Archiwum dla Sierpień 2014

tajemnica współodpowiedzialności…

(Mt 16,21-27): Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele cierpieć od starszych i arcykapłanów, i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. (…)

Druga część dialogu spod Cezarei Filipowej. Ten, który zdał sprawdzian i stał się Opoką dla Kościoła doświadcza potknięcia. I to niezwykle wielkiego potknięcia, jeśli słyszy z ust Jezusa słowa: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą…
I nie jest dla mnie pociechą, że Jezus wykorzystuje sytuację, by objawić we właściwym świetle swoje mesjańskie posłannictwo. By odejść od rozumienia godności mesjańskiej w kategoriach politycznych i „ludzkich”, jak podpowiada szatan. By przypomnieć, że Jego misją jest wyzwolenie człowieka spod władzy grzechu i śmierci. Przyszedł by uwolnić nas z sideł nienawiści, egoizmu, pożądania i wielu innych wad… Takiego uwolnienia nie dokonuje się jednak siłą oręża, partyjnych wpływów, popularności czy tanich obietnic…

Jest dla mnie niezwykle bolesne, że Piotr, który był w stanie wyznać: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego…, i jak powiedział sam Jezus nie objawiły mu tego ciało i krew, lecz Ojciec, który jest w niebie, doświadcza takiej „wtopy”. Czyżby słabość „Opoki” miała nas pogodzić ze słabością Kościoła. Czy chodzi właśnie o to, by w pokorze przyjąć, że Kościół posiadał, posiada i będzie posiadał ludzkie słabości?
Powtarza się często w różnych komentarzach, że Piotr nie rozumiał do końca, co mówi, gdy wyznał, że Jezus jest Mesjaszem. Sam Jezus musiał być więc świadomy ograniczeń i słabości Piotra. Dlaczego więc wybrał go i ustanowił skałą Kościoła? Bynajmniej nie dlatego przecież, że świetnie sobie radził i przerastał innych duchową przenikliwością. Nie był ani najstarszym i najbardziej doświadczonym z apostołów jak Jakub. Nie był również tym umiłowanym uczniem jak Jan. Poza tym Jezus musiał już wiedzieć, że Piotr jest na tyle słaby, że w najważniejszym momencie się Go zaprze…
A może chodzi o pokorę i uznanie swojej słabości? Tak naprawdę jedynie Piotr doświadczył największego upokorzenia przez swoje słabości… Potrafił jednak uznać grzech, przyznać się do niego. Potrafił oddać go samemu Chrystusowi.
On jedyny chyba był apostołem, który potrafił budować nie tyle na własnej sile i doskonałości, ile na Bożej mocy i miłosierdziu… Może tę właśnie cechę Piotra należy dziś dostrzec, by zrozumieć, że nie da się inaczej uczestniczyć we wspólnocie Kościoła (którego on jest Opoką) jak w oparciu na mocy i miłosierdziu samego Boga…

Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwraca uwagę dzisiejsza ewangelia. Człowiek ulega często pokusie zaklinania trudnej i nieakceptowalnej rzeczywistości: „wszystko będzie dobrze, trzeba myśleć pozytywnie”. Podobnej pokusie uległ Piotr: Panie, (…) Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie.
Świat ucieka przed cierpieniem i śmiercią. Człowiek szuka izolacji od śmierci i cierpienia. Stąd przecież umieranie w szpitalu, ciężko chorzy w hospicjach, cmentarze poza miastem… Nie lubimy przypominania o śmierci i przemijalności. Systemy religijne szukają drogi i sposobu unikania cierpienia, czy to poprzez odcinanie emocji od zdarzeń zewnętrznych, czy to poprzez próby wyrwania się z zaklętego kręgu kolejnych inkarnacji, czy wreszcie zatapianie się w medytacjach i szukanie nirwany…
Piotr również nie potrafił zrozumieć i zaakceptować krzyża… My to doskonale rozumiemy. Gdy się modlimy, to nie prosimy o umocnienie w cierpieniu, ale o to właśnie, by Bóg go od nas oddalił. Przecież nawet Jezus w chwili samotności i trwogi w Ogrójcu zanosił do Ojca podobną prośbę…
Tymczasem wziąć swój krzyż, to znaczy przyjąć odkupieńczą miłość Boga. To znaczy zaufać Mu, że chce naszego dobra, nawet wtedy, gdy przyjdzie nam znosić cierpienie. Tego właśnie nie mógł zrozumieć i zaakceptować Piotr. Czy musi być ten krzyż?

Piotr pewnie nie bał się o Jezusa… On tak naprawdę bał się o siebie: „co ja zrobię gdy Ty zginiesz, przecież mój świat się zawali!”
Może warto zrobić sobie dziś rachunek sumienia z tego jak słucham Jezusa. Czy nie przyjmuję do wiadomości tylko tego, co mi pasuje? Czy słucham Go również wtedy, gdy mówi rzeczy niewygodne, gdy zapowiada trudności?…
W ewangelii nie ma uwodzenia i tanich obietnic łatwego szczęścia. Ewangelia głosi prawdę, także tę trudną: że droga do życia prowadzi przez krzyż, że każdy z nas ma swoją dawkę bólu, samotności, niezrozumienia, że nie ma zmartwychwstania bez krzyża…
Może warto zadać sobie pytanie o źródło mojego płaczu nad cierpieniem drugiego człowieka… Być może jest on wynikiem mojego egocentryzmu? Wcale nie myślę o drugim i nie otwieram się na niego, by prawdziwie współczuć – ale moją głowę zaprząta rozpacz: co teraz ze mną będzie…

Kościół, wspólnota odkupionych przez Chrystusa, to lud pielgrzymujący do zbawienia. On nie chce zbawiać nas bez naszego współuczestnictwa i zaangażowania. Stał się człowiekiem, by cierpieć… by pokazać na czym polega prawdziwa miłość… To czyńcie na moja pamiątkę… Nie mówi: „ciesz się, że Ja za ciebie cierpię”. Zaprasza: „weź i ty swój krzyż, z miłości do Mnie i dla dobra twych braci”… Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje…
Bóg nie uciekł od krzyża, Bóg stał się człowiekiem dla Krzyża… Oto prawdziwa odpowiedzialność za stworzony przez siebie świat. Tajemnica krzyża, to tajemnica mojej współodpowiedzialności za świat…

2 Komentarze

jak sprawdzian z matematyki…

(Mt 16,13-20): Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Na to Jezus mu rzekł: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego (…)

To ewangelia o łasce, której Bóg udziela bezinteresownie i bez żadnej ludzkiej zasługi. Wczoraj chrzciłem małego Maćka i podczas liturgii chrzcielnej mówiłem o tym, jak wieloma łaskami Bóg obdarza człowieka, który wcale na te łaski nie zasłużył.
Piotr nie własnymi siłami intelektu przecież rozpoznaje w Jezusie Mesjasza: nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Nie jego zasługą jest również to, że staje się skałą dla Kościoła i otrzymuje „klucze królestwa niebieskiego”.

To ewangelia o początkach Kościoła. Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. To tu właśnie, w Cezarei Filipowej, uczniowie, w reprezentacji Piotra, wyrazili chęć współpracy z Bogiem w Jego zbawczej misji.

Ale to przede wszystkim ewangelia o człowieku, o jego dojrzałości w wierze, o odwadze postawienia sobie pytania o treść wiary…
Demokracja i pluralizm poglądów z dodatkiem źle rozumianego szacunku dla poglądów drugiego człowieka, domagają się dziś od chrześcijan pewnej „miękkości” w wyznawaniu wiary oraz akcentowania wątpliwości, niepewności i niejednoznaczności… Pluralizm opinii o Jezusie staje się bardzo wygodny. Podobnie jak można poprzestać na pewnej formie leasingu wartości (bo tak się lepiej żyje, lepiej funkcjonuje), kuszącym jest leasing opinii nt. Jezusa. Zawsze mogę powiedzieć, że „wydaje mi się, ze On jest…” bez wejrzenia w siebie i stanięcia w prawdzie. Rzadko potrafimy dać wyraźną i jasną deklarację wiary. Może trochę nawet wstydzimy się jednoznacznych poglądów i postaw.
Nie o takich „wyznawców” Jezusowi chodzi. Moja religijność nie może pozostawać w bezpiecznej sferze teoretycznych dywagacji… Jemu chodzi o krytyczny moment prawdy: A wy za kogo Mnie uważacie? Kim właściwie jestem dla ciebie? Nie potrzebuję teoretyzowania. Pytam o relację, dotykam serca…

I tu bardzo ważna uwaga! Jemu nie chodzi o podanie prawidłowej, obiektywnie trafnej „odpowiedzi Piotrowej”: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. On szanuje wolność i własne zdanie człowieka (własne – sic! – nie zasłyszane).
Pamiętam, że w szkole lubiłem matematykę. Nigdy też nie uczyłem się wzorów na pamięć, wystarczyło umieć je sobie wyprowadzić… Z tym dzisiejszym Jezusowym pytaniem o wiarę jest trochę jak ze sprawdzianem z matematyki. Liczy się nie tylko wynik, który można od kogoś ściągnąć, ale cały proces szukania i dochodzenia do odpowiedzi…
Moja osobista wiara ma oczywiście wyrastać z wiary Piotra, ale w sposób żywy i autentyczny, a nie tylko odtwórczy… Ma być decyzją niezmiernie osobistą – to nie rutynowe powtarzanie zasłyszanych opinii – a takim może się stać powtarzane za Piotrem: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Wiara musi wypływać z żywego doświadczenia Boga, z modlitwy i wewnętrznej z Nim więzi…
Wiara apostołów czy innych świadków wiary w całym dwutysiącleciu Kościoła to niejako „wiara przodków”. Jest ona czymś niezmiernie ważnym i może być wskazówką dla mojej osobistej wiary. Nie może jednak zastąpić mojego osobistego wyznania wiary. Bóg nie ma wnuków, Bóg ma tylko dzieci!!!

3 Komentarze

wierzący i żebrak…

(Mt 15,21-28): Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: Odpraw ją, bo krzyczy za nami! Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: Panie, dopomóż mi! On jednak odparł: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołów ich panów. Wtedy Jezus jej odpowiedział: O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz! Od tej chwili jej córka została uzdrowiona.

Jeden z tych fragmentów ewangelii, który potrafi wzbudzić nie tylko wątpliwości ale i ogromny sprzeciw.
Dlaczego, gdy szukając naprawdę pomocy Boga, On zdaje się „nie odzywać do nas ani słowem”? Trudno w takich momentach przyjąć tłumaczenie, że „milcząca odpowiedź” Jezusa nie jest nigdy odrzuceniem, choć może mi się tak wydawać.
Dlaczego w tak trudnych dla człowieka chwilach, poniża go – tak jak poniżył proszącą kobietę? Nie przyjmuję tłumaczenia niektórych o kananejskim kulcie zwierząt i nawiązaniu do niego przez Jezusa – co miałoby oznaczać, że żadnego poniżenia kobiety w porównaniu do psów nie było…
Jak łatwo w takich chwilach zwątpić w Boga i Jego miłość. Jakże łatwo się wtedy zniechęcić do czegokolwiek i załamać…

Jedyne co pozwala mi zrozumieć ten fragment ewangelii, to zwrócenie uwagi na to, że Jezus pragnie się spotykać z człowiekiem naprawdę wierzącym a nie „żebrakiem”…
Żebrak potrafi prosić o pomoc dość wytrwale i bardzo natrętnie. Jeśli jednak tej pomocy nie uzyska, równie długo, wytrwale i soczyście potrafi przeklinać niedoszłego dobroczyńcę. I wcale nie przeszkadza mu to, że przed chwilą błogosławili go i wychwalał.
Taka postawa irytuje każdego z nas, ale też w każdym z nas jest niestety coś z „żebraka”… Jeśli nie otrzymam od Boga tego, o co usilnie prosiłem, zaczynam się obrażać, buntować, negować i nawet złorzeczyć samemu Bogu…

Może On rzeczywiście sprawdza ile we mnie jest wierzącego a ile żebraka? Może On pyta dziś o moją wiarę i o stopień jej „odporności” na rozczarowania?
Może zamiast słuchać mojej prośby (choć pewnie dobrze ją słyszy – prośbę kobiety kananejskiej przecież słyszał i ostatecznie jej córkę uzdrowił) chce uleczyć najpierw mnie samego?
Uleczyć z czego? Z postawy „żebraka”. Jemu chodzi o to, bym w relacji z Nim, podczas modlitwy na przykład, przejawiał prawdziwą wiarę a nie przyjmował postawę „żebraka”…

Jak uleczyć z postawy „żebraka”? Drogą uleczenia wiary jest droga prób wiary. Te właśnie próby wiary można dostrzec w dzisiejszej ewangelii:
Po pierwsze próba milczenia Boga. Wydaje się, że milczy szczególnie wtedy, gdy najbardziej Jego odpowiedzi oczekujemy, nie odpowiada na modlitwę. Rada: trwać w pokornej prośbie jak kobieta z dzisiejszej ewangelii. Buntowanie się, element postawy żebraka – nie jest rozwiązaniem.
Po drugie próba instytucji Kościoła. W ewangelii słyszymy o powołaniu się na wyłączne posłannictwo do narodu izraelskiego. Może zaboleć, gdy Kościół wydaje się być nieludzki, gdy postępuje jak bezduszny urząd, w którym odprawiają mnie z kwitkiem, bo z moją przynależnością do niego jest coś nie tak… Bardzo łatwo dać sobie wtedy spokój z „takim Kościołem”. Rada? – jak przy próbie pierwszej…
Po trzecie wreszcie brak współczucia Boga wobec człowieka. Wyższość jakichś niezrozumiałych zasad ponad dobro pogrążonego w bólu człowieka. Przecież dzisiejsze zasady wiary, głównie w dziedzinie moralności są bezduszne i pozbawione miłosierdzia oraz współczucia dla skomplikowanych losów człowieka. Trudno w nich dostrzec autentyczne miłosierdzie… Ja na miejscu Jezusa w takich sytuacjach zachowywałbym się bardziej współczująco… Pojawia się pokusa poprawiania ewangelii… I tę próbę trzeba przejść w zaufaniu do Boga i jego miłości…

I jeszcze jedna „próba” o której nie ma mowy w dzisiejszej ewangelii. Dziś wspominamy św. Jacka. To św. Jacek właśnie wstępując do Zakonu Kaznodziejskiego uczy postawy prawdziwej modlitwy – modlitwy w postawie prawdziwej wiary a nie w postawie żebraka…
Gdy biskup krakowski Iwo Odrowąż przybył do Rzymu zobaczył nowopowstały Zakon Kaznodziejski. Poprosił św. Dominika o dominikanów by mogli ewangelizować ziemie polskie. Dominik miał mu wtedy odpowiedzieć: „najpierw ty mi daj swoich ludzi potem ja dam ci dominikanów”. Jacek będący w orszaku biskupa przyjmuje habit dominikański od św. Dominika i wraca do Polski jako dominikanin…
Piękna nauka modlitwy, gdy na modlitwie o coś proszę, Jacek zawsze szepcze mi do ucha: „dałeś już wszystko od siebie?”…
Tu na pewno nie widać postawy żebraka!!!

Dodaj komentarz

równe ćwierć wieku temu…

tak było 16 sierpnia 1989 r… od 25 lat noszę habit 😉

Dodaj komentarz

nie przestraszyć się życia…

(1 Krl 19,9a.11-13): Gdy Eliasz przybył do Bożej góry Horeb, wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. (…) A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty.
(Mt 14,22-33): Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się! Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: Prawdziwie jesteś Synem Bożym.

Eliasz spotykający się z Bogiem przy grocie góry Horeb, to niesamowicie trafny komentarz do dzisiejszej ewangelii. Bez tego komentarza trudno byłoby zrozumieć to, co wydarzyło się z Piotrem idącym po wodzie.
Eliasz wchodzący do groty symbolizuje potrzebę wejścia w samego siebie, by przeżyć wewnętrzną przemianę. Spotykając się z sobą samym w grocie własnego serca mogę doświadczyć „wichury rozwalającej góry i druzgocącej skały”, które zbudowała zwykła ludzka pycha; doświadczyć trzęsienia ziemi, czyli braku oparcia w tym co stworzone; i doświadczyć wreszcie mocy oczyszczającego ognia. Tylko tak przygotowany człowiek jest w stanie usłyszeć „szmer łagodnego powiewu” zbliżającego się Boga. On już nie ukrywa się za żywiołami wiatru, trzęsienia ziemi czy ognia. To były jedynie forpoczty, zapowiedzi Jego obecności, a nie sama Obecność.
O takie doświadczenie wewnętrznej przemiany obrazu Boga chodziło Jezusowi, gdy zaprosił Piotra, by przyszedł do Niego po wodzie…

Niestety „szmer łagodnego wiatru” jest na tyle subtelny i delikatny, że mogą go „przysłonić” żywioły tego świata. Nasze życie niejednokrotnie wygląda jak dzisiejsza ewangeliczna łódź oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny.
Sam Jezus wydaje się ociągać z pomocą, przychodzi dopiero o czwartej straży nocnej [między trzecią a szóstą nad ranem], gdy człowiek jest już wykończony ciągłą walką i zmaganiem. Gdy pomimo obeznania z żywiołem zaczyna się go bać… Wszystkie kryzysy, długo trwające momenty ciemności, poczucie osamotnienia sprawiają, że przychodzącego dopiero nad ranem Pana nie jesteśmy w stanie rozpoznać. Bierzemy Go za zjawę…
Trudno wtedy pośrodku nawałnicy usłyszeć: Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!
Nawet gdy ten głos usłyszymy, to pełni wątpliwości zaczynamy szukać dowodu, że to właśnie On. Jak w pokerowej zagrywce sprawdzamy: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!
Jemu to nie ubliża, On, mimo że wydaje się, że przychodzi za późno, ciągle jest obecny i w każdej chwili może powiedzieć: Przyjdź! Sprawdź moją obecność przy tobie…

Ciekawym jest również to, dlaczego Piotr, który na zaproszenie Pana idzie po wodzie, nagle zaczyna tonąć… Silny wiatr tego nie tłumaczy – przecież wiał cały czas… Może po prostu, zamiast patrzeć na Jezusa, popatrzył na siebie…
Albo dokonał pokerowego „sprawdzam”, sprawdził, i dalej kontynuował po swojemu… Albo, zamiast patrzeć na Jego moc, zaczął przyglądać się swojej sile – bardziej swojej niemocy i lękom…
Znów doświadczenie naszego życia – parę kroków po wodzie by za chwilę zacząć znowu tonąć… Są takie momenty w życiu, że obiecujemy sobie, że już nie popełnimy tych samych głupstw, że „już nigdy więcej”, a po paru dniach znów zalewa nas woda tych samych grzechów… Zaczynamy wtedy krzyczeć: Panie, ratuj mnie!
A On ratując mówi: Czemu zwątpiłeś, małej wiary? I nie jest to pretensja! To raczej zaproszenie i wezwanie. Bez mocnej więzi z Nim ani moje życie, ani moja wiara, się nie ostoją…

Na zakończenie warto jeszcze wrócić do początku dzisiejszego fragmentu ewangelii. Gdy odprawił tłumy wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Parę godzin później chodzi po wzburzonych falach jeziora… Morze czy jezioro jest zawsze symbolem sił wrogich człowiekowi (a więc i Bogu). Może warto więc powiązać samotną modlitwę Pana z Jego stąpaniem po „terenie” przeciwnika. Modlitwa daje moc do czynienia rzeczy niemożliwych, uzdalnia do stawienia czoła atakom żywiołów. Ona objawia się w „kroczeniu po wodzie” – tylko patrzenie na Jezusa pozwala nie przestraszyć się życia…

Dodaj komentarz

O spem miram…

Br. Ventura, przeor klasztoru w Bolonii, gdzie Dominik zakończył swój ziemski żywot, w swojej relacji zaznaczył, że proszącym go o wstawiennictwo braciom Dominik odpowiedział: Bardziej wam będę użyteczny i skuteczniej wam pomogę po śmierci niż w ciągu życia.
Św. Jordan dodał do tych słów komentarz teologiczny i duchowy: „Przed swoją śmiercią mistrz Dominik powiedział także braciom, że będzie im bardziej pomocny umarły niż żywy. Znał z pewnością Tego, któremu powierzył depozyt swego trudu i płodnego życia (por. 2 Tm 1, 12) i nie wątpił, że odłożono dla niego wieniec sprawiedliwości (por. 2 Tm 4, 8): kiedy go otrzyma, czyż nie będzie o wiele silniejszy, by móc przedstawiać swe prośby, skoro już na pewno znajdzie się w mocy Boga?” (Libellus 93).

Obietnicę założyciela włączyli dominikanie do swej liturgii już ok. 20 lat po śmierci Dominika w responsorium: O spem miram…

O spem miram quam dedisti mortis hora te flentibus,
dum post mortem promisisti te profuturum fratribus:
Imple Pater quod dixisti, nos tuis iuvans precibus.
Qui tot signis claruisti in aegrorum corporibus,
nobis opem ferens Christi, aegris medere moribus.
Imple Pater…
Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto.

V. Ora pro nobis, beate Pater Dominice
R. Ut digni efficiamur promissionibus Christi.

Oremus:
Deus, qui Ecclesiam tuam beati Dominici, Confessoris tui, Patris nostri, illuminare dignatus es meritis et doctrinis: concede ut ejus intercessione temporalibus non destituatur auxiliis et spiritualibus semper proficiat incrementis: Per Christum Dominum nostrum
R. Amen.

zobacz również: uroczystość św. Dominika

Dodaj komentarz

nie potrafi zostawić człowieka samemu sobie…

(Mt 14,13-21): Gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności! Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

Sam czasami ulegam pokusie, by interpretować tę ewangelię w perspektywie następnego wspaniałego cudu, poprzez który Bóg chce nam oznajmić, że Jego intencją nie był ani głód ani cierpienie. On głodu i cierpienia nie stworzył i nie chce, by dotykały one człowieka. Przychodzi więc, dokonuje cudów, by zaradzić, by naprawić to, co zostało „popsute”…
Oczywiście, jak kubeł zimnej wody, przychodzi wtedy wspomnienie kuszenia Jezusa na pustyni i odrzucenia przez Niego pokusy przemienienia kamieni w chleb, by nakarmić tłumy…
Może trzeba więc spojrzeć na ten fragment jako na kontynuację przypowieści sprzed dwóch tygodni, w której Chrystus porównywał Królestwo niebieskie do ziarna… Zmienia się wtedy perspektywa. Chleb nie pojawia się z niczego, nawet Chrystus nie chce przemieniać kamieni w chleb. Chlebem ma się stawać ziarno łaski Bożej, które jest najpierw posiane, potem pielęgnowane, a na końcu zżęte, zmielone i upieczone. Wystarczającym cudem jest wzrost samego ziarna – o resztę musimy zadbać sami…

Może właśnie dlatego w dzisiejszej ewangelii Jezus usuwa się jakby w cień, i to aż dwukrotnie. Najpierw gdy Jezus usłyszał o śmierci Jana Chrzciciela, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne. Albo po prostu bał się, że Jemu również grozi niebezpieczeństwo, albo, co jest bardziej prawdopodobne, spodziewał się, że wyznawcy Jana zaczną szukać „nowego mistrza” i bez zastanowienia przyłączą się do Jezusa, bo On jest również „wielkim prorokiem”. Potem zaraz gdy uczniowie dostrzegli problem braku żywności i przychodzą do Jezusa z gotową radą: Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności! – On usuwając się jakby w cień mówi: wy dajcie im jeść!
I gdyby na tym kończyła się ta ewangelia, wszystko byłoby jasne. Chrystus chce nas nauczyć samodzielności. Chce nauczyć pielęgnowania daru łaski, niezmarnowania go i wzięcia za niego odpowiedzialności… Dzięki współpracy z posiadanymi darami wszystkiemu podołamy, a On będzie mógł spokojnie usunąć się w cień…

Tymczasem człowiek się gubi i do końca tej nauki nie pojmuje. Stąd litość Boga, której ulega, bo Mu na nas zależy… Nie udało się usunąć w cień raz: Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. Potem znowu się nie udało i rzekł: Przynieście Mi je (chleby) tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Nie potrafi zostawić człowieka samemu sobie, gdy widzi, że sobie nie poradzi… Dlaczego? Bo jest szczęśliwy tylko szczęściem człowieka…
Co więcej, jak już pomoże, to zawsze „przegina”, łaski zawsze jest w nadmiarze… Tak było w Kanie Galilejskiej, tak jest teraz z rozmnożeniem chlebów: Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tak jest z każdą interwencją Boga. Jak już zainterweniuje, to zawsze w nadmiarze…
Oby tylko tego nadmiaru nie zmarnować. Jak? Po pierwsze: dostrzec; po drugie: podziękować; po trzecie: współpracować z łaską, by nic się nie zmarnowało…

Na zakończenie chciałbym wrócić jeszcze do tego, co pisałem dwa lata temu. Cud rozmnożenia chlebów nazwałem jedną z piękniejszych definicji modlitwy.

„Jakże często prosimy Boga: uczyń to, zrób tamto, Panie Boże przecież bez tego nie da się żyć… Chcielibyśmy, by Chrystus wkroczył w nasze życie i dokonał cudu – bo bez tego cudu nie przeżyjemy.
On w dzisiejszej ewangelii zdaje się jednak pytać: a co ty dałeś od siebie, by stało się to, o co prosisz?
Nie chce tworzyć czegoś z niczego, chce błogosławić i pomnażać to, co mu ofiaruję.
Jeśli o coś prosisz, On zawsze zapyta: co ty zrobiłeś w tym kierunku? dałeś z siebie wszystko? oddałeś te symboliczne „pięć chlebów i dwie ryby”?. Niezręcznością, żeby nie powiedzieć niegodziwością, byłoby prosić o pomoc nie dając nic z siebie – nie dając z siebie wszystkiego…”

Dodaj komentarz