Archiwum dla Listopad 2015

pewnego dnia okaże się, że to prawda…

(Łk 21,25-28.34-36): Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. (…)

Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów (…) Ludzie mdleć będą ze strachu (…) Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Można by sądzić, że lęk przed końcem świata jest jednym z wymiarów naszej wiary. Tymczasem taki lęk sprzeczny jest z wiarą w Boga, który jest Miłością. Przecież wszystko, co Bóg stworzył jest dobre i to wszystko jest darem miłości Bożej dla nas ludzi. Co więcej tajemnica Bożego Narodzenia, do której się również przygotowujemy, przypomina, że Bóg wszedł w nasz świat, stał się człowiekiem. Czy zrobiłby to, gdyby zaraz miał to wszystko zniszczyć?

Pierwsza intuicja adwentowa powinna prowadzić do końca naszego lękliwego myślenia o Bogu. Druga intuicja natomiast, powinna pozwolić spojrzeć na Boga, jako na Tego, który się o nas martwi. To on ostrzega: Uważaj na siebie. Nie daj się złapać w potrzask pożądania, przyjemności, wygody, dobrobytu i problemów tego świata. Nie daj się zawładnąć temu, co jest tylko przestrzenią, w której możesz doświadczyć mojej miłości… Ostrzega przed katastrofą ociężałości serca…

I klucz, w którym od paru niedziel spoglądam na ewangelię…
Jako księża często mamy pokusę przypominania, że adwent jest okresem radosnego oczekiwania i nie ma nic wspólnego z postem i wyrzeczeniem. Albo nie do końca wsłuchujemy się w ewangelię o uważaniu na siebie, aby nasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, albo niestety, mniej lub bardziej świadomie, w pewien sposób lekceważymy tych, którzy odczuwają lęk, bo czują się jeszcze niezbyt gotowi na spotkanie z Tym, który rychło przyjść zamierza.
Może właśnie zamiast tego przypominania o ciągłej radości, potrzeba byśmy zaczęli tak towarzyszyć, tym, którym duszpasterzujemy by tę radość byli w stanie osiągnąć. Może trzeba pomóc im zajrzeć do sumień, by dokonać badania ich stanu. Może trzeba zacząć nazywać bez owijania w bawełnę wszystko to, co powoduje ociężałość serca: wszystkie mniejsze czy większe nałogi, grzeszne uwikłania i zniewolenia; wszystko to, co odbiera człowiekowi radość i „lekkość” życia.
Może po prostu warto przypominać, by żyć tak, jakby dzień jutrzejszy miał być ostatnim. Pewnego dnia okaże się, że to prawda…

Dodaj komentarz

o pokusie nadawania kształtu temu, co „nie z tego świata”…

(J 18,33b-37): Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? (…) Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. (…) Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? / Odpowiedział Jezus: / Tak, jestem królem. (…)

Przez całe trzy lata Jego nauczania nie wynikało wprost, że jest królem. Przyznaje to dopiero przed śmiercią. Nie chciał zapewne, by wzięto Go za politycznego buntownika, który chce wyzwolić spod jarzma okupanta. Przecież królestwo Jego nie jest z tego świata.

Co to znaczy „królestwo nie z tego świata”?
Może to właśnie, że nie konkuruje z „królestwem z tego świata”…
Stawiając więc Jezusowi piłatowe pytanie „czy Ty jesteś Królem? moim Królem?” i wsłuchując się w Jego odpowiedź, niewątpliwie zauważymy, że będąc królem królestwa „nie z tego świata” pragnie jedynie dotrzeć do mojego serca i w nim się zadomowić. On szanuje ofiarowaną mi wolność. Jego panowanie dokonuje się jedynie przez dar z siebie i moją na ten dar odpowiedź.

Przez kilka ostatnich niedziel czytam ewangelię w kluczu słowa skierowanego do funkcjonariuszy Kościoła – również do mnie. Chyba właśnie nam księżom zdarza się dość często ulegać pokusie nadawania kształtu „temu, co nie z tego świata”.
W samym nadawaniu widzialnego kształtu nie byłoby może nic niepokojącego, gdyby nie sprowadzało się ono do budowania własnego, często fałszywego obrazu Chrystusowego królestwa.
Albo sprowadza się ono do modyfikowania przesłania ewangelicznego według swojej własnej wizji miłości i miłosierdzia oraz wymagań (lub ich braku) tej miłości i miłosierdzia. Albo próbujemy wziąć „rządy królestwa” w swoje ręce, co prowadzi do sterowania tymi, którzy nam ufają.

Może zapominamy, że Ten, który jest królem „nie przyszedł po to, aby mu służono, ale by służyć”. Dopóki nie uświadomię sobie, że bycie funkcjonariuszem Kościoła polega jedynie na służbie drugiemu człowiekowi, dopóty jestem funkcjonariuszem królestwa, które z królestwem Chrystusowym ma niewiele wspólnego…

Dodaj komentarz

śladem „dominikańskiego” wołu…

IMAG2220Przez dwa najbliższe dni rezyduję w naszym dominikańskim Klasztorze św. Jakuba w Sandomierzu. Miejsce przesiąkniete krwią dominikańskich męczenników. Jak w każdą środę – taka tu jest tradycja – wieczorną mszę św. odprawiam o bł. Sadoku i 48 męczennikach. Nie mogłem więc, mimo nienajlepszej pogody, nie wybrać się na spacer śladami nie tyle dominikanów, co wołu…

W południowo-zachodniej części Sandomierza, ciągnie się wąwozem ulica o niespotykanej nazwie „Salve Regina”. Swoją nazwę zawdzięcza prawdopodobnie wzniesieniu, pod którym przebiega. Wzgórze, które nosi taką nazwę musi być jakoś zwiazane z dominikanami. To własnie św. Dominik, zawierzając Zakon opiece Matki Bożej, nakazał swoim współbraciom śpiew antyfony Salve Regina codziennie po modlitwie wieczornej. Śpiewa się ją również w godzinie śmierci.
Wzniesienie Salve Regina, z którym wiąże się wiele tajemnic, uważano za kopiec albo kurhan. Twierdzono m.in., że to miejsce pochówku legendarnego Sudomira, założyciela Sandomierza, ale także, że jest to grób dominikańskich męczenników. Na jego szczycie znajduje się krzyż ozdobiony płaskorzeźbą Matki Bożej, wzniesiony na pamiątkę Konfederacji Barskiej.

Jedna z legend dominikańskich opowiada o wołu hodowanym przez dominikanów w XIII wieku. Po rzezi dokonanej przez Tatarów w klasztorze sandomierskim, wół zerwał się i ruszył rozwścieczony w stronę Krakowa za Tatarami, chcąc pomścić śmierć swoich opiekunów. Nie był jednak w stanie dogonić wroga, więc ze złości usypał kopytami kopiec, po czym wbiegł na jego szczyt i wyrył rogami napis „Salve Regina”. Tymi słowami zaczynała się bowiem pieśń śpiewana przez dominikanów podczas ich męczeństwa.

IMAG2221IMAG2222IMAG2224

1 komentarz

mądrość: „memento mori”

(Mk 13,24-32): Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. (…) A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. (…)

Słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte… – tego typu mrożące krew w żyłach i przemawiające do wyobraźni opisy przyczyniają się do fascynacji tajemnicą końca świata. I nawet gdy się tłumaczy, że symbolika została zaczerpnięta z proroctw Starego Testamentu i mówi o upadku bóstw pogańskich i odnowie życia społecznego, to i tak stają się one źródłem mnogich przepowiedni i pseudoproroctw.
Ich celem nie jest jednak budzenie lęku przed końcem świata. Spotkania kochanego z kochającym bać się nie można. Są one wyrazem chrześcijańskiej nadziei spotkania z kochającym Bogiem, która powinna być ciągle obecna w naszej świadomości.

Od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato… Niesamowicie fascynujące jest odwołanie się Jezusa do ludzkich talentów: postrzeganie, zdrowy rozsądek, rozum, logika… To one uzdalniają nas do wyciągania wniosków na temat życia i śmierci: „moje życie doczesne się skończy”. Po to mam rozum, bym tę prawdę dostrzegł i bym tej prawdy nie unikał. Po to mam rozum, by w mojej świadomości obecna była prawda zawarta w starej kartuskiej dewizie: memento mori. Ona jest mottem dzisiejszej ewangelii.
Postrzeganie, zdrowy rozsądek, rozum, logika, podpowiadają memento mori. I nie chodzi znów o lęk, czy zaniedbanie życia doczesnego. Chodzi o stałą, pełną pokoju i nadziei świadomość, że w dniu i godzinie, których nikt nie zna stanę przed Nim. Mądrość memento mori, to gotowość na spotkanie.

Trwamy w Roku Jubileuszowym 800-lecia naszego Zakonu. Nie wypada więc nie wspomnieć św. Alberta Wielkiego, dominikanina, którego święto przypada właśnie dzisiaj. Dante w swojej Boskiej Komedii umieścił Alberta pośród miłośników mądrości w tzw. Niebie Słońca. W godny podziwu sposób łączył on tajemnice Objawienia z filozofią. Pomimo zainteresowania nauką, a może właśnie dzięki niemu, wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Eucharystii i Bogurodzicy.
W Kościele nie ma przypadków. Niech więc św. Albert stanie się dziś dla nas zachętą do korzystania ze zdrowego rozsądku, rozumu i logiki, które podpowiadają: memento mori. Niech ta świadomość budzi w nas prawdziwy pokój wynikający z nadziei na spotkanie i stałej gotowości na nie.

Boże, Ty sprawiłeś, że święty Albert, biskup, stał się wielki dzięki umiejętnemu godzeniu ludzkiej mądrości z wiarą objawioną; daj, abyśmy w szkole takiego mistrza poprzez postęp wiedzy doszli do głębszego poznania i umiłowania Ciebie.

Dodaj komentarz

dominikańskie „ubogie wdowy”…

(Mk 12,38-44): Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. (…) Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. (…) Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich (…)

Oczywiście, że aż kusi, by jako funkcjonariusz Kościoła Katolickiego zacząć tłumaczyć ideę ofiar składanych na tacę podczas mszy św. Ewentualnie ze spokojem zestawić wdowę z dzisiejszej ewangelii z młodzieńcem z przypowieści o uchu igielnym: smutny młodzieniec z wielkim majątkiem i sercem skutym przywiązaniem do rzeczy materialnych oraz głodna wdowa z sercem bogatszym niż majątek młodzieńca. Można wreszcie wyobrazić sobie Jezusa obserwującego moje codzienne gesty, pozory i gierki obliczone na pokaz…

Dziś dobiega końca nasza lubelska trzydniowa pielgrzymka „śladami dominikanów”, dziś również przypada w naszym zakonie dzień modlitw za wszystkich zmarłych dominikanów. Pierwszym etapem naszej pielgrzymki był dominikański klasztor w Gidlach – jedyny, który nie „wymarł” po kasacie klasztorów w Królestwie Polskim. Zaczynaliśmy więc nasze pielgrzymowanie od wspominania udziału dominikanów w Postaniu Styczniowym, które musiało zakończyć się tragicznie dla polskich dominikanów. Dziś, modląc się za tych, którzy odeszli, wspominamy tych z naszych braci, którzy, mając świadomość tego, czym wsparcie powstania może się skończyć, odważyli się stanąć po stronie uciskanych…

Oni nie byli „uczonymi w Piśmie” dla pozorów. Zrezygnowali z „powłóczystych szat, pozdrowień na rynku” i „godnych” przywilejów w społeczeństwie i strukturach Kościoła. Oni tak naprawdę ofiarowali stabilizację utrzymania, a więc całe swoje życie tym, którzy potrzebowali ich obecności i wsparcia…
Dziś potrafię sobie wyobrazić Jezusa przypatrującego się ich ofierze i kiwającego głową: „rzucili najwięcej ze wszystkich”.
Takich przykładów w historii Kościoła jest niesamowicie dużo. Skoro jednak świętujemy jubileusz 800-lecia naszego Zakonu, staram się te „ubogie wdowy” znaleźć pośród naszych dominikańskich braci i sióstr.

Dodaj komentarz

uwaga: patron naznacza…

canisdomini(Pnp 2,15): Schwytajcie nam lisy,
małe lisy, co pustoszą winnice,
bo w kwieciu są winnice nasze.

Komentarze o tym, że świętość nie jest ideałem, którego nie można osiągnąć i nie polega na realizowaniu jakiegoś zadanego programu, doskonałości moralnej czy nawet dojrzałości psychicznej możecie znaleźć w poprzednich wpisach. Świętość to normalność i odkrywanie w sobie dziecka Bożego…
Dzisiejsza uroczystość to dzień imienin każdego z nas. To dzień poznawania i zaprzyjaźniania się ze swoim świętym patronem. Takie „zaprzyjaźnienie” może jednak poprowadzić do dość zaskakujących wniosków. I takim zaskakującym wnioskiem chciałbym się dziś podzielić:

Święty Patron naznacza!…

Jakież było moje zdziwienie, gdy przeglądając komentarze św. Grzegorza Wielkiego, mojego patrona z chrztu, natrafiłem na komentarz do najczęściej kiedyś komentowanego wersetu z Pieśni nad Pieśniami: Schwytajcie nam lisy, małe lisy, co pustoszą winnice, bo w kwieciu są winnice nasze.
Św. Grzegorz mówi wprost, że winnica oznacza Kościół a lisy to heretycy. Co ciekawe, Grzegorz dodaje zaraz, że za lisami uganiają się gorliwe psy, które bronią Kościoła. Te gorliwe psy to kaznodzieje. „Kaznodziejów – mówi Grzegorz – czasami nazywamy psami”. To św. Grzegorzowi więc zawdzięczamy wprowadzenie już w VI w. do ikonografii chrześcijańskiej symbolu psa jako symbolu kaznodziei.

W historii Kościoła znamy dwa prorocze sny dwóch matek, które przed urodzeniem syna miały wizję psa. Jedna to Aletta z Montbard, matka św. Bernarda, druga – 80 lat później – bł. Joanna d’Aza, matka św. Dominika. W wizji bł. Joanny pies ma w pysku pochodnię i obiega cały świat. Ten pies właśnie staje się symbolem św. Dominika i jego duchowych synów. Ten pies właśnie symbolizuje światło prawdy rzucane na cały świat przez kaznodziejów. To Zakon Kaznodziejski został powołany do tego, by schwytać małe lisy, co pustoszą winnicę…

Nie sądziłem, że św. Grzegorz aż tak naznaczy moje życie symbolem psa, że przyjdzie mi stać się duchowym synem Dominika i psem uganiającym się za lisami pustoszącymi winnicę…

1 komentarz