony zachęca do walki duchowej i nie przegapienia szansy, którą stawia przed nami…

Dziś parę słów o tych, którzy chcieli pójść za Chrystusem… Pójść, bo On jest w drodze… Te spotkania wymagają od nich szybkiej i pewnej decyzji. On jest w drodze i chwila spotkania z Przechodzącym może się okazać niepowtarzalną szansą…

Pierwszy: Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz. Sam proponuje, że pójdzie za Chrystusem. On sprowadza go na ziemię pokazując ryzyko bezdomności – może nawet nie tyle materialnej co duchowej – ciągły opór i sprzeciw… Nie jest to droga dla „miłośników ciepłych kapci”. Poza tym, to nie uczeń wybiera mistrza, ale mistrz ucznia: Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem (J 15,16). Jeśli On wybiera, to On też da siłę i moc, by za Nim pójść…

Drugi słyszy Pójdź za Mną oraz Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych… Czyżby uczynek miłosierdzia wobec zmarłego ojca nie był aż tak ważny? Zapewne, gdyby wziął udział w pogrzebie – a uroczystości pogrzebowe trwały około tygodnia – nie spotkałby już Jezusa będącego w drodze… Szokuje jednak coś innego. Jezus nazywa „umarłymi” tych, którzy wykonują uczynek miłosierdzia wobec ciała ludzkiego. Raczej nie neguje tego czynu i nie można na podstawie tej sceny wnioskować, że w ogóle zabrania udziału w pogrzebach. Może chodzi więc o to, że wezwany przez Jezusa powinien uznać za umarłe wszystko, co zostawia w świecie – przecież w Jezusie otrzymuje nowe życie… To powołanie do oddania całego siebie dla Królestwa – ono domaga się prawdziwej rezygnacji z wielu wartości, nawet z bardzo szlachetnych zwyczajów.

Trzeci mówi: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu. I słyszy: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego. Eliasz pozwolił Elizeuszowi pożegnać się z rodzicami (1 Krl 19). Jezus podnosi poprzeczkę… On jest w drodze, a głoszenie Królestwa jest sprawą naglącą – trzeba być gotowym do natychmiastowego wyruszenia. Poza tym jeśli rolnik odwraca uwagę od pługa, to przestaje nad nim panować – efekty takiej pracy są marne…

Wszyscy trzej są anonimowi. Co więcej, Łukasz nie mówi jaką decyzję podjęli… Może ten zabieg redaktorski ma sprawić, byśmy spróbowali się postawić w ich roli…
Jezus przechodzi: czy jestem gotowy zrezygnować z różnych wygód i pójść za Nim? czy jestem gotowy podjąć ryzyko niespodzianek życiowych? czy jestem gotowy narazić się rodzinie i bliskim gdy trzeba opowiedzieć się za wiernością Ewangelii?

Dodaj komentarz

jaka odpowiedź?…

(Łk 9,18-24): Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: Za kogo uważają Mnie tłumy? (…) A wy za kogo Mnie uważacie? (…) Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (…)

Trzy lata temu, komentując ten fragment ewangelii zastanawiałem się co miał na celu ten swoisty sondaż? Na pewno nie test wiary Apostołów, bo jego wyniki znane były Jezusowi i bez tego. Musiało chodzić o samych Apostołów, o naprostowanie ich błędnych wyobrażeń o Mesjaszu, o wskazanie zasad chrześcijańskiego życia…
On nie przyszedł, by zaradzać naszym potrzebom i pragnieniom – przyszedł by podjąć krzyż. Chrześcijaństwo nie jest sielanką… Chcesz Go naśladować – bądź gotowy wziąć swój krzyż. Teologia prosperity [sukcesu] głosząca, że zdrowie, powodzenie materialne i osobiste jest wolą Boga dla człowieka wierzącego i dlatego należy się modlić jedynie o sukces i do niego dążyć, nie do końca ma zakorzenienie w ewangelii. Choć w głębi serca każdego z nas odzywa się pewnie pokusa by przyłączyć się do tych, którzy twierdzą, że można żyć w świecie Ewangelii omijając Golgotę…
Drogę, do której zaprasza Chrystus trzeba przejść od początku do końca. Od tego pierwszego wezwania: „Pójdź za Mną”, przez Golgotę właśnie, bo innej drogi nie ma, aż do chwały zmartwychwstania…

W tym duchu właśnie mówił papież otwierając w ubiegły czwartek kongres duszpasterski diecezji rzymskiej. Co prawda wszyscy (też w tym miejscu – pewnie niesłusznie – używam kwantyfikatora wielkiego i uogólniam) skupili się na słowach „większość małżeństw sakramentalnych jest nieważna” i dlatego pewnie nie zauważono istoty tego, co chciał przekazać Franciszek. A mówił o chrześcijańskim „krzyżu rodziny” właśnie:

„Poznałem tak wiele rodzin, które wolały mieć dwa lub trzy koty niż jedno dziecko, bo nie jest łatwo mieć dziecko, wychować je. Największym wyzwaniem jest tu fakt, że wychowujesz człowieka, który stanie się wolny. Pies czy kot obdarzą cię uczuciem, ale jest to uczucie zaprogramowane, tylko do pewnego stopnia, nie jest ono wolne. A kiedy masz dziecko, dwójkę, trójkę czy czwórkę dzieci, to będą wolne i będą musiały wejść w życie, ze wszystkimi zagrożeniami, które są w życiu. To właśnie wolność jest tym wyzwaniem, które budzi lęk”.

„Kultura prowizoryczności przejawia się wszędzie, również w życiu kapłańskim i zakonnym. Prowizorka. Z tego też powodu zdecydowana większość (zostało poprawione na „część”) naszych małżeństw sakramentalnych jest nieważna, bo mówią «tak» na całe życie, ale nie wiedzą, co mówią, bo mają inną kulturę. Mówią to, mają dobrą wolę, ale brak im świadomości”.
„Kryzys małżeństwa wynika stąd, że ludzie nie wiedzą, czym jest sakrament, piękno sakramentu, nie wiedzą, że jest nierozerwalny, nie wiedzą, że jest na całe życie”.

Chrystus ciągle stoi przed nami i zadaje pytanie: Kim jestem dla ciebie? Czym dla ciebie są sakramenty i Moja w nich obecność?
Jak odpowiadam na to pytanie?

Dodaj komentarz

jak miłuję?…

(Łk 7,36-8,3): (…) zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje. Do niej zaś rzekł: Twoje grzechy są odpuszczone. (…)

Jedna z piękniejszych i wzruszających ewangelii. A… jednak bliższy jest nam faryzeusz. Szymon nie miał przecież na sumieniu żadnych konkretnych grzechów. Był w porządku wobec Boga i mógł być z tego dumny. Trudno się dziwić, że poczuł się nieswojo, może wręcz urażony, gdy zaproszony Gość zaczął poświęcać więcej uwagi komuś nieczystemu i niegodnemu…
Trudno się więc dziwić Szymonowi, gdy słyszy, że jego droga do Jezusa jest dłuższa niż droga jawnogrzesznicy…

Nie chodzi przecież o to, by „mieć grzechy” a nawet wiele ich, by móc być bardziej wdzięcznym za przebaczenie… Chrystusowi chodzi o to, kto jak miłuje: „bardzo umiłowała”…
Szymon ma zamknięte serce: nie podałeś Mi wody do nóg, nie dałeś Mi pocałunku, głowy nie namaściłeś Mi oliwą…

Kto jak miłuje?…
Od piątku przemierzamy śladami nieistniejących już klasztorów dominikańskich na Zachodniej Ukrainie. Wczoraj modliliśmy się w Czortkowie, miejscu gdzie miłość do owiec sobie powierzonych, nasi Bracia przypłacili śmiercią z rąk NKWD. Dziś jesteśmy w Podkamieniu. To tu zabudowania kościoła i klasztoru dominikanów były podczas rzezi wołyńskiej miejscem schronienia dla ludności polskiej uciekającej ze swoich miejscowości przed oddziałami UPA oraz podburzonym przez nacjonalistów ukraińskim chłopstwem. W pierwszych dniach marca 1944 roku Bracia klasztoru w Podkamieniu, za udzielenie schronienia oddali życie.
Kto jak miłuje…

Dodaj komentarz

wstań!…

(Łk 7,11-17): Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.

Staje na drodze konduktu pogrzebowego, który zmierza poza bramy miasta. Staje w bramie śmierci. To On sam jest Bramą: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony” (J 10,9).
Nikt Go nie prosi o wskrzeszenie. Sam okazuje współczucie i miłosierdzie. Nie dzieli się życiem jak Eliasz (pierwsze czytanie). Nie odmawia żadnej modlitwy. Nie wykonuje żadnych znaków. Mówi tylko: „wstań”.

Bramą miasta Nain jest konfesjonał. On tam staje na drodze śmierci. Jakże często człowiek obumarły przez grzech chce uciekać poza bramy pięknego miasta („nain” znaczy piękny, uroczy) i ukryć się w grobach swoich upadków. On staje na drodze, zagradza wręcz drogę płaczu i beznadziei… Mówi: „wstań”…

Staje na drodze, bo w „kondukcie pogrzebowym” jest Matka-Kościół. To ona płacze nad swoimi synami…
Ojcowie Kościoła, komentując tę ewangelię, zwracali uwagę, że matka płacząca nad zmarłym synem jest obrazem Kościoła. Kościoła, który jak matka płacze nad każdym swoim dzieckiem, kiedy zagubi się w niewierze i umiera. Dobrą wspólnotę Kościoła poznajemy właśnie po płaczu nad zagubionym i umierającym duchowo. Jeśli we wspólnocie nie ma bólu nad zagubionym – to taka wspólnota uległa chorobie…
Augustyn dodaje, że choć Kościół ma miliony dzieci, a o wdowie z Nin napisano, że jej syn był jedynakiem, słusznie można upatrywać w matce obrazu Kościoła… Każde dziecko jest dla Kościoła kimś jedynym… Nad śmiercią każdego dziecka Kościół płacze jakby to było jedyne dziecko matki i pragnie jego wskrzeszenia…

Dodaj komentarz