Archiwum dla Listopad 2014

oczy szeroko otwarte…

(Mk 13,33-37): Jezus powiedział do swoich uczniów: Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!

Czas nadziei i oczekiwania. Czas przygotowania do świąt Bożego Narodzenia i, może przede wszystkim, czas przygotowania się do powtórnego przyjścia Chrystusa w chwale. Marana tha!
Czas stawania w prawdzie i uświadomienia sobie, że lęk przed sądem nie dotyczy sprawiedliwych…

W adwencie słyszymy ciągłe wołanie: „czuwajcie”. Dziś coś więcej. W ewangelii zanim pojawia się „czuwajcie”, słyszymy: „uważajcie”. Nim będziecie czuwać: patrzcie uważnie, miejcie oczy szeroko otwarte. Zacznijcie ze zrozumieniem czytać księgę tego świata, księgę widzialnej rzeczywistości. Zwróćcie uwagę na mapę prowadzącą do celu…
Codzienna monotonia i rutyna zamieniają nas w roboty, które zagubiwszy radość i nadzieję przestają widzieć sens czegokolwiek. Bez dostrzegania celu nie ma tworzenia…
Adwent więc, to czas przebudzenia. Czas wyjścia z marazmu i lęku o przyszłość. Przebudzenie daje nadzieję. Otwiera oczy na cel, otwiera oczy na przyszłość…

Tylko przebudzony i mający oczy szeroko otwarte jest w stanie zrozumieć wezwanie: „czuwajcie”. Czuwać znaczy: „zadbać o to, co zostało mi powierzone”, a powierzone mi zostało „staranie o wszystko”. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał.
Każdy z nas ma wyznaczone zajęcie. Odźwierny natomiast ma czuwać. Wszyscy szybko chwytamy, że rola odźwiernego, to rola Kościoła, który wypatrując powrotu Pana pilnuje i dogląda wszystkich prac wykonanych przez sługi. Odźwierny jednak, to też każdy z nas, bo to my właśnie tworzymy wspólnotę Kościoła.
To każdy z nas więc, wypatrując powrotu Pana, ma zadbać by zlecone mu prace zostały wykonane. Tu chodzi o majątek Pana, który mi powierzono abym miał o niego staranie…
Czuwać więc, to nie co innego jak odkryć swoje powołanie. Odkryć, że zostawionym mi majątkiem Pana jest obraz i podobieństwo Boga, Boga, który jest Miłością… Czuwać więc, to zadbać o „moją” część świata, to dostrzec drugiego człowieka, to co zrobiliście jednemu z tych

I jeszcze czas… Kiedy czas ten nadejdzie… Greckie „kairos” to czas najwłaściwszy, to właściwy moment wybrany przez Boga, to czas łaski i nawiedzenia… Miejcie oczy szeroko otwarte i czuwajcie by nie przegapić swojego czasu łaski i nawiedzenia…
Współczesny człowiek traci pojęcie „właściwego czasu”. Jest zabiegany, zaganiany, ucieka w tzw. pracoholizm by nie robić tego, co robić powinien… Jedynie jakieś nieszczęście czy traumatyczne doświadczenie jest w stanie wyrwać go na chwilę z „braku czasu”. Szybko jednak tam powraca…
Adwent właśnie jest czasem, w którym możemy postawić sobie pytanie o swój „własny” czas. Na co go trwonimy i na co pożytkujemy… Jak wygląda powierzona mi przez Boga odpowiedzialność za świat, za Kościół… za człowieka…?

1 komentarz

Monarcha

(Mt 25,31-46): Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego.

Zaskakująca ewangelia jak na dzisiejsze święto: i sąd…, i pasterz oddzielający owce od kozłów…, i opis procesu… Czy na tym polega królowanie Króla Wszechświata?
Tak naprawdę mało kto dziś potrafi powiedzieć na czym polega królowanie w ogóle. W świecie demokracji ustrój zwany monarchią zasadniczo nie istnieje i sprowadzany jest często tylko do symboli i reprezentacji. Na dzisiejszych królów patrzymy z przymrużeniem oka i bardziej kojarzą nam się z bajkami niż z realnym światem…
Z drugiej strony, niektóre środowiska próbują forsować postulat obwołania Króla Wszechświata Królem Polski. Może warto dziś postawić sobie pytanie, co to jest monarchia?

Monarchia, od greckiego „mona arché” to przecież nie tylko „jedna władza (władca)” ale i „jedna (jedyna) zasada”. Pierwotna zasada kierująca kosmosem, wszechświatem, przyczyna wszystkich bytów. To jej szukali starożytni filozofowie greccy. Dla Talesa arché była woda, dla Anaksymandra – bezkres, dla Anaksymenesa – powietrze, a dla Pitagorasa – liczba… Dla nas chrześcijan tą arché nie może być nic innego jak sam Jezus Chrystus. To dziś właśnie uświadamiamy sobie, że gdy Chrystusa nazywamy Królem Wszechświata, chcemy przez to powiedzieć, że jest On Jedynym Źródłem i Jedyną Zasadą wszystkiego. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone (Kol 1,16).
A to oznacza, że jako chrześcijanie wszyscy jesteśmy monarchistami… To dlatego podczas mszy św. wołamy „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”. To dlatego właśnie odmawiając „Ojcze nasz” wezwaniu „Przyjdź królestwo Twoje…” nadajemy sens: „bądź Źródłem i Zasadą mojego życia”…

Jak się w takim razie ma dzisiejsza ewangelia o sądzie do Chrystusa, Monarchy, Źródła i Zasady naszego życia? Co zostaje osądzone?
W ewangelii odbywa się sąd nad naszym rozumieniem „królowania” Chrystusa, nad naszym rozumieniem źródła i zasady życia…
I nie chodzi tu tylko o nadzieję przyszłego rozdzielenia dobra i zła (jak owce i kozły), które obecnie są pomieszane i w świecie i w nas samych. Chodzi raczej o odpowiedzialność za drugiego człowieka. W ewangelii ukarana jest obojętność, piętnowane nie są czyny złe, ale zaniedbania: nie daliście, nie przyjęliście, nie przyodzialiście… wszystko, czego nie uczyniliście…
Zwykle w rachunku sumienia koncentrujemy się na tym, co zrobiliśmy złego i jakie przykazanie przekroczyliśmy. Tymczasem okazuje się, że najcięższą winą jest bierność i brak reakcji na biedę bliźniego. Może trzeba by zacząć robić rachunek sumienia pod kątem zmarnowanych okazji do czynienia dobra… Bo te zmarnowane okazje to nie tylko „to, co mogłem zrobić, ale nie zrobiłem”. To coś więcej, to: „to, co powinienem zrobić, a nie zrobiłem”…
I nie chodzi o to, by w tej ewangelicznej wizji Sądu Ostatecznego dopatrywać się jeszcze następnych powodów, by człowieka potępić. Nie można tego nigdy Chrystusowi zarzucić. On po prostu zachęca do tego by wreszcie dostrzec drugiego człowieka… By wreszcie stać się człowiekiem… Zanim będzie za późno…
Jeśli nie umiem być człowiekiem, to nie ma po co zastanawiać się nad tym, czy dobrze wypełniam „obowiązki” płynące z wiary. I mocniej: zapomnij o sądzie dotyczącym obowiązków wypływających z wiary jeśli nie potrafisz sprostać minimum bycia człowiekiem,
Oto monarchia chrześcijanina – źródło i zasada życia… Oto prawdziwe królowanie Chrystusa w całym moim świecie, którym jest człowieczeństwo…

I na koniec, warto zauważyć, że Król Wszechświata ukrywa się w najbiedniejszych z biednych: byłem głodny, byłem spragniony… Miłość zaś nie wyraża się w pięknych słowach, ale w czynach: daliście jeść, pić, przyjęliście, przyodzialiście, odwiedziliście, przyszliście… Same konkrety…
I na tym właśnie polega „bycie człowiekiem”. Ludzkie zachowania mają być czymś tak normalnym, że aż niezauważalnym. Ci sprawiedliwi z ewangelii nawet nie zauważyli kiedy pomoc okazali.
Podpowiedź dzisiejszej ewangelii: miłość ma być czymś tak naturalnym, tak oczywistym, że w ogóle niezauważalnym… bo to ona jest arché naszego życia…

1 komentarz

inicjatywa i pracowitość…

(Mt 25,14-30): Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów.

I znów język ekonomii, język komunikowania współczesnego człowieka… Znów ewangelia każe nam spojrzeć na nasze chrześcijańskie życie jak na przedsiębiorstwo. Może to i dobrze. Może wreszcie zobaczymy, że bycie chrześcijaninem nie polega na bierności i liczeniu na to, że Pan Bóg wszystko za nas zrobi…
Różnie patrzymy na nasze powołanie do bycia człowiekiem. Dzisiejsza ewangelia jasno zwraca uwagę na to, że po pierwsze każdy z nas jest jakąś inwestycją Boga – On w nas zainwestował i czegoś oczekuje; po drugie życie każdego z nas polega na inwestowaniu w siebie, w swój rozwój, w swoje piękne, mądre i uczciwe życie, z wykorzystaniem danego mi „kapitału początkowego” – talentów.

Kapitał początkowy jest niebanalny. Jeden talent, to przecież równowartość 34 kg złota lub srebra. Warto o tym pamiętać, gdy próbujemy porównać się ze sługą, który otrzymał jeden talent i wychodząc z założenia, że został potraktowany niepoważnie (bo dostał zbyt mało), stwierdził, że z Panem współpracował nie będzie. Człowiek łatwiej dostrzega talenty innych niż swoje, porównuje, zazdrości, wpada w kompleksy. Niestety to prosta droga do tego, aby swój talent zakopać.
Przysłowiowy „jeden talent”, to „nie za mało” – to wystarczająco dużo i adekwatnie do moich możliwości. Bóg nigdy nie daje nam zadań, którym nie bylibyśmy w stanie sprostać. Czy ten jeden talent potrafię pomnożyć?

Gdy czytamy dzisiejszą ewangelię, to wydaje się że:
Po pierwsze, bycie chrześcijaninem, ba nawet człowiekiem, polega na wykazywaniu inicjatywy. Bóg ceni sobie tych, którzy inicjatywę wykazują i potrafią rozpoznać Jego wolę i stanąć na wysokości zadania. Nawet gdyby wiązało się to z ryzykiem – inicjatywa jest najważniejsza. Takimi zapewne są święci w Kościele…
Po drugie, bycie chrześcijaninem, ba nawet człowiekiem, polega na byciu pracowitym i niemarnującym talentu.

W pierwszy przypadku ewangelia piętnuje „postawę zachowawczą”: poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność. Niby nic złego człowiek nie uczynił. A jednak… został ukarany za brak inicjatywy, którego konsekwencją stało się „niepomnożenie” kapitału, na które liczył Pan. Sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Okradł Pana z tego, czego Pan się spodziewał otrzymać…
W przypadku drugim ewangelia piętnuje „postawę lenistwa”. Sługo zły i gnuśny (leniwy)! (…) Powinieneś więc był … Wierność Panu nie polega tylko na powstrzymywaniu sie od grzeszenia. Wierność Panu polega na działaniu, czynieniu konkretnego dobra, pomnażaniu danych mi talentów… Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Przed Bogiem nie wystarczy udowodnić, że nie uczyniliśmy nic złego. Trzeba będzie wykazać, że pomnożyliśmy ofiarowany nam kapitał początkowy… On oczekuje twórczego podzielenia się tym, co od Niego otrzymaliśmy. Kapitał to nie tylko zdolności ale również różnego rodzaju szanse i miejsca, w których nas Bóg postawi.

I jeszcze jedna niesamowicie ważna przestroga. Brak inicjatywy i lenistwo, które wyrażają się w zakopaniu talentu są wyrazem pychy. „Sam sobie poradzę, mam wszystko, czego potrzebuję, łaski bez! Potrafię funkcjonować bez Twojego kapitału początkowego.” Tragiczne nieporozumienie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.

1 komentarz

pozwól również innym…

(J 2,13-22): Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. (…)

Dopiero niedawno obchodziliśmy (w kościołach, które nie znają daty swojego poświęcenia) rocznicę poświęcenia własnego kościoła. Można było zrozumieć, że jest to tak ważna rocznica, że „przebija” liturgiczne świętowanie niedzieli… Dzisiejsza liturgia jednak zaskakuje. Zwykłe święto (nie uroczystość) rocznicy poświęcenia rzymskiej Bazyliki Laterańskiej liturgicznie „wypiera” niedzielę… Czy to aż tak ważne święto, by odstąpić od czytań niedzielnych, w których ważna jest kontynuacja i rozważać ewangelię, którą znamy skąd inąd?…
Okazuje się, że tak. Pierwszy kościół chrześcijański, bazylikę na Lateranie, wzniósł cesarz Konstantyn Wielki na początku IV w. Stała się ona „matką i głową wszystkich kościołów Miasta i Świata”, dlatego świętowanie rocznicy jej poświęcenia rozszerzono na cały obrządek rzymski, jako znak miłości i jedności ze Stolicą Piotrową, która „przewodniczy związkowi miłości” (św. Ignacy Antiocheński, List do Rzymian).
Dziś więc przede wszystkim świętujemy jedność z Rzymem i widzialną Głową Kościoła…

Ta jedność nie wyraża się jednak tylko w zewnętrznym oświadczeniu przynależności do Kościoła rzymsko-katolickiego. Ta jedność musi się wyrażać w wierności ewangelii i oczyszczaniu świątyni swego serca z tego, co wiernością ewangelii nie jest.
Dziś znów słyszymy wezwanie, by usuwać ze świątyni swego życia to, co przyziemne (woły), potulne i zgadzające się na wszystko (baranki) oraz płochliwe (gołębie). By powywracać to, co kolaborujące z „panem tego świata” (stoły bankierów).
Co więcej ewangelia dzisiejsza wzywa nas od odblokowania „dziedzińca świątyni”, by nic w moim życiu nie stało na przeszkodzie drugiemu człowiekowi w dotarciu do Boga. Bym swoim anty-świadectwem czy fałszowaniem obrazu Boga nie stał na przeszkodzie tym, którzy ten obraz dopiero odkrywają. Bym miał świadomość, że to właśnie przedsionki świątyni mego życia są miejscem ich spotkania z „moim” Bogiem…

To dziś właśnie, jeszcze raz przypominamy sobie, że świątynia mego życia ma być – jak każda świątynia – miejscem szczególnej obecności Boga. Bym nie tylko ja ale i inni mogli się z Nim tam spotykać.
To dziś również uświadamiamy sobie, że świątynia mego życia ma być miejscem składania ofiar miłych Bogu – ofiarowania Bogu serca i miłości wyrażonej w wierności Prawu Bożemu. Że świątynia mego życia ma być przede wszystkim miejscem składania prawdziwego świadectwa o Miłości Boga, którą ogarnia każdego człowieka…

Dodaj komentarz

ku spotkaniu z Miłością…

(Mdr 3,1-6.9): Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę, wierni w miłości będą przy Nim trwali: łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych.
(J 11,32-45): A gdy Maria siostra Łazarza, przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go położyli? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: Oto jak go miłował! (…)

Gdy w powadze i zadumie stajemy dziś na grobami najbliższych, gdzieś wewnątrz targa nami smutek, a może nawet płacz. Zwykły wyraz żalu z powodu rozłąki. Coś, czego nie powinniśmy się wstydzić. Przecież zostaliśmy stworzeni z miłości i do miłości, a miłość domaga się realnej bliskości drugiej osoby… Śmierć dla człowieka, to coś nienormalnego, coś wręcz złego, bo rozdzielającego kochających się ludzi. Stąd ból…
Ks. Twardowski powiedział kiedyś: „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…” Może ten ból, płacz i smutek bywa wyrazem poczucia, że jednak spóźniliśmy się… Bo dopiero nad grobem zdajemy sobie sprawę z tego, ile słów zostało niewypowiedzianych i ile spraw zostało niezałatwionych…

Jezus zapłakał nad grobem Łazarza. Dlaczego zapłakał? Ojcowie Kościoła zastanawiali się, co oznacza płacz Jezusa mającego zapewne wiedzę, że za chwilę Łazarza wskrzesi. Może On nie płakał nad śmiercią Łazarza… Może On zapłakał nad śmiercią ludzką w ogóle… Nie było przecież wolą Boga, by człowiek umierał… Bóg śmierci nie stworzył, ani się nie cieszy ze zguby żyjących – jak mówi księga Mądrości – śmierć przyszła na świat przez zawiść diabła... Bóg zapłakał z powodu rozłąki dwóch kochających się osób: Boga i człowieka. Bóg zapłakał nad tajemnicą konsekwencji ludzkiego grzechu…
I może ta dzisiejsza zaduma nad mogiłami powinna pójść podobną drogą… Konsekwencje grzechu… Nie po to, by załamywać, ale po to, by coś z tym zrobić…

Żaden płacz nie powinien być destrukcyjny, niszczący. W płaczu Jezusa pojawiła się nadzieja dla nas. Objawienie się wielkiego Bożego miłosierdzia wobec nas i naszych upadków. Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce.
Nasza modlitwa za zmarłych, to przecież wraz nadziei, że człowiek ma jeszcze ma szansę!!! Oto jak wielka jest miłość Boga! Jeśli ktoś odchodzi z tego świata nie do końca czysty wobec Boga, może to oczyszczenie dokończyć na tamtym świecie. Czyściec, to nie okrutne i przerażające męki – czyściec, to dar Bożego miłosierdzia… Darem Bożego miłosierdzia jest również sama możliwość modlitwy za zmarłych i zapewnienie, że te nasze modlitwy rzeczywiście pomagają im w ich ostatecznym dojrzewaniu do życia wiecznego…

Wczorajsza uroczystość Wszystkich Świętych przywołała nam nadzieję zbawienia… Dziś modlimy się za tych, którzy na pełnię zbawienia jeszcze oczekują. Wdzięczni świętym za ich wstawiennictwo służymy tym, którzy modlitwy bardzo potrzebują. Niech one przybliżą im upragnioną chwilę ujrzenia Bożego oblicza twarzą w twarz – ostatecznego spotkania z Miłością!

Dziś stanę nad grobem Tomka. Chciałbym na wszystko znaleźć odpowiedź i wszystko móc wytłumaczyć. Stoję jednak przed tajemnicą i ciągle słucham, by nie przejść obojętnie…

Dodaj komentarz

… aż chce się żyć!

(Ap 7,2-4.9-14): Ja Jan ujrzałem innego anioła, wstępującego od wschodu słońca, mającego pieczęć Boga żywego. Zawołał on donośnym głosem do czterech aniołów, którym dano moc wyrządzić szkodę ziemi i morzu: Nie wyrządzajcie szkody ziemi ni morzu, ni drzewom, aż opieczętujemy na czołach sługi Boga naszego. I usłyszałem liczbę opieczętowanych: sto czterdzieści cztery tysiące opieczętowanych ze wszystkich pokoleń synów Izraela (…)
(1 J 3,1-3): Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy zaś, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.
(Mt 5,1-12a): Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni… (…)

Niesamowicie piękne święto. Jedno z moich ulubionych… I to nie z powodu „halloweenowej” nocy wigilijnej tego święta czy klimatu kolorowych światełek na cmentarzach… Uroczystość Wszystkich Świętych mówi o tak wspaniałych rzeczach, że aż chce się żyć…

Po pierwsze, teksty z dzisiejszej Liturgii… I wielka radość, że należę do „stu czterdziestu czterech tysięcy opieczętowanych”, że należę do Kościoła, do ludu zmierzającego do miejsca przebywania z Bogiem, że on mnie tam prowadzi… Bo taką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy. I każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.
Więc jestem święty… On już obdarzył mnie błogosławieństwem i łaską bym był w stanie przejść „drogę błogosławieństw”… Świętość nie jest i nie może być ideałem, którego nie można osiągnąć. – pisałem dwa lata temu – Nie polega na realizowaniu jakiegoś zadanego programu, doskonałości moralnej czy nawet dojrzałości psychicznej. Świętość to normalność, (…) to odkrywanie w sobie dziecka Bożego i ciągłe „usiłowanie” bycia obrazem i podobieństwem Ojca, który jest Miłością…

Po drugie dziś dzień imienin każdego z nas. To dzień poznawania i zaprzyjaźniania się ze swoim świętym patronem. Poznanie i zaprzyjaźnienie się ze swoim patronem odziera jego wizerunek z cukierkowatości i niedostępnej „doskonałości”. Święci stają się bardziej bliżsi niż dalsi… Rok temu pisałem o moim doświadczeniu zaprzyjaźniania się za swoimi świętymi patronami.

Przyjaźń i bliskość tych, którzy potrafili współpracować z łaską Bożą na tyle, że stali się dla nas wzorem świętości, naprawdę promieniuje.
Co więcej przyjaźń i dobre poznanie Świętego pozwala dostrzec wokół siebie innych „świętych”. Bliższe poznanie świętości Świętego odziera ją z niedostępności i pokazuje jako osiągalną rzeczywistość… Okazuje się, że świętość to nic innego jak miłość objawiana w rzeczach małych. Świętość to rodzice z miłością wychowujący dzieci; to miłość małżeńska okazywana w drobiazgach; to uśmiech; to zwykła codzienna odpowiedzialność za to co mam do zrobienia; itd. itp. Świętość to kultura codziennego życia…

Można by zadawać pytanie: gdzie się podziała radość dzisiejszego Święta? Można by zadawać pytanie czy to źle, że radosna uroczystość Wszystkich Świętych przerodziła się w naszej tradycji w dzień refleksji i zadumy, że tzw. grobbing [chodzenie po grobach] wyparł niejako radość i wesele…
Kiedy stajemy nad grobem bliskiej nam osoby, nasze refleksje biegną w wielu różnych kierunkach. Zwykle, lub przede wszystkim, modlimy się o to, by Bóg w swoim miłosierdziu otworzył zmarłemu bramy nieba. Bywa, że do tej modlitwy dodajemy modlitwę za nas samych, by tenże Bóg ukoił smutek rozłąki. Oba te wymiary refleksji nad śmiercią zawierają się w świętowaniu dnia zadusznego obchodzonego 2 listopada.
Kiedy stajemy nad grobem bliskiej nam osoby dziękujemy również za wszelkie dobro, które otrzymaliśmy za jej przyczyną, za to, że zmarły potrafił współpracować z łaską Bożą i w ten sposób starał się podążać drogą świętości. Dziękujemy za wszystkie mniej lub bardziej drobne okruchy miłości… Ta właśnie refleksja powinna towarzyszyć uroczystości Wszystkich Świętych.
Jeśli stajemy dziś nad grobami bliskich, to może bardziej powinniśmy dziękować za ich „świętość”. Takie dziękowanie może również ubogacić każdego z nas, bo tak na co dzień zapominamy lub nie zwracamy uwagi na okruchy dobra, którymi obdarzają nas inni…

I może jeszcze jedna uwaga. Zwykle o wstawiennictwo u Boga prosimy mniej lub bardziej znanych sobie świętych (kanonizowanych czy beatyfikowanych). Tymczasem, w tajemnicy „świętych obcowania” zmarli, nad których grobami stajemy mogą się również modlić i wstawiać za nami u Boga, i zapewne to czynią. Za to też warto im podziękować…

2 Komentarze