Archiwum dla Czerwiec 2015

nadzieja…

(Mdr 1,13-15; 2,23-24): Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. (…)
(Mk 5,21-43): (…) Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. (…) On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! (…) rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła (…)

Dwa wspaniałe cuda: wskrzeszenie córki Jaira i uzdrowienie kobiety długie lata cierpiącej na krwotok. Objawia się moc Chrystusa, który chce w imieniu Ojca powiedzieć: Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących… Odsyłając do komentarza do tej ewangelii mówiącego o wyjściu z tłumu, prawdziwym uzdrowieniu i przekraczaniu barier przepisów rytualnych, chciałbym zwrócić uwagę na trzy dość ważne intuicje. I choć pokusa jest wielka, nie skupię się na zdaniu: Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej.

Po pierwsze, dla Chrystusa ważny jest każdy człowiek – każdy pojedynczy człowiek. Nikt nie ginie w tłumie, nie rozpływa się w nim. Nie zginęła w tłumie ludzkich spraw cierpiąca na krwotok kobieta, która sama przeciskała się do Jezusa, jak i nie zginęła w tłumie córka Jaira, za którą wstawia się kochający ojciec. Czymś co sprzyja i uzdalnia do przyjęcia łaski nie jest gromadzący się wokół Jezusa tłum, ale usposobienie człowieka i jego żywa wiara w moc Boga. Tłum Kościoła może nie być w stanie nic zdziałać, jeśli nie zaistnieje osobista zdolnośc przyjęcia łaski.
Tym bardziej, że gdy spojrzymy na cierpiącą na krwotok, to zobaczymy, że jej w tłumie być nie powinno – ona była po prostu wykluczona. I co ciekawe, wydobycie z tłumu pojedynczych osób, które są w stanie przyjąć łaskę uzdrowienia, czy wręcz wskrzeszenia, powoduje uzdrowienie całego tłumu. Tłum przejrzał na oczy…

Po drugie – może to i trudne do przyjęcia – ale Bóg czasem dopuszcza długoletni „krwotok” i pozwala się człowiekowi „wykrwawiać”. Być może w ten właśnie sposób człowieka oczyszcza. Pozwala by przekonał się na własnej skórze, że jego siły, spryt, pieniądze nie zawsze są w stanie pomóc. Pozwala mu zrozumieć, że są w życiu sytuacje i doświadczenia, które odmienić i uzdrowić może tylko On sam. Im wcześniej jestem w stanie to zrozumieć, tym krócej – być może – cierpienie będzie moim udziałem.
Gdy wszystkie zabiegi okazują się nieskuteczne, gdy zawodzi rozsądek i własne siły, gdy zawodzą także i inni, pozostaje jedynie sama walka. Nie walka z czymś, ale walka o coś. Walka o dotyk samego Boga… I nawet jeśli w tej walce jest trochę zwykłego ludzkiego zabobonu czy magii, On odpowie. Przecież nawet wiara tak mała jak ziarnko gorczycy jest już dla Jezusa wiarą wystarczającą by dokonać cudu… A nawet więcej – uczynić ją przykładem dla innych, jak przykładem dla innych stała się wiara tej ewangelicznej kobiety.

Po trzecie, wiara i wstawiennictwo kochającej osoby. Zawierzenie kontra poczucie beznadziei. Może właśnie to poczucie beznadziei staje się tak ważne. Kochający ojciec pada przed Jezusem na kolana. To nie tylko uznanie wyższej władzy Jezusa, to także uznanie własnej niemocy ale i w pewnym sensie wiary w uzdrawiającą Jego moc.
Może tak właśnie rodzi się nadzieja?

Dodaj komentarz

drugi brzeg…

(Mk 4,35-41): Gdy zapadł wieczór owego dnia, Jezus rzekł do swoich uczniów: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?
(Hi 38,1.8-11): I z wichru Pan odpowiedział Hiobowi te słowa: Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone, gdym chmury mu dał za ubranie, za pieluszki ciemność pierwotną? Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich nadętych fal.
(Ps 107,23-26.28-31): (…) Wołali w niedoli do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. Zamienił burzę na powiew łagodny, umilkły morskie fale. Radowali się w ciszy, która nastała, przywiódł ich do upragnionej przystani. (…)

Dzisiejsza ewangelia pełna jest obrazów, które opisują nasze życie – życie wiary przede wszystkim…
Bo czyż nasze życie polega właśnie na przeprawie na „drugi brzeg”, do tej przeprawy (we wspólnocie Kościoła a nie samodzielnej) zaprasza sam Jezus. Burze, kryzysy, przeciwności i trudności są jego częścią – to one nas uczą dojrzałości i prawdziwego zaufania. Doświadczenie „snu Boga” również nie jest nam obce, często wydaje się nam, że Boga nie obchodzi nasze ludzkie cierpienie i to, że giniemy… Modlitwa staje się wtedy pełnym bólu krzykiem… No i jeszcze, jakby gwóźdź do trumny, zarzut braku wiary, i to wtedy właśnie, gdy realne niebezpieczeństwo staje się realnym zagrożeniem realnego życia…
Warto spojrzeć na swoje własne życie właśnie przez pryzmat dzisiejszej ewangelii i zmierzyć się z tajemnicą zaufania Bogu, który – pomimo, że mnie się wydaje inaczej – jest obecny w mojej łodzi, jest obok mnie…

Komentarzem do dzisiejszej ewangelii jest fragment z księgi Hioba. Morze, które wydaje się być potężniejsze od lądu, i którego nieokiełznana siła stała się synonimem chaosu przeciwnego Bogu zostaje przez tegoż Boga okiełznane, „owinięte w pieluszki niby niemowlę i zamknięte pod kluczem”. Ta moc poskramiania żywiołów zostaje powierzona Jezusowi – nawet pośród „gwałtownego wichru” śpi spokojnie w łodzi. I co ważne? Że gdy na prośbę zlęknionych uczniów ucisza burzę, to czyni to nie dla okazania swojej mocy, czy choćby ze strachu, ale ze względu na obawy ludzi małej wiary: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?
Może tak właśnie wygląda „reagowanie” Boga na nasze pełne prośby modlitwy? „Pan żywiołów”, będący ciągle przy mnie, zareaguje dopiero w „niebezpieczeństwie” realnej utraty wiary…

Oczywiście możemy mieć pretensje do Boga: pretensje o brak wrażliwości, pretensje o narażanie nas na zbyt wielką próbę, pretensje o to, że „śpi” w ogóle… Jakoś mało wystarczającym dla nas jest to, że przecież On jest wewnątrz sytuacji zagrożenia – sytuacji, która przeraża i budzi lęk. Że jest z nami w łodzi, a nie gdzieś daleko…
Jak uczniowie Jezusa znamy psalmy: Wołali w niedoli do Pana, a On ich uwolnił od trwogi. Zamienił burzę na powiew łagodny, umilkły morskie fale. Radowali się w ciszy, która nastała, przywiódł ich do upragnionej przystani. Więc może ten lęk i obawy, które nas wyniszczają nie są lękiem i obawami przed zagrożeniem żywiołów tego świata, a lękiem i obawą przed tym, co może być o wiele trudniejszym do przyjęcia: że Bóg „śpi” i jest po prostu niewrażliwy…
Taki lęk w obliczu manifestacji mocy Boga może bardzo szybko przerodzić się w lęk następny. Pojawia się zawstydzenie własną niewiarą i zarazem lęk przed jej utratą, przed brakiem wrażliwości na Jego obecność. Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?
A może ten drugi brzeg właśnie, to głębsze zrozumienie samego siebie w sytuacji realnego zagrożenia życia, realnej utraty kontroli nad sytuacją… Może ten drugi brzeg to „wyrośnięcie (o ile to w ogóle możliwe) z naiwności wiary”. Może to dotarcie do źródła nadziei, w którym rozpoznaję, że nie zginę nigdy, nawet, gdybym był w centrum największej burzy, o ile dostrzegę obecność „Pana żywiołów”…

I na koniec jeszcze jedna myśl. Historia Kościoła opowiada o tym, że przez dwa tysiące lat Jego istnienia chrześcijanie ciągle żyją w lęku i przerażeniu, że nadchodzi Jego koniec. Wołają również do Jezusa: Panie, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? To na pewno wyraz troski i niepokoju o Kościół, wyraz miłości do Kościoła i wyraz tego, że zależy mi na Jego dobru… Warto jednak pamiętać, że Chrystus swej łodzi nigdy nie opuścił i nie opuszcza… Ta łódź nigdy nie zatonie, bo zatonąć nie może…
Jeśli więc pojawia się we mnie jakiś lęk o przyszłość Kościoła – szczególnie w obliczu grzechu, który w Kościele się pojawia – warto, bym zbadał swoją wiarę: czy ja wierzę w „Pana żywiołów”?, czy wierzę w Jego realną obecność w Kościele?… Czy mój lęk nie jest czasem lękiem nie tylko przed Jego „snem i niewrażliwością” ale również lękiem przed Jego nieobecnością…

Dodaj komentarz

królestwo dojrzewania…

(Mk 4,26-34): Jezus powiedział do tłumów: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo. (…)

Trzy lata temu, komentując tę ewangelię pisałem o pielęgnowaniu dojrzewania, o tym, że definiując Kościół należy odejść od pojęcia walki (nawet walki ze złem) a skupić się na pielęgnowaniu życia i to życia w wymiarze wiecznym. Każdy z nas w swojej wierze jest jak ziarno rzucone w ziemię, każdego z nas czeka długa przygoda dojrzewania. Sama dojrzałość nie jest jednak wartością stałą. Kryzysy wiary i upadki są czymś naturalnym. Nikt z nas nie jest doskonały – wszyscy jesteśmy w drodze. O dojrzałości jednak świadczy chęć podążania „drogą wzrostu”, dynamizm, a nie stagnacja lub cofanie się…
Wzrost, jak mówi dzisiejsza ewangelia, jest naturalnym stanem wiary: wiara powinna w nas rosnąć i dojrzewać. Proces dojrzewania wiary dokonuje się w rodzinach, wspólnotach, w relacjach z drugim człowiekiem. Wiele więc zależy od tych, którzy pielęgnują ów wzrost wiary lub tę pielęgnację zaniedbują i pozwalają rosnąć chwastom…

Dziś przychodzi mi na myśl jeszcze jedno. Jezus porównuje królestwo Boże do nasienia.
Czym jednak jest samo królestwo Boże? Na pewno wiara. Jeśli wiara, to również wypływająca z niej nadzieja: Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Jeśli wiara i nadzieja, to na pewno również miłość i to ta prawdziwa, ale również dojrzewająca…
Gdy myślimy o królestwie Bożym, to myślimy zapewne o świecie poukładanym według zamysłu samego Boga. On jest Panem, i jeśli On jest na pierwszym miejscu wszystko na właściwym miejscu pozostaje. Postawienie Go na pierwszym miejscu, to dokonanie pewnego wyboru według jakiejś głównej zasady, która „rządzi” w królestwie. Tą zasadą jest właśnie miłość…

Królestwo Boże więc, to kierowanie się miłością i ciągłe dojrzewanie do prawdziwej miłości – również tej codziennej i międzyludzkiej.
Rozwój królestwa Bożego to doświadczanie miłości i uczenie się tej miłości…
Rozwój królestwa Bożego to wyrastanie dziewczyny z miłości sprowadzanej jedynie do uczuć i emocji. To wyrastanie matki, żony, teściowej z „miłości” tak mocnej, że aż zaborczej…
Rozwój królestwa Bożego to wyrastanie chłopaka z dziecka i stawanie się dojrzałym i odpowiedzialnym mężczyzną. To dorastanie do ojcostwa, czyli towarzyszenia i uczenia bycia samodzielnym i odpowiedzialnym…
Rozwój królestwa Bożego to ciągłe zajęcia na poligonie, którym może być moja własna rodzina, czy moja wspólnota…

Dodaj komentarz

bluźnierstwo przeciw Duchowi…

(Mk 3, 20-35): (…) Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego. (…)
(Rdz 3, 9-15): Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: Gdzie jesteś? On odpowiedział: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się. Rzekł Bóg: Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść? Mężczyzna odpowiedział: Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: Dlaczego to uczyniłaś? Niewiasta odpowiedziała: Wąż mnie zwiódł i zjadłam. (…)

Komentując tę ewangelię trzy lata temu zwracałem uwagę na zazdrość, która budzi się w tych, którzy stoją w cieniu innych. Niezdrowym owocem tej zazdrości staje się wtedy podcinanie zaufania, kłamstwo i oszczerstwo, sianie niepokoju i skłócenie ludzi między sobą… Ale jest jeszcze i owoc o wiele gorszy: zamknięcie serca na działanie łaski, pycha zamykająca na mądrość i pokorę… Tak pojawia się grzech przeciwko Duchowi Świętemu: kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.

Dziś może dwa słowa na temat samego bluźnierstwa przeciw Duchowi Świętemu i w konsekwencji zamknięcia się na odpuszczenie grzechów…
Dobrze wiemy, że Bóg w swoim wielkim miłosierdziu chce i odpuszcza wszystkie grzechy. Odpuszcza „grzechy” – co oznacza, że człowiek musi być świadomy popełnienia grzechu i w pokorze poprosić o przebaczenie. Jednak kpiny z Bożego miłosierdzia – nie muszę się niczym przejmować, On i tak wszystko odpuści – są przeciwne pokorze i uznaniu grzeszności. Taka postawa zamyka na możliwość skorzystania z łaski miłosierdzia, bo jest bluźnierstwem przeciwko mądrości Ducha Świętego. Bóg nie jest w stanie przebaczyć – bo człowiek tak naprawdę przebaczenia nie potrzebuje – o przebaczenie nie prosi…

Ale jest jeszcze inny rodzaj zamknięcia się na miłosierdzie Boże i w pewien sposób bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu. Człowiek po popełnieniu grzechu może się ukrywać przed Panem Bogiem i Jego miłosierdziem: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się. Nie jesteś mi w stanie pomóc, nie jesteś w stanie nic zrobić, więc dam sobie spokój z modlitwą, z sakramentami, z Kościołem…
Gdy zacznę się ukrywać przed Bogiem i Jego miłosierdziem, spróbuję sam się usprawiedliwić i zrzucę winę na innych: Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. (…) Wąż mnie zwiódł i zjadłam. Tak wkraczam w błędne koło, z którego trudno potem wyjść. Nie okazując woli przyjęcia przebaczenia – odrzucam łaskę Jego miłosierdzia.
Św. Augustyn powiedział: „Bóg stworzył nas bez nas, ale zbawić nas bez nas nie może.” On nie może zbawić człowieka wbrew jego woli – człowiek musi chcieć uwolnienia od grzechu, by to uwolnienie nastąpiło…

Dodaj komentarz

do jedzenia a nie do patrzenia…

Od razu przepraszam wszystkich, którzy się w tej chwili zgorszą. Zawsze jednak, gdy zbliża się Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa z wszędzie obecnymi procesjami, przypomina mi się dowcip, który pewnie nie jest na miejscu ale zmusza do refleksji…

Na wyspie jest trzech rozbitków: dwudziestolatek, czterdziestolatek i siedemdziesięciolatek. Na wyspie sąsiedniej naga dziewczyna. Dwudziestolatek rzuca się w fale i krzyczy: „Płyńmy do niej!” Na to czterdziestolatek: „Spokojnie Panowie, zbudujmy najpierw tratwę.” A siedemdziesięciolatek: „Panowie, po co?! Stąd też dobrze widać.”

„Bierzcie i jedzcie…” – do jedzenia a nie do patrzenia…

Wszyscy wiemy, że adoracja Najświętszego sakramentu jest konsekwencją negowania realnej obecności Chrystusa w Eucharystii oraz przejawów znieważania Eucharystii. To dlatego w XIII w. pojawia się Uroczystość Bożego Ciała i procesje eucharystyczne. Sobór Trydencki broniąc nauki o przeistoczeniu w Dekrecie o Eucharystii orzekł trwałość przemiany konsekrowanego chleba i wina: „Nie ma więc żadnej możliwości wątpienia, że wszyscy wierni Chrystusowi według zwyczaju stale przyjętego w Kościele katolickim mają temu Najświętszemu Sakramentowi oddawać najwyższy kult adoracji, który należy się prawdziwemu Bogu. Nie zmniejsza obowiązku uwielbienia to, że Chrystus ustanowił ten Sakrament do spożywania”.
Dopiero po Soborze Watykańskim II podkreślono, że adoracja nie może być celem samym w sobie oderwanym od tego, co dokonuje się w Liturgii Eucharystycznej. Celem adoracji stało się przede wszystkim otwarcie na głębsze przeżywanie pamiątki śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. A to ma prowadzić do częstej komunii i rozbudzać pragnienie pełnego zjednoczenia z Chrystusem

Chodzi przede wszystkim o świadomość, że w komunii przyjmuję prawdziwego Chrystusa i świadomość, że staję się Jego monstrancją. W cerkwi po komunii nie wolno klękać, gdy ktoś uklęknie zostanie upomniany nawet przez starowinkę. Może warto się nad tym zastanowić.
Podczas różnych konferencji na temat liturgii i mojego jej przeżywania, często zwracałem uwagę na świadomą postawę dziękczynienia. Postawa klęcząca po komunii może oznaczać cześć i szacunek dla Najświętszego Sakramentu, który ciągle jest przede mną w ołtarzu i jednocześnie nieuświadomienie sobie, że On jest również we mnie… Istnieje więc niebezpieczeństwo, że klękanie po komunii świadczy o braku świadomości, że stałem się w tej chwili monstrancją, w której wyniosę Chrystusa poza drzwi kościoła, że wejdę z Nim w najbardziej może sprofanowane sfery ludzkiego życia, że On chce tam być obecny.
Przecież dlatego właśnie wychodzimy z Ciałem Chrystusowym w procesji w miasto, by każdy z nas uświadomił sobie, że po komunii odbywa się taka właśnie procesja. Ja Go nie zostawiam w kościele, ja Go wynoszę w sobie – może zaprzestanie klękania po komunii pozwoliłoby mi o tym pamiętać!

Wzbudzenie w sobie świadomości „bycia monstrancją” musi prowadzić do pragnienia przyjmowania Tego, którego monstrancją chcę być. Musi prowadzić do pragnienia jedzenia, a nie tylko patrzenia…
Obyśmy nie ulegli zgorzkniałej starości: „stąd też dobrze widać…” Obyśmy potrafili Go przyjmować, stawać się Jego monstrancją i wnosić Go tam, gdzie inni, ale często i ja sam, zapominamy o Jego obecności.

1 komentarz