Archiwum dla Styczeń 2016

przyświadczenie wiary…

(Łk 4,21-30): Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. (…)

On nie zadowala się naszymi deklaracjami… On czeka na prawdziwe przyświadczenie…
Stąd pewnie trudny do zrozumienia, jeden z najbardziej dramatycznych i tragicznych momentów w Ewangelii: Przylgnęli do tego co mówił – nie tylko umysłem ale i sercem – i za moment odrzucili to, co mówi… Krótką analizę wydarzenia dałem we wpisie sprzed trzech lat.
Tam też zwróciłem uwagę na tajemnicze słowo, którego używa Łukasz: „przyświadczenie”. Wspomniałem również o bł. J.H. Newmanie, który opisywał przyświadczenie wiary [assent] jako o przylgnięcie do prawdy, nie tyle z powodu jej zrozumienia ile ze względu na osobę wypowiadającą tę prawdę. Chodzi o przylgnięcie nie tylko umysłem ale i sercem…

Dziś, w kontekście przyświadczenia, kilka słów Newmana zaczerpniętych z jego dzieła Logika wiary, na temat wiary właśnie:
Do serca dochodzi się zwykle nie przez rozum, lecz przez wyobraźnię, za pomocą bezpośrednich wrażeń, przez świadectwo faktów i zdarzeń, przez historię, przez opis. Osoby wywierają na nas swój wpływ, głosy nas rozbrajają, spojrzenia podbijają, czyny zapalają. Niejeden będzie żyć i umierać dla dogmatu. Ale nikt nie będzie męczennikiem dla wniosku. (…)
Powiedz ludziom by wyrobili sobie pojęcie Boga z Jego dzieł, to – jeśli zabiorą się do tego (czego nikt nie robi), rozdrażnią się i znużą tym labiryntem, przez który będą przechodzić. Umysły ich przeładują się i przesycą operacjami logicznymi. (…)
Ostatecznie człowiek nie jest zwierzęciem rozumującym (animal rationale), lecz zwierzęciem widzącym, czującym, kontemplującym, działającym. Wpływa na niego to co jest bezpośrednie i wyraźne. (…)
Życie nie jest dość długie dla religii opartej na wnioskach. (…)
Życie jest dla działania. Jeżeli domagamy się dowodów wszystkiego, nigdy nie dojdziemy do działania; żeby działać, trzeba założyć, a takie założenie to wiara. (…)
Jesteśmy tak skonstruowani, że wiara, a nie wiedza ani rozumowanie, jest zasadą naszego działania. (…)
Religia była zawsze równoznaczna z objawieniem. Nigdy nie była dedukcją z tego, co wiemy. Zawsze była stwierdzeniem tego, w co powinniśmy wierzyć. Nigdy nie żyła we wniosku. Zawsze była posłannictwem, historią lub wizją. (…)
Chrześcijaństwo jest historią nadprzyrodzoną i prawie sceniczną: opowiada nam ono, czym jest jego autor, opowiadając, co zrobił…

Dodaj komentarz

Teofil… tak, ale…

(Łk 1,1-4.4,14-21): (…) Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono. (…) Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, (…) Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli.

Komentując tę ewangelię trzy lata temu zwróciłem uwagę na opis postawy – mimo, że sam nie lubię tego określenia – człowieka prawdziwie „poszukującego”: „zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil (…) aby się przekonać o całkowitej pewności nauk, których mi udzielono”.
Zwróciłem również uwagę na to, że Bóg kieruje słowo Objawienia do „Teofila”, co oznacza, że jeśli kieruje je do mnie, to jestem „Umiłowanym przez Boga”…
Zaznaczyłem też, że zanim zacznę głosić Ewangelię innym, musi się ona stać wpierw częścią mnie samego. Inaczej moje głoszenie będzie tylko nieudolną reklamą a nie przekazywaniem Dobrej Nowiny…

Do tych słów chciałbym dziś dodać jedynie dwa spostrzeżenia (znów w kluczu: do funkcjonariuszy Kościoła):
Po pierwsze, jeśli w swojej pracy duszpasterskiej, ewangelizacyjnej, chcę komuś przekazać, że jest „Teofilem”, „Umiłowanym, przez Boga”, to muszę mu równocześnie przekazać „pewność nauk (ewangelii), których mu udzielam”. Nie da się, i nie można, mówić „Bóg cię kocha” bez równoczesnego przekazywania „nauczania ewangelii…
I po drugie: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. To sam Jezus jest wcielonym Słowem, wypowiedzianym przez Ducha… Chrześcijaństwo nie jest religią księgi. Chrześcijaństwo jest „religią” Osoby Jezusa, żyjącego w Kościele. Chrześcijaństwo domaga się relacji z Osobą. Być „Teofilem” oznacza więc, wejść w żywą relację ze Słowem, które zostało do mnie wypowiedziane i które stało się ciałem w Jezusie. Każdy jest nazwany „Teofilem”. To imię jednak zobowiązuje… Mogę go używać i nim się cieszyć o tyle, o ile wywołało ono we mnie prawdziwą interakcję…

Dodaj komentarz

„siódma stągiew”…

(J 2,1-12): W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. (…) Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. (…) Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. (…)

Pomimo okresu zwykłego, w liturgii Kościoła ciągle trwamy w tajemnicy Objawienia. Niesamowita ilość symboli i znaków: wesele, brak wina, przemiana wody w wino, dialog Maryi z Jezusem, Jej słowa do sług… Wreszcie Jego „przemiana” z zaproszonego gościa w „Pana Młodego” – Oblubieńca…

I jeden z moich ulubionych symboli: „sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń”. Dla Jana, który lubił symbolikę liczb (patrz Apokalipsa), ta liczba nie może być przypadkowa… Liczba „sześć” oznacza „niedoskonałość”. Żydowskie oczyszczenia nie są na tyle doskonałe, by oczyścić człowieka, by obmyć go z winy i sprawić, by był czysty w oczach Boga. Żydowskie oczyszczenia są wręcz niedoskonałe. Potrzeba było „siódmej stągwi” (liczba „siedem” jest już liczbą doskonałą), samego Jezusa – źródła łaski przebaczenia i prawdziwego obmycia z win.
Stąd właśnie dialog Maryi z Jezusem: „Synu, uczyń coś wreszcie! Im zabrakło „łaski”!” – w języku biblijnym wino oznaczało właśnie łaskę Boga. Stąd też odpowiedź Jezusa o „godzinie, która jeszcze nie nadeszła”…
I jeden z piękniejszych cudów, który zanotował Jan… „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” – posłuchajcie Jezusa i wypełnijcie to, co wam mówi, żyjcie zgodnie z Jego ewangelią, a wtedy niedoskonałe stągwie waszego życia wypełnią się winem łaski miłosierdzia…

I „objawienie” z dzisiejszej ewangelii: bez „siódmej stągwi”, źródła łaski, i bez wsłuchania się w Jezusową ewangelię („zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie), sześć stągwi mego życia pozostanie puste i bezużyteczne…

Dodaj komentarz

chrzest – nie zmarnuj daru miłosierdzia…

Wiele już o tajemnicy chrztu pisałem – warto zajrzeć do wpisów na Niedziele Chrztu Pańskiego w poprzednich latach…

Dziś, gdy na Boga patrzymy w perspektywie Jego Miłosierdzia – do czego zachęcił papież Franciszek ogłaszając Rok Miłosierdzia – może warto spojrzeć na dar chrztu św. jako na dar Miłosierdzia właśnie. Co prawda w Bogu wszystkie Jego przymioty się utożsamiają, warto jednak odróżnić miłosierdzie od sprawiedliwości. Sprawiedliwość, to oddać każdemu to co się mu należy, miłosierdzie natomiast, to łaska, na którą się wcale nie zasługuje…
Tak jest z wszystkimi darami Boga. Chrzest jednak – ośmielę się tak rzec – jest chyba największym darem Bożego Miłosierdzia.
Największym, bo gładzi grzech pierworodny, a więc uzdalnia do „niegrzeszenia”…
Największym, bo daje zalążek wiary, i nie mogę już powiedzieć „brak mi wiary”…
Największym, bo sprawia, że staję się umiłowanym dzieckiem Boga, w którym „ma On upodobanie”…

W Roku Miłosierdzia właśnie, powinniśmy dziękować przede wszystkim za dar chrztu, dar Bożego Miłosierdzia. Najlepszym podziękowaniem Bogu za ten dar jest świadomość jego otrzymania, współpraca z łaską i nie zmarnowanie tej łaski…
Gdy dziś stawiamy sobie pytania, skąd w takim razie na świecie tylu ochrzczonych i zarazem słabo wierzących lub ciągle „poszukujących”?, odpowiedź przychodzi sama… Największy dar Bożego Miłosierdzia, chrzest, jest w pewnym sensie marnowany…

Warto najpierw zadać sobie pytanie na ile sam potrafię współpracować z łaską i nie zmarnować jej…
Potem warto zadać sobie pytanie, czy pomagam innym z tej łaski korzystać – przecież to również moje zadanie…
I tu znów słowo do funkcjonariuszy Kościoła… Pamiętam, jak przed wielu laty, gdy przygotowywaliśmy się do sakramentu kapłaństwa, mieliśmy spotkanie z ówczesnym jeszcze biskupem pomocniczym diecezji krakowskiej, Kazimierzem Nyczem. Zadaliśmy mu wtedy pytanie o sens katechezy w szkole. Słowa, które wtedy padły zapamiętałem do dziś. Biskup odpowiedział: „Jeśli Kościół przekazuje tak wielki dar Bożej miłości dzieciom, to nikt Kościoła zwolnić nie może od dbania o rozwój tego daru… Nikt Kościoła zwolnić nie może od docierania do wszystkich, którym daru udzielono, aby zadbać o katechezę i rozwój wiary. Nie wolno nam tylko czekać z założonymi rękami na tych, którzy sami przyjdą i poproszą o katechizację…”
Nie chodzi mi o katechezę w szkole… Chodzi mi o to, że nam funkcjonariuszom Kościoła często wystarcza być przy innych, towarzyszyć im i zapominamy o katechezie i zadbaniu o dar, który w spotykanym człowieku powinien być ciągle pielęgnowany i rozwijany…
Chodzi mi o to, że być może my, funkcjonariusze Kościoła, często niezbyt tego świadomi, popełniamy grzech zaniechania i przez to prowadzimy do zmarnowania wspaniałego daru Bożego Miłosierdzia…

Rok Miłosierdzia, to też rok bicia się w piersi…

Dodaj komentarz

jeśli naprawdę…

Dziś chciałbym przypomnieć jedynie wpis sprzed trzech lat i słowa:

Co więc zawiera tajemnica dzisiejszego święta?
To, że Bóg w tajemnicy Wcielenia [wkroczył w naszą ludzką rzeczywistość] jest w stanie dać się poznać tym, którzy naprawdę szukają… Jeśli ktoś naprawdę szuka, Bóg się przed nim odkryje, objawi mu prawdę o sobie…
Dziś, przede wszystkim, mówi do współczesnych „mędrców”, wszystkich poszukujących: poszukujących prawdy, poszukujących sensu życia… Jeśli naprawdę szukasz, to znajdziesz Tego, który jest Prawdą. Jeśli naprawdę szukasz – to już jesteś prowadzony przez Ducha Prawdy… Jeśli naprawdę…

… tę tajemnicę dzisiejszego Święta powinni odkrywać również funkcjonariusze Kościoła… Głosząc ewangelię, głosząc Prawdę, „obracając” się wśród tzw. poszukujących – warto pamiętać, że „bycie poszukującym” jest tylko pewnym etapem życia a nie sposobem na życie…

Dodaj komentarz

by stało się ciałem w tobie…

(J 1,1-18): Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (…) A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. (…)

W okresie Bożego Narodzenia słowa z Prologu ewangelii janowej są przywoływane aż do znudzenia… Wielu z nas słysząc: Na początku było Słowo… – wyłącza się twierdząc: „już to znam…” W ten sposób, te piękne słowa stają się czymś spowszedniałym… Czy nie jest więc tak, że Kościół staje się winny „zbanalizowania” tak ważnych słów?

Sama propozycja podstawienia za „Logos – Słowo” pojęcia „Mądrość” czy „Sens” nie jest również do końca usprawiedliwieniem ciągłego powtarzania tego fragmentu w Liturgii…
A może chodzi o to, by wpaść na jakiś inny trop…
Może należałoby spojrzeć na ten fragment w świetle postawy Maryi, którą przedwczoraj wspominaliśmy w tajemnicy Jej Bożego macierzyństwa…

Tak zrobił kiedyś papież Franciszek, gdy zauważył, że to, „co się stało w Dziewiczej Matce w sposób wyjątkowy, zachodzi na poziomie duchowym także w nas, kiedy przyjmujemy Słowo Boże, z sercem dobrym i szczerym, wprowadzając je w życie. Zachodzi coś, jak gdyby Bóg wcielał się w nas. Przychodzi, aby w nas zamieszkać, gdyż zamieszkuje w tych, którzy Go miłują i przestrzegają Jego Słowa”.

Co to znaczy dla nas? Chyba nic innego jak tylko to, że przyjąć tajemnicę Słowa, które stało się Ciałem, to oddać Mu swoje własne ciało, by mógł nadal mieszkać pośród ludzi. Oddać Mu swoje ręce, by pieściły maluczkich i ubogich; oddać Mu swoje ramiona, by wspierać słabych; oddać Mu swój umysł, by myśleć i planować w świetle Ewangelii… I przede wszystkim oddać Mu swoje serce, by kochać i podejmować decyzje zgodnie z Jego wolą…

Pozwól Słowu stać się Ciałem… w tobie…

Dodaj komentarz

obrzezanie Jezusa…

(Łk 2,16-21): Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki].

Dzisiejszy dzień, to dzień błogosławieństwa… Bóg daje nam łaskę czasu…
Dzisiejsze Słowo jest słowem błogosławieństwa… A Maryja w tajemnicy Świętej Bożej Rodzicielki staje się gwarantem i strażniczką prawdy, że Syn Boży stał się prawdziwym człowiekiem, że to Boże błogosławieństwo ma wymiar bardzo realny. Przedwieczny Bóg, przyjmując człowieczeństwo, przez pierwsze dziewięć miesięcy swego ludzkiego życia kształtował się w łonie swojej matki, był niemowlęciem, przechodził kolejne etapy ludzkiego rozwoju… Boża Rodzicielka staje się gwarantem spełnienia nadziei, że Bóg ciągle będzie wchodził w naszą prywatną historię, w realne dzieje każdego z nas – bo to jest sposób na obdarzanie nas swoim błogosławieństwem…

Wątek błogosławieństwa rozwijałem przed dwoma laty we wpisie „błogosławieństwo”. Dziś chciałbym, nawiązując do starej nazwy dzisiejszej uroczystości, zwrócić uwagę na piękne rozważania św. Bonawentury nt. tajemnicy obrzezania Jezusa. Być może nie jest to tekst mieszczący się w duchowości dominikańskiej (Bonawentura był franciszkaninem), pokazuje on jednak bardzo dobitnie prawdę o realizmie tajemnicy Wcielenia.
Co więcej, zawiera on też jasne przesłanie „obrzezania języka” skierowane do nas, funkcjonariuszy Kościoła i zakonników…

obrzezanie JezusaFragment „Żywotu Pana Naszego Jezusa Chrystusa” św. Bonawentury, biskupa i doktora Kościoła „O Obrzezaniu i płaczu Pana Jezusa”

„A gdy się spełniło ośm dni… obrzezano Dzieciątko”. Owóż w dniu tym dwa pamiętne zaszły zdarzenia. Bo najprzód imię, przez które i w którym ludzie dostępują zbawienia, a od wieków nadane Zbawicielowi, gdyż „nazwane od Anioła pierwej niżeli się w żywocie poczęło”, w dniu tym zostało po raz pierwszy na ziemi wymienione i ludziom objawione. „I nazwano imię Jego Jezus”. Zaś Jezus znaczy Zbawiciel, co jest imieniem nad wszelkie imię, nie masz bowiem pod słońcem, jak mówi Piotr Apostoł, w żadnym innym imieniu zbawienia. Po wtóre, i to wielkiej wagi zdarzenie zaszło dzisiaj, że Pan Jezus wtedy zaczął przenajświętszą krew Swoją za nas przelewać. Tak bowiem wcześnie raczył On za ludzi cierpieć, i Ten który grzechu nie popełnił, zaledwie się narodził, a już ponosi za nas karę. (…)

Tak więc przy urodzeniu cierpiał malutki Jezus, a oto dziś już i krew Swoją wylewa: albowiem ciało Jego boleśnie naciętym zostało kamiennym nożem, jak się to czyniło przy Obrzezaniu. Czyż tedy nie wypada żebyś z Nim współubolewała? Pobudź się więc do litości i nad Nim i nad Matką, gdyż płakał malutki Jezus z powodu bólu jaki czuł w ciele, mając ciało cierpiętliwe jak każdy człowiek. Gdy zaś On płakał, czy sądzisz że i Matka łzy powstrzymać mogła? Płakała więc i Ona, a Synaczek u łona będący, widząc Ją płaczącą, rączki do twarzy i ust Jej przykładał, jakby taką pieszczotą prosząc by nie płakała. Miłując Ją bowiem najtkliwiej, pragnął by co prędzej łzy Swoje otarła. Lecz nawzajem i Matka, której serce krajało się z powodu cierpienia i łez Syna, i słowy i pieszczotami w płaczu utulić Go usiłowała. A już wtedy, chociaż jeszcze nie mówił, odgadując wolę Jego rzekła: „Synu, jeśli chcesz bym płakać przestała, przestańże i Ty płakać. Nie mogę przecież nie płakać gdy Ty płaczesz”. A wtedy z litości nad Matką, Dziecię kwilić przestawało. Matka zaś i Jego i Swoje łzy ocierając, twarz do twarzy przytykała, pierś Mu podawała, i jak tylko mogła cieszyła najdroższe Swoje Dzieciątko. I w ten sposób postępowała ile razy płakało, co jak to zwykle niemowlętom często się zdarzało, aby przez to widocznym było, że Jezus przyjął na Siebie całą nędzę natury ludzkiej, a także dla zatajenia przed szatanem czym był w istocie. Toteż w jednym z hymnów swoich śpiewa Kościół: Vagit infans inter arcta etc. Płacze Dziecię w ciasnym położone żłóbku itd.

Owóż z dniem dzisiejszym, to jest od chwili w której Pan Jezus odbył Obrzezanie, ustaje obrzezanie cielesne, ustaje ten Obrzęd Starego Zakonu, a w miejsce jego mamy Chrzest, który jest wyższym stopniem łaski, a żadnym dla ciała cierpieniem. Lecz powinniśmy obrzezywać się duchownie, wyrzekając się wszystkiego co zbytkiem trąci, na czym właśnie zawisło ubóstwo; albowiem rzeczywiście ubogi, jest duchownie jakby obrzezany. I według świętego Bernarda, to właśnie w krótkich słowach zaleca nam Apostoł mówiąc: Mając żywność i czym się odziać, na tym poprzestawajmy. Przy tym duchowne obrzezanie rozciągać się powinno do wszystkich zmysłów; a przeto co do wzroku, słuchu, smaku, dotykania, trzeba się umartwiać, ale najbardziej w mowie. Wielomówstwo jest wadą najgorszą, a Bogu i ludziom niemiłą. Powinniśmy tedy co do języka być obrzezanymi, to jest mało mówić i tylko o rzeczach pożytecznych. Znakiem jest to lekkomyślności gdy kto wiele mówi, a stąd milczenie jest cnotą, i nie bez słusznej przyczyny w Zakonach ścisłymi przepisami obwarowaną. O tym tak pisze błogosławiony Grzegorz: „Ten dobrze mówić umie, kto wprzód dobrze milczeć się wyuczył. Gdyż jakoby warunkiem porządnej mowy jest wprawa w hamowaniu języka”. I na innym miejscu: „Lekkomyślny umysł, sam się zdradza w mowie nierozważnej; albowiem, co bez rozwagi w umyśle powstało, to tym nierozważniej zaraz język wyrazi”. O czym znowu święty Bernard tak mówi w kazaniu na Trzech Króli, zaczynającym się od słów: W sprawach Pana naszego: „Co się zaś tyczy języka, któż nie wie, jak bardzo obciąża nam on sumienie; jak często zawiniamy próżnymi słowy, kłamstwem, obmową, pochlebstwem, złośliwymi przycinkami, albo przechwałkami! Przeciw temu wszystkiemu niezbędną jest cnota milczenia, będąca stróżem bogobojności, i bez której dusza coraz bardziej słabieje”.

I tenże Święty na innym miejscu zwracając się do Kapłanów powiada: „Nie zapominajcie o tym, że co dla świeckich osób jest tylko płochą rozmową, to w ustach kapłana staje się bluźnierstwem. Jeśli ci się zdarzy słyszeć podobne rozmowy, być może że wypadnie ci znieść to cierpliwie, lecz powtórzyć nigdy. Usta twoje poświęciłeś Ewangelii, nie wolno ci więc używać ich do wyrażeń chociażby cień tylko nieskromności mających”.

Dodaj komentarz