Archiwum dla Wrzesień 2015

… nie być powodem zgorszenia…

(Mk 9,38-43.45.47-48): (…) Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. (…) Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. (…) Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.

Trzy lata temu komentując tę ewangelię nadmieniłem, że nie chodzi w niej o pokusę zmonopolizowania łaski i zamknięcia jej w ramach instytucji Kościoła, ale o prawdziwą tolerancję i jej granice: nikt, kto czyni cuda w imię moje. Wspomniałem również o tajemnicy zgorszenia i współpracy z łaską nawrócenia poprzez odcinanie tego co jest dla ciebie powodem grzechu.

Dziś, podobnie jak w ostatnie niedziele, odczytuję tę ewangelię w kluczu: „najpierw do funkcjonariuszy Kościoła – nas księży”.

Po pierwsze, staraj się nie porównywać się z innymi, bo może się to stać źródłem niezdrowej i grzesznej zazdrości. Wspólnota Kościoła nie jest jednorodna. I dobrze. Ta niejednorodność jednak staje się często sceną sporów o to, kto jest wierny charyzmatowi głoszenia ewangelii. Zazdrość staje się powodem potyczek i wzajemnych oskarżeń. Tak było i wśród apostołów.
Pomocą w walce z zazdrością staje się podpowiedź Jezusa: nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami.

Stąd po drugie, wytyczną postępowania jest „działanie w imię Jezusa”. Głoszenie ewangelii zgodnie z Jego zasadami. Stąd pewnie od razu dopowiedź Jezusa o zgorszeniu: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Pamiętamy, że wielu było takich, którzy gorszyli się zachowaniem Jezusa i Jego posłaniem do grzeszników. Nie o takie więc „zgorszenie” zapewne Jezusowi chodzi. W zgorszeniu, o którym mówi Jezus chodzi o „uczynienie drugiego gorszym”.
I to pewnie jest główne pouczenie skierowane do funkcjonariuszy Kościoła. Nie zważaj na zgorszenie innych, gdy idziesz go grzeszników i tych, którzy „potrzebują lekarza”. Do nich właśnie jesteś posłany. Zważaj jednak byś nie był zgorszeniem dla tych, do których właśnie posłany zostałeś. Zważaj byś nie uczynił ich „jeszcze gorszymi”. Zważaj na świadectwo jakie im dajesz, nie akceptuj grzechu i złego postępowania, pokazuj drogę dobra i eliminowania zła. Tajemnica zgorszenia to także moralny relatywizm. Niech twoja obecność wśród nich nie stanie się powodem uśpienia ich sumień i akceptacji życia w grzechu. To właśnie byłoby prawdziwe zgorszenie.

I po trzecie – znów wskazówka dla funkcjonariuszy Kościoła – Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją… Bez nietolerowania i eliminowania ze swojego życia tego, co czyni nas gorszymi trudno jest wziąć na poważnie nauczanie Jezusa. Będziemy podchodzić do niego z dystansem, aż w pewnym momencie je zanegujemy. Podobnie jest z tymi, do których jesteśmy posłani. Zło przychodzi w przebraniu zbawcy, oswaja się z nami, znieczula. Szuka „paktu o nieagresji” i akceptacji – trzeba jakoś funkcjonować w tym świecie. Bez nietolerowania więc tego co złe i grzeszne i zachęcania tych, do których jesteśmy posłani, by eliminowali ze swojego życia to, co czyni ich gorszymi, trudno im będzie wziąć na poważnie nauczanie Jezusa. Zaczną podchodzić do niego z dystansem, aż w pewnym momencie je zanegują.
Przesłanie Jezusa jest jasne: ostre cięcie jest jedynym ratunkiem. Eliminuj ze swego życia to co grzeszne i do grzechu prowadzi. A będąc posłanym do innych zadbaj, by odcinanie od grzechu i tego, co prowadzi do zła było podstawą głoszenia ewangelii…

Dodaj komentarz

przyjąć dziecko…

(Mk 9,30-37): Jezus i Jego uczniowie podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał.

W obliczu cierpienia trudno człowiekowi zrozumieć Boga. Trudo zrozumieć i przyjąć tajemnicę krzyża. A jeśli coś jest trudne i niezrozumiałe to najlepiej to zignorować lub temu zaprzeczyć. Tak właśnie zrobili Jego uczniowie. Gdy On opowiada im o czekającej Go męce, oni spierają się, który z nich jest ważniejszy. Mają swoją własną wizję „prawdziwego ucznia” i podstaw do tego, by nazywać się pierwszym…
Próbuje więc posłużyć się przykładem: wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał. Nie chodzi oczywiście tylko o to, by nie bać się dzieci i je pokochać. Przyjęcie dziecka staje się symbolem autentycznego wyzwolenia się z egoizmu – najlepiej o tym wiedzą rodzice, którym pojawienie się dziecka wywraca świat do góry nogami. Przyjęcie dziecka staje sie symbolem dostrzeżenia w drugim człowieku kogoś oczekującego na moją miłość, akceptację i towarzyszenie jak prawdziwy rodzic i wychowawca… Dziecko staje się symbolem człowieka, który jest dla mnie zadaniem…

W ostatnie niedziele odnoszę słowa ewangelii przede wszystkim do funkcjonariuszy Kościoła. Dziś uczynię to samo. Ta ewangelia przecież wprost skierowana jest w pierwszym rzędzie do nas księży, którzy ulegamy pokusie spierania się między sobą, który z nas jest „pierwszy” i która „własna i prywatna wizja świętości” jest prawdziwsza. On stawia przed każdym z nas dziś dziecko i zaczyna tłumaczyć:
Po pierwsze, pozbądź się egoizmu i stań się dla drugiego człowieka jak ofiarny rodzic dla dziecka. Niech twój własny, poukładany przez ciebie, egocentryczny świat wywróci się do góry nogami. Oddaj mu się całkowicie jak i Ja się mu oddałem na krzyżu…
Po drugie, pamiętaj o przykładzie i dawaniu świadectwa. Wiara to nie wiedza religijna. Wiary nie przekazuje się przy pomocy nauczania. Osobowość dziecka kształtowana jest przez świadectwo. Dziecko uważnie obserwuje dorosłych i kształtuje swoje postępowanie według tego, co widzi. Jeśli pouczenia rodziców są sprzeczne z ich postawą, dziecko przejmie postawę, a nie przekazywane mu ustnie normy postępowania.
Po trzecie wreszcie, wychowuj – masz przecież taki obowiązek. Stawiaj wymagania i pouczaj co jest dobre a co złe. Dziecko ma prawo do pomyłek i upadków, ale rolą kochającego rodzica i wychowawcy jest nazwanie tego co złe, czasami może nawet ukaranie (podpadnę pewnie zwolennikom wychowania bezstresowego) i pokazanie właściwej drogi… Wymagania w miłości i poszanowaniu godności oraz z prawdziwej miłości i pragnienia dobra dla drugiego człowieka…

Tak tworzy się prawdziwa obecność Boga we wspólnocie Kościoła: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje…

Dodaj komentarz

zejdź mi z oczu, szatanie…

(Mk 8,27-35): (…) Za kogo uważają Mnie ludzie? (…) A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (…) Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je.

Prawdziwa miłość domaga się postawienia pytania „kim jestem dla ciebie?”, albo jeszcze inaczej – postawienia sobie pytania: „kim jesteś dla mnie?”. I nie ma tu miejsca na kręcenie i puste frazesy – chodzi przecież o miłość, o relację, o więź, o zaufanie… Odpowiedź na to pytanie jest podstawą więzi, która się kształtuje, ale równocześnie czymś, co z tej więzi już wypływa – nie da się poznać z dystansu. Osobę poznaje się przez przebywanie z nią… Nie da się prawdziwie poznać nie kochając…

Przez ostatnie niedziele odnoszę słowa Jezusa głównie do funkcjonariuszy Kościoła. I jako funkcjonariusz Kościoła, ksiądz, wiem, że nie jest łatwo szczerze odpowiedzieć na Jezusowe pytanie. Nie jest łatwo samemu je sobie postawić, a co dopiero na nie odpowiedzieć. Podobnie jak u Piotra, za wyznaniem prawdziwej wiary kryje się wiele fałszywych wyobrażeń, własnych pomysłów na świętość, poprawianie samej ewangelii i przeciwstawianie miłosierdzia nawróceniu. Przecież ja już wiem lepiej co im potrzeba do zbawienia…

Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity… Nam funkcjonariuszom Kościoła bardzo trudno przyjąć prawdę o krzyżu. Może innym jeszcze potrafimy mówić o potrzebie podjęcia krzyża, o jego zbawczym wymiarze. Potrafimy innych, w obliczu krzyża, umacniać i pocieszać. Sami jednak, dobrowolnie, tego krzyża podejmować nie bardzo chcemy…
I nie chodzi tu o krzyż cierpienia. Chodzi raczej o krzyż „totalnego oddania się innym”. Umierania dla siebie i poświęcenia swego życia innym, służbie… Przecież tego właśnie wymaga od nas prawdziwa miłość…

I może najważniejszymi słowami Jezusa, skierowanymi dziś do każdego funkcjonariusza Kościoła z osobna, są słowa: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Może każdy z nas, bez wyjątku, powinien wziąć do siebie to twarde słowo napomnienia.
Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Te słowa nie są skierowane tylko do tych, których nauczamy. One są skierowane przede wszystkim do nas funkcjonariuszy Kościoła. Bez „krzyża” nasze nauczanie nie ma większego sensu…

1 komentarz

„na bok, osobno” – by zostać uzdrowionym…

(Mk 7,31-37): Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. (…)

Niesamowita plastyka gestu uzdrowienia, w którym widzimy dyskrecję oraz zrozumiały dla chorego język uzdrawiania wyrażający intymny kontakt z Bogiem. Ożywiające tchnienie [jak tchnienie w nozdrza Adama] – stwarzanie na nowo czyli otwarcie na Słowo Boga, które daje zbawienie. Wypełnienie obietnic mesjańskich: Głuchym słuch przywraca i niemym mowę…
Jednocześnie nadzieja: Bóg jest w stanie dotrzeć do każdego, nawet tego zamkniętego na Słowo („głuchoniemego”) pod warunkiem, że znajdą się ci, którzy go do Niego przyprowadzą i poproszą… Może warto i w sobie odkryć trochę z „głuchoniemego”. Przecież nie zawsze jesteśmy otwarci na Słowo – co powoduje, że nasze życie staje się bełkotem… Bełkocząc próbujemy poprawiać ewangelię, przykazania, tłumaczyć jak i czego powinien nauczać Kościół – próbujemy poprawiać samego Jezusa, który jest Słowem…

Przez ostatnie niedziele próbowałem odnosić słowa Jezusa przede wszystkim do funkcjonariuszy Kościoła. Zwracałem uwagę na piętnowanie przez Jezusa naginania nauczania w celu przypodobania się ludziom. Na to, że często ulegamy pokusie tworzenia i realizowania swoich własnych ludzkich pomysłów na świętość i zaczynamy po swojemu interpretować miłosierdzie i miłość do drugiego człowieka, a nasza „gorliwość” zamienia się w pokusę bycia mądrzejszym od Boga…
Może właśnie w tym kluczu należałoby spojrzeć na dzisiejszą ewangelię. Ona jest skierowana najpierw do nas, funkcjonariuszy Kościoła, którzy próbujemy przekazać nauczanie Jezusa…

Może jako ten, który ma misję głoszenia, powinienem się przyznać do swoich słabości. Do tego, że nie jestem do końca otwarty na całe Słowo. Ten brak całkowitej otwartości powoduje „bełkot głoszenia”. Jest we mnie wiele z ewangelicznego „głuchoniemego”.
Może warto dać się przyprowadzić tym ewangelicznym „mieszkańcom Dekapolu”, czyli poganom, do Chrystusa. Oni potrzebują żywego i mocnego Słowa, nie bełkotu. Dlatego proszą o włożenie na mnie ręki…
On jednak najpierw wziął go na bok, osobno od tłumu – stworzył przestrzeń, w której Słowo może dotrzeć… Może trzeba czasami odejść „na bok, osobno od tłumu”, który mnie otacza, w którym czuję się już dobrze jako „guru” i nie zauważam, że głoszę „swoje własne pomysły na świętość”… Może trzeba czasami odejść od tych, pośród których wrosłem tak, że stałem się jednym z nich i moje głoszenie Słowa zamieniło się w usprawiedliwianie słabości i akceptowanie trwania w nich.
Dopiero oderwanie odejście „na bok, osobno” może stworzyć przestrzeń do uzdrowienia mojego wewnętrznego ucha na całość Słowa i jego Prawdę a także do uzdrowienia mojego głoszenia, by było kompatybilne z całością Słowa… By nie było w nim bełkotu…

Dodaj komentarz