Archiwum dla Luty 2015

spowiedź na przystanku II

Ks. Leszek Surma, publicysta katolicki z o. Grzegorzem Kluzem, przeorem klasztoru dominikanów umówili się na wielkopostne rozmowy. Dzieląc się kapłańskim doświadczeniem, w murach starego klasztoru będą rozmawiać o sakramencie pojednania, w którym udzielają rozgrzeszenia, ale też sami przystępują do niego, by to rozgrzeszenie otrzymać. Spotkanie pierwsze.

5 rozmów w soboty Wielkiego Postu

Przystanek Ziemia

na Przystanku Ziemia: o spowiedzi cz. II – zapraszam do obejrzenia…

Dodaj komentarz

pustynia – by zobaczyć bożki…

(Mk 1,12-15): Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

Niesamowicie krótki opis wyjścia – a raczej wyprowadzenia przez Ducha – Jezusa na pustynię. Nie ma tu rozbudowanej sceny kuszenia jak w redakcji Łukaszowej czy Mateuszowej. Mamy jedynie obraz pustyni – duchowego zmagania, która jednocześnie jest miejscem odkrywania swojej tożsamości. To Duch wyprowadza i ma w tym jakiś cel: „uświadom sobie kim jesteś!”

Ten rozpoczęty Środą Popielcową okres 40-to dniowego Wielkiego Postu nie jest czym innym jak właśnie czasem, w którym Duch wyprowadza każdego z nas na pustynię. Wyprowadza poza świat moich wygód, przyzwyczajeń i uzależnień. Wyprowadza bym doświadczył pokusy „braku” świata stwarzanego przeze mnie i dla mnie. Wyprowadza bym zobaczył na czym polega egocentryzm i bałwochwalstwo. Bym spróbował wydrzeć się z jego szponów.

Że nie mogę? Że nie potrafię? Nic podobnego… Pustynia nie jest miejscem jedynie zmagania jest również miejscem doświadczania szczególnej opieki i obecności kochającego Boga.
Gdy Izraelici szli przez pustynię – Bóg im ciągle towarzyszył i wspierał. Gdy Jezus wychodzi na pustynię usługiwali Mu aniołowie. Gdy ja wychodzę na pustynię – wychodzi ze mną Duch.
Towarzyszy mi wyciągnięta dłoń Boga – bym się niej właśnie uchwycił a nie przemijających wartości tego świata… A może pustynia to w jakiś sposób obraz tęsknoty za rajem: żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu…

Wracając jednak do tematu: „wyciągnięta dłoń Boga – bym się niej właśnie uchwycił a nie przemijających wartości tego świata”. Może o to właśnie chodzi w nawróceniu, do którego wzywa, gdy przychodzi do Galilei. Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.
Nawrócenie, to w potocznym tego słowa znaczeniu odwrócenie się od popełnianych grzechów. Św. Tomasz mówi, że grzech to: odwrócenie się od Boga i nieuporządkowane zwrócenie ku stworzeniu [aversio a Deo et inordinata conversio ad creaturam]. Nawróceniem więc będzie: nie tylko ponowne zwrócenie się do Boga ale i uporządkowane zwrócenie się ku stworzeniu. Postawienie Boga na pierwszym miejscu i uznanie tego, co stworzone za przemijające i nie nadające się na mojego bożka.

Boże, podczas tych 40-dniowych rekolekcji pustyni spraw, bym dostrzegł wszystkie moje bożki, w których na co dzień pokładam ufność i nadzieję. Spraw, bym je odrzucił i uchwycił się jedynie Twej wyciągniętej ręki…

Dodaj komentarz

spowiedź na przystanku I

Ks. Leszek Surma, publicysta katolicki z o. Grzegorzem Kluzem, przeorem klasztoru dominikanów umówili się na wielkopostne rozmowy. Dzieląc się kapłańskim doświadczeniem, w murach starego klasztoru będą rozmawiać o sakramencie pojednania, w którym udzielają rozgrzeszenia, ale też sami przystępują do niego, by to rozgrzeszenie otrzymać. Spotkanie pierwsze.

5 rozmów w soboty Wielkiego Postu

Przystanek Ziemia

na Przystanku Ziemia: o spowiedzi cz. I – zapraszam do obejrzenia…

Dodaj komentarz

powrót…

(Mk 1,40-45): Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. (…)

Pomimo ogromnego postępu w medycynie, niewiele posunęliśmy się do przodu jeśli chodzi o walkę z pandemią. Niedawny lęk przed wirusem ebola jasno to potwierdza. Jedynym środkiem chroniącym zdrowych przed zarażeniem staje się izolacja i kwarantanna zarażonego. Szkoda, że nie potrafimy, czy może po prostu nie chcemy, nazwać chorobą zakaźną ludzkiego grzechu – jak czyniono to już wieki temu w Starym Testamencie.

Trzy lata temu, komentując ten właśnie fragment ewangelii, zwracałem uwagę na „trądowe” konsekwencje grzechu, miłość Boga, która nie boi się zakażenia w sakramencie pojednania i uzdrawia, ze względu na szacunek dla człowieka, nawet upadłego, oraz na niewstydzenie się higieny Starego Testamentu…

Jedną z „trądowych” konsekwencji grzechu, którą wtedy wspomniałem, było wykluczenie. Grzech nie powoduje tylko rozpadu i obumierania (grzech ciężki nazywamy śmiertelnym). Jego konsekwencją może stać się również jakaś forma „samo-wykluczenia”. Fobia, lęk, upokorzenie, kompleksy, urazy, wstyd… – to wszystko powoduje, że nie czuję się dobrze w swojej skórze. Zanegowanie i niezaakceptowanie słabości sprawia, że izoluję się od wspólnoty, zaczynam czuć się gorszy, niekochany, odrzucony, samotny…
Nie pozostaje nic innego jak paść na kolana i wołać: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Do tego potrzeba jednak wiary… Wiary w to, że On może tego dokonać…

Paradoksalnie, obraz trądu (konsekwencje grzechu) niesamowicie pięknie podprowadza pod tajemnicę sakramentu pojednania i jego konsekwencje. Konsekwencją sakramentu pojednania jest nie tylko oczyszczenie z grzechów, ale i mocne postanowienie poprawy. To postanowienie wymaga jednak wiary – wiary w to, że On jest w stanie udzielić mi łaski prawdziwej zmiany życia.
W dzisiejszej ewangelii nie ma ani słowa o tym, że trędowaty zanim podszedł do Jezusa i prosił go o uzdrowienie – uwierzył. Tego należy się domyślić. Tę wiarę zakłada sama jego prośba…
Podobnie jest z postanowieniem poprawy. Ono zakłada moją wiarę w to, że Jezus jest w stanie uleczyć moje zranienia i postawić mnie na nogi, że da mi na tyle siły, że moje życie naprawdę ulegnie zmianie. Samo postanowienie poprawy jest już przecież formą wyznania wiary: „Sam niczego postanowić nie mogę, nawet nie próbuję. Gdybym sam od siebie gwarantował, że się zmienię, grzeszyłbym pychą. Dlatego postanawiam poprawę, bo wierzę w łaskę, której mi udzielasz. Postanawiam poprawę – to znaczy: obiecuję, że z tą łaską będę współpracował i jej nie zmarnuję. Postanawiam poprawę, bo to Ty mnie teraz przywracasz do życia…”

Tylko wiara, że jest On w stanie to uczynić jest gwarantem mojego powrotu do wspólnoty Kościoła – powrotu z „wykluczenia”…

Dodaj komentarz

gorączka…

(Mk 1,29-39): Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Lecz On rzekł do nich: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.

Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Co prawda wizyty kolędowe księży już pewnie się zakończyły, ale dzisiejsza ewangelia jakby jeszcze do takich wizyt nawiązuje. Pamiętamy jak trzy tygodnie temu Jezus powołując nad jeziorem zaprosił do siebie Piotra i Andrzeja. Dziś sam przychodzi do nich w odwiedziny. Jeśli informację o tych odwiedzinach umieszczono w ewangelii, to nie chodziło zapewne o jakieś tylko kurtuazyjne odwiedziny, czy o zwykły odpoczynek. On po prostu chciał się spotkać osobiście ze swoimi najbliższymi uczniami i to w ich własnym domu. Bliskie osobiste więzi są w pracy ewangelizacyjnej równie ważne jak płomienne kazania do anonimowych tłumów… Pobyć, choć przez chwilę pod czyimś dachem, to choć trochę poznać i zrozumieć drugiego człowieka, jego problemy i sposób ich rozwiązywania. Tak Kościół staje się bliski…
On – i Jezus i Kościół – zawsze nas zaprasza, zawsze jest otwarty na nasze odwiedziny. Czy w drugą stronę jest podobnie?
I choć nigdy nie odwiedza z pustymi rękami – w domu Piotra uzdrawia – nie chciałbym się skupiać dzisiaj na tych odwiedzinach, choć są one niesamowicie ważne.
Dziś o gorączce – o niej również mówi dzisiejsza ewangelia…

Po pierwsze gorączka teściowej Piotra. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. (…) On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. Realizm cudownego działania – cudownego uzdrowienia. Zaczęła usługiwać natychmiast – nie potrzebowała naturalnego czasu na rekonwalescencję i dochodzenie do siebie po wyczerpaniu gorączką. Konkretny znak, że Bóg zadziałał w sposób cudowny…
Nie o znak i potwierdzenie cudu tu jednak chodzi. Ewangelia zawsze zwraca uwagę na związaną z cudem uzdrowienia przemianę serca. Zaczęła usługiwać… Pojawiło się pragnienie, i to zrealizowane natychmiast pragnienie, dzielenia się tym, czego doświadczyła. Podobnie przecież Maryja natychmiast pobiegła w góry by pomóc i usługiwać swojej krewnej Elżbiecie. Jednym z warunków uznania przez Kościół wydarzenia za cudowne jest przymnożenie wiary i przemiana serca…
Być może wielu z nas mówi czasami o cudach, które dokonały się w ich życiu. Jeśli jednak wydarzenia te nie spowodowały przemiany serca i nie wzbudziły zapału do dzielenia się swoją wiarą – choćby tylko z najbliższymi – to może cud jeszcze nie nastąpił, może ciągle jeszcze trwam w chorobie, może ciągle jeszcze czekam na moje uzdrowienie…

Po drugie gorączka w domu, który odwiedza. Jakże często mówimy, że nasz dom jest przestrzenią chronioną, nawet przed Jezusem czy Kościołem. Moją prywatną sprawą jest to jak postępuję i jakie decyzje podejmuję. Nie powinien się w to mieszać ani Bóg ze swoim Prawem, ani tym bardziej Kościół ze swoimi ustaleniami, nawet gdyby one miały rangę przykazań. Przestajemy zauważać gorączkę, która jest symptomem choroby. Przestajemy dostrzegać gorączkę pracoholizmu, ciągle nieosiąganego sukcesu, permanentnego braku pieniędzy, próby porządkowania wszystkiego po swojemu, być może również przesadnej troski o wszystko… Przestajemy dostrzegać chory już trans, w który ta gorączka nas wprowadza. Pojawiają się chore sytuacje, bo zaczęły chorować międzyludzkie relacje…
Może trzeba Go wreszcie wpuścić do swojego domu. Może trzeba Mu pozwolić ująć się za rękę i dać się podnieść.

Po trzecie gorączka poszukiwania nie tego co istotne. Przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. (…) Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Gorączka poszukiwania uzdrowiciela. Gorączka, której ulega nawet Piotr. Tymczasem Chrystus naucza i uzdrawia. Ta kolejność nie jest przypadkowa – uzdrawianie jest rzeczywistością wtórną do nauczania. Może warto o tym przypominać wszystkim owładniętym gorączką poszukiwania mszy św. z modlitwą o uzdrowienie. On najpierw nauczaniem oświeca umysły, objawia miłość Ojca, prowadzi do wiary i ukazuje drogę zbawienia, a dopiero potem ewentualnie cudami – na potwierdzenie głoszonego słowa – uzdrawia zbolałe ciała i wyrzuca złe duchy… To prawda, że pragnie zbawić całego człowieka: duszę i ciało. Ale pamiętać należy, że uzdrawia ciało, tylko po to, by stało się ono znakiem i środkiem zbawienia duszy…

Po czwarte gorączka, którą należy „zbić”. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Nie poddał się gorączce uzdrawiania całego Kafarnaum. Szukał odpoczynku w modlitwie. Jakże często gorączka pracy – skąd inąd bardzo ważnej, pożytecznej i dla dobra rodziny – nie pozwala znaleźć czasu na odpoczynek w modlitwie. Zapominamy, że potrzebujemy od czasu do czas zaczerpnąć ze źródła, zaczerpnąć energii, która nadaje sens temu co robimy. Inaczej nasza praca będzie nas wykańczać, będzie ciężka i trudna, ale niestety pusta i bezowocna…
Może trzeba zacząć wykradać czas na modlitwę, tak na przekór sobie i innym, którzy mówią, że inne sprawy są teraz ważniejsze… Może warto zacząć dziękować Bogu za każdy moment, gdy uda nam się „wykraść” pracy czas na odpoczynek w modlitwie. Od czasu do czasu trzeba tę gorączkę zbić, inaczej nas wyczerpie i zaczniemy ulegać apatii i zniechęceniu.

Po piąte wreszcie, gorączka zawłaszczenia. Wszyscy Cię szukają – czemu znikasz? Lecz On rzekł do nich: Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać… Czemu znika wtedy, gdy jest naprawdę potrzebny, czemu w ogóle idzie gdzie indziej? Czy gdzie indziej są ważniejsi ode mnie, bardziej potrzebujący? Tak rodzi się zazdrość, może nawet zawiść…
Jakże trudno zrozumieć, że on „znika” tylko po to, by oczyścić moje intencje i pragnienia. Trudno to zrozumieć, bo przecież chciałbym zatrzymać Go dla siebie. Może nawet Go „oswoić”, wprowadzić w moje problemy. Przecież On jest mój – widzę Go poprzez pryzmat moich własnych potrzeb i pragnień, które są zawsze najważniejsze…
On jednak odchodzi… Po chwilach entuzjazmu i religijnych uniesień przychodzi cisza i milczenie Boga… To sposób na zbicie gorączki. To podpowiedź, by uwierzyć w uzdrowienie, które się dokonało – jeśli poszedł dalej, to znaczy, że wierzy we mnie, że potrafię dobrze wykorzystać to co dostałem… On czeka bym i ja uwierzył w siebie i w to co mi zostawił…

Dodaj komentarz

egzorcyzm: życie ewangelią…

(1 Kor 7,32-35): Chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień. Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. (…) Podobnie i kobieta: niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem i duchem. (…) Mówię to dla waszego pożytku, nie zaś, by zastawiać na was pułapkę; po to, byście godnie i z upodobaniem trwali przy Panu.
(Mk 1,21-28): W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej.

Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego… W pierwszej chwili wydawałoby się, że dzisiejsza ewangelia mówi o uwolnieniu od ducha nieczystego. I oczywiście takie skojarzenie wydaje się prawidłowe – Jezus ma przecież władzę nad światem duchów zbuntowanych i w opisanym wydarzeniu rzeczywiście od ducha nieczystego uwalnia. Skojarzenie takie wydaje się być również na czasie z powodu przesiąknięcia dzisiejszego świata fascynacją „magią egzorcyzmów”. Chociażby ostatnie wydarzenia w Lublinie i tworzenie wokół nich różnych sensacyjnych opowieści na to wskazują…
Niestety skojarzenie treści dzisiejszej ewangelii tylko z egzorcyzmem może sprawić, że nie zauważymy tego, co najbardziej istotne w przesłaniu dzisiejszej ewangelii. Skupiając się na tym co wtórne, możemy przegapić „moc słowa”. Sam fakt egzorcyzmu przecież ma potwierdzić jedynie moc Jego słowa i nie jest istotą Jego nauczania…

Zadaniem dzisiejszej ewangelii jest objawienie „mocy słowa”, i to mocy słowa w codzienności i prozie życia. Tydzień temu wspominałem o tym jak Jezus powołuje „w codzienności, w pracy, w zwykłej szarej prozie życia”. Dopowiadałem również, że jeśli ktoś chce usłyszeć głos powołania musi „zająć się na poważnie swoim życiem, mieć odwagę je przyjąć i zająć się tym co do niego należy”. W innym wypadku może nam grozić nie tyle pójście za Jezusem, co porzucenie swojego życia, czyli ucieczka…
Wydarzenie z dzisiejszej ewangelii to również konkretny fakt, w konkretnym miejscu i czasie: W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie… Coś w tym nauczaniu było pociągającego, coś niepokojącego. Zapewne nie miało ono charakteru wyuczonej i odtwarzanej lekcji, próby wyjaśniania czy nawet własnej interpretacji. To nauczanie było samym życiem… Słowo, które stało się ciałem jest niesamowicie kompatybilne z tym co wypowiada. To słowo było naprawdę żywe! Sam Jezus, Słowo Ojca, stał się jednością ze swoim nauczaniem…
Najpierw słuchali i zdumiewali się Jego nauką a gdy w akcie egzorcyzmu zobaczyli jedność mocy i działania ze słowem znów wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą.

Co również ważne, „moc słowa” objawia się w zwykłej synagodze w Kafarnaum. Dziś moglibyśmy powiedzieć: Jezus naucza w Kościele, wewnątrz Kościoła, a moc i władza Jego słowa objawia się w codziennym działaniu duszpasterskim Kościoła.
Oczywiście faktem jest, że Jego słowo domaga się radykalnego posłuszeństwa – uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę i nawet duch nieczysty jest Mu posłuszny. Ten radykalizm nie wymaga jednak ucieczki od świata – taka ucieczka byłaby sekciarstwem. Jezusowy radykalizm domaga się jedynie, by człowiek, zanurzony w doczesnym świecie, w swoich troskach, trudach i pracach, był w stanie prowadzić życie niepodzielnie oddane Bogu… Stąd chyba w dzisiejszej liturgii ten Pawłowy komentarz z Listu do Koryntian. Komentarz, który zachęca do całkowitego oddania serca Bogu.

W Kościele nie ma przypadków i dzisiejsza liturgia słowa nie może być również przypadkowa. Spójrzmy więc na te czytania jak na komentarz do jutrzejszego Dnia Życia Konsekrowanego, który obchodzimy w święto Ofiarowania Pańskiego.
Mimo, że często się tak niektórym wydaje, życie zakonne nie polega wcale na ucieczce od świata – bo i nie na tym przecież polega radykalizm Jezusowy. Byłoby to życie nie mające większego sensu. Przecież i sam Bóg nie ucieka od świata, a wręcz przeciwnie wchodzi w ludzką rzeczywistość. Życie w ucieczce od świata byłoby zafałszowaniem tajemnicy Wcielenia…
Konsekracja zakonna, czyli poświęcenie się Bogu, poprzez śluby zakonne (posłuszeństwo, czystość, ubóstwo) polega na zanurzeniu w doczesnym świecie, w zwykłych ludzkich troskach, trudach i pracach W tym zanurzeniu daje się świadectwo, że ewangelią da się na poważnie żyć… Nie trzeba uciekać od tego, by móc żyć radami ewangelicznymi, które skierowane są do każdego. Świadectwo życia nieco bardziej radykalnego ma być dla każdego znakiem, że ewangelia i codzienne życie mogą iść ze sobą w parze…

I wracamy jakby klamrą do tego co zdumiewało słuchających Jezusa: On i Jego słowo byli jednym.
To chyba przesłanie dzisiejszej ewangelii: głoszone słowo, ma swoją moc o ile stanowi jedno z tym, który je głosi…
Scena z synagogi w Kafarnaum jest dla nas po pierwsze przestrogą, że nie wystarczy teoretyczne poznanie, kim jest Jezus i nawet publiczne wyznanie wiem, kto jesteś: Święty Boży. Można wtedy usłyszeć: Milcz i wyjdź z niego. Wiara to nie teoria, wiara to realne życie ewangelią.
I po drugie, scena ta pokazuje nam realnie, że jedność świadectwa życia z głoszonym słowem ma niesamowitą moc! Taka jedność właśnie staje się już egzorcyzmem. Zły będzie unikał bliskości kogoś w kim objawia się kompatybilność słowa i czynów: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić.

Dodaj komentarz