Archiwum dla Lipiec 2014

jesteś radosny?

(Mt 13,44-52): Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją. (…)
Pamiętam, jak ktoś kiedyś tłumaczył mi, że dzisiejsza ewangelia mówi o ukrywaniu drogocennego skarbu przed zazdrosnymi: Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie… Że mówi o szacunku jaki należy się drogocennemu skarbowi, o tym, że nie należy się nim chwalić przed innymi, bo straci na wartości. Aż przypomina mi się anegdota o kobietach rozmawiających o swoich mężach: Jedna mówi do drugiej: „Taki mężczyzna to prawdziwy skarb!”. Na to odpowiada druga: „Tak, nic tylko zakopać!”…

Nie o to chyba jednak chodzi w dzisiejszej ewangelii. Dla mnie jest ona wspaniałym dopowiedzeniem do przypowieści o chwaście z ubiegłej niedzieli. Przypomina, że naszym powołaniem jest szukanie tego, co dobre i piękne a nie usuwanie chwastu…
Królestwo niebieskie podobne jest do znalezienia skarbu (sic!), a nie odkrycia grzechu, winy czy słabości, nawet w celu wyplenienia…

Tu oczywiście jeszcze jedna uwaga. Znalezienie skarbu, czy drogocennej perły, kojarzy się z nadzwyczajnym przypadkiem czy szczęśliwym trafem – jak „szóstka” w Lotto. Trzeba mieć nie byle jakie szczęście, by trafić na coś, co odmieni całkowicie moje życie…
Tymczasem nie o ślepy traf chodzi. Chodzi tak naprawdę o to, co potem. Niezależnie od tego, czy to będzie skarb znaleziony przypadkowo (opowieść pierwsza), czy to będzie skarb szukany celowo (opowieść druga, o perle), jego odkrycie domaga się ważnej decyzji – decyzji postawienia wszystkiego na jedną kartę.
Co ciekawe, dzisiejsza ewangelia zauważa, że nie jest sztuką natrafić na ukryty skarb – sztuką jest zaryzykować: sprzedać wszystko, by kupić rolę lub drogocenną perłę…
Dopiero ta decyzja kosztuje, ale to od niej wszystko zależy. Mówi się, że dary Boże są w swej istocie darmowe, że są konsekwencją łaski i miłości Bożej. To prawda… Kosztuje jednak decyzja postawienia wszystkiego na jedną kartę, decyzja totalnego zawierzenia Bogu.
Towarzystwa ubezpieczeniowe przyzwyczaiły nas do asekuranctwa. W wierze, w zdobywaniu Królestwa niebieskiego, asekuracja nie może mieć miejsca… Bez zaryzykowania oddania wszystkiego nie starczy na kupno roli czy perły… Taka jest cena wiary!
Jezus za zdobycie Królestwa niebieskiego nie żąda mało, żąda wszystkiego. Prawdą jest jednak również to, że nie obiecuje mało, obiecuje wszystko: życie wieczne w łączności z Bogiem…

Królestwa niebieskiego nie da się osiągnąć bez pójścia na całość, podejmując działania „po trosze”… trochę dla Pana Boga i trochę, tak na wszelki wypadek, dla siebie. Nie da się go osiągnąć również ciułaniem dobrych uczynków, różańców i mszy – one są ważne, o tyle o ile są konsekwencją decyzji oddania się Chrystusowi… Uczynki, choćby nawet dobre i piękne, bez wiary, bez decyzji powierzenia siebie Bogu nie wystarczą by „kupić Królestwo niebieskie”…
Warto skorzystać z daru mądrości, o którym było w I czytaniu (1 Krl), by przeliczyć co się naprawdę opłaca. Bohater ewangelii skoncentrował się na jednej, bezcennej wartości, pospiesznie sprzedał wszystko co miał, aby ją nabyć. Zainwestował, postawił wszystko na jedna kartę…
Wierzyć, to postawić na Boga, zainwestować w Niego swoje życie, czas, reputację, siły, zdolności…
Niektórzy od razu zauważą, że to jakieś szaleństwo, że to uleganie zauroczeniu, zbytnia i nierozważna brawura.
Może trochę i tak to wygląda. Warto jednak dostrzec w takim zachowaniu również zdrowy rozsądek i przeliczenie strat i zysków… Tu nie podejmuje się tak naprawdę żadnego ryzyka… Odkryłem skarb, którego tak naprawdę nigdy bym sam „nie wypracował” i chcę, by był moją własnością. Robię więc wszystko, by tak się właśnie stało… Wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa [Flp 3,8].
Królestwo niebieskie nie jest dla ludzi skąpych. Królestwo niebieskie jest dla tych, którzy potrafią zainwestować wszystko, nawet własne życie, by zdobyć to, co najcenniejsze.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na radość: Z radości poszedł, sprzedał wszystko… Odkrycie niesamowitego skarbu, jakim jest wiara, czy przynależność do Chrystusa, musi być źródłem radości. I to radości tak wielkiej, że z jej powodu człowiek jest gotów zrobić dla Chrystusa wszystko…
I tu od razu nasuwa się spostrzeżenie, że w kościołach bardzo często siedzą smutni wierni. Skąd ten brak radości i spontaniczności. Może warto robiąc rachunek sumienia zadać sobie pytanie: czy jestem radosny?
Może grzechem właśnie jest przeżywanie wiary jako „obowiązku do wykonania” i nie dostrzeganie w niej cudownego daru, skarbu? Może nigdy świadomie nie przeżyłem momentu odkrycia Jezusa jako bezcennego skarbu? Co zrobić, by w moim codziennym życiu było więcej głębokiej, prawdziwej i spontanicznej radości (nie chodzi oczywiście o pustą wesołkowatość)?
Królestwo niebieskie, a więc Ewangelia, chrześcijaństwo, łaska, przyjaźń z Bogiem, to skarb ukryty. Ukryty jednak w tym świecie. Jest blisko każdego z nas, ale często pozostaje nadal nieodkryty…
Nawet gdy zostaje odkryty, nie jest doceniony tak, jak na to zasługuje. Inne „ziemskie skarby” bywają dla nas cenniejsze. On zostaje zaniedbany…

Na zakończenie jeszcze inna perspektywa przypowieści. Mamy tę świadomość, że wszystkie przypowieści Jezusowe odkrywają przed nami jakąś prawdę o Jego Ojcu. Może warto i w ten sposób spojrzeć na te przypowieści…
Może warto w roli „tego, który szuka skarbu” zobaczyć Ojca, a w roli skarbu umieścić nas samych… Bóg, odnalazłszy ów skarb, porzuca wszystko, co ma, aby nas zdobyć. Tym właśnie jest Jego uniżenie, wcielenie i oddanie życia za nas… Nie ma nic bardziej wartościowego w oczach Bożych, niż każdy z nas. On jest gotów (i uczynił to) z wszystkiego zrezygnować, by taki skarb – nas – zdobyć…
Jeśli On widzi w nas swój największy skarb, to może warto również spojrzeć tak na siebie. Nawet gdyby była w tym odrobina pychy, to będzie to pycha dobra i święta…
Jego oczyma warto spojrzeć również na innych, każdego bez wyjątku, od poczętego dziecka do niedołężnego starca – oni są skarbem, dla którego Bóg sprzedał wszystko, co miał…

Czy odkrywanie takiego skarbu nie powinno budzić w nas radości!!!

Dodaj komentarz

dziura bez mostu…

(Mt 13,24-43): Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. (…) Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast nie wyrwali razem z nim i pszenicy. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. Inną przypowieść im powiedział: Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach. Powiedział im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło. (…) Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście! On odpowiedział: Tym, który sieje dobre nasienie, jest Syn Człowieczy. Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Wtedy sprawiedliwi jaśnieć będą jak słońce w królestwie Ojca swego. Kto ma uszy, niechaj słucha!

Wie, że gdy mówi wprost, to rzadko Go słuchamy. Chce wyjaśnić tajemnicę Królestwa niebieskiego i opowiada trzy przypowieści: o podrzuceniu chwastu, o ziarnku gorczycy i o zaczynie. Tym, którzy mają odwagę i dopytują, wyjaśnia sens przypowieści o podrzuceniu chwastu: Kto ma uszy, niechaj słucha!
Przypowieści o ziarnku gorczycy i o zaczynie są jasne, nie wymagają komentarza, a nawet pobudzają naszą nadzieję. Królestwo niebieskie, czyli panowanie Boga nad światem „tu i teraz”, nawet jeśli jeszcze nie do końca jawne i widoczne, to prędzej czy później osiągnie swoją potęgę.
Przypowieść o podrzuceniu chwastu domaga się jednak komentarza – i Jezus ją komentuje. Niestety ciągle nie potrafimy wyciągać właściwych wniosków z tej przypowieści.

Po pierwsze, trudno jest nam pogodzić koncepcję Królestwa niebieskiego, jako realnego panowania Boga w tym świecie z tajemnicą istniejącego w świecie zła. Szukamy uproszczonych rozwiązań i często przychylamy się wewnętrznie do dualistycznej koncepcji świata, do ścierania się dwóch równoważnych mocy, do walki dwóch bogów: boga dobra i boga zła.
Jakże często wytłumaczeniem grzechu i ulegania słabościom jest stwierdzenie: „to szatan mnie zwiódł, to on jest temu winien”. Najprościej przedstawić siebie jako ziarno pomiędzy żarnami dwóch ścierających się sił i odrzucić własną odpowiedzialność za grzech.
Nie to jednak miał Jezus na myśli gdy opowiadał o siewcy dobrego ziarna i nieprzyjacielu, który pod osłoną nocy zasiał chwast. Chciał raczej zwrócić uwagę na perfidię działania złego polegającą na podszywaniu się pod dobro. W przypowieści jest mowa o konkretnym chwaście, o tzw. życicy, którą do czasu pojawienia się kłosów trudno odróżnić od pszenicy, poza tym, rośliny mają często splątane korzenie.
Chwast, którego być nie powinno, pojawia się ukradkiem i niepostrzeżenie, przyzwyczaja do swojej obecności, miesza się z dobrem… – oto realizm życia, na który zwraca uwagę Jezus…

Po drugie, w całym przedstawionym przez Jezusa realizmie „zachwaszczonego świata” nie da się znaleźć (choć niepoprawni idealiści próbują) wspólnoty doskonałych – gdyby się nawet pojawiła, to będzie skazana na to, że prędzej czy później zło zasieje w niej swoje ziarno chwastu. Nie da się też, tak po prostu, wykorzenić zła, bo można przy okazji zniszczyć to, co dobre i piękne – poza tym, koncentrowanie się na tym co złe może skutkować „zarażeniem się złem” i zniszczyć w człowieku to, co do tej pory było dobre. Nie ma też możliwości – choć niektórzy próbują – podziału życia społecznego na pola pszenicy i pola chwastu. Nie da się podzielić świata na część dobrą i twórczą oraz część złą, zdemoralizowaną i upadłą. Taki podział nie ma nic wspólnego z Bożym spojrzeniem na świat, spojrzeniem, które wszędzie szuka ziarenek dobra, nawet na polu zła…

Po trzecie więc, współistnienie z chwastem należy tolerować. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa… Realizm spojrzenia chrystusowego, to zgoda na wzrost zła w bliskim sąsiedztwie, ale równocześnie dbanie o dojrzewanie dobrego kłosa… To walka o to, by chwasty nie zaczęły rosnąć w nas… To przyjęcie prawdy, że przemiana świata nie polega na odchwaszczaniu, ale na wysiłku włożonym w dojrzewanie pszenicy dobra.
Zło jak najbardziej należy dostrzegać, ale nie może być ono przedmiotem naszego zainteresowania. Chrześcijaństwo nie polega na walce ze złem, ale na budowaniu tego, co dobre i piękne…

Po czwarte, perfidia działania złego polega również na tym, że zło jest bardziej krzykliwe, często wydaje się nam bardziej realne iż dobro, którego po prostu nie zauważamy. Stąd praca polegająca na wyrywaniu chwastu wydaje się człowiekowi bardziej konkretna niż budowanie dobra. Chwast skupia na sobie uwagę, wciąga w nieustanną walkę, chce by poświęcać mu cały czas… Bywa, że i w konfesjonale skupiamy się tylko na grzechach, które nas zwyciężają, a nie myślimy o łasce jakiej doświadczamy – przestajemy dostrzegać działanie Boga w nas… W ten sposób grzech staje się jeszcze mocniejszy…
Św. Tomasz z Akwinu mówił, że „zło jest brakiem dobra”. Wcześniej św. Augustyn zauważył, że „nie może istnieć dziura bez mostu”. Bardziej pierwotne i realne jest dobro – zło to jedynie „osłabienie dobra”, czy po prostu „nieczynienie (brak) dobra”. Parafrazując Augustyna można powiedzieć, że dziura bez mostu jest niegroźna pustką…
Walka z chwastem, walka ze złem, to walka o dobro, to naprawianie dobra – i nie może być inaczej. Walka chrześcijan ze złem polega na naprawianiu a nie na niszczeniu – na pielęgnowaniu dobra a nie niszczeniu tego, co zasadniczo i tak nie ma samoistnego istnienia…
Najlepszym więc sposobem walki ze złem jest umacnianie dobra, które się pod nim kryje…

Po piąte więc, prawda o człowieku nie zamyka się w upadkach i grzechu, ale w tym, co w jego życiu dobre i piękne. Żniwo nie będzie więc czasem potępienia – żniwo będzie czasem ocalenia…

1 komentarz

sekret chrześcijańskiego optymizmu…

(Mt 13,1-23): (…) I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! (…) Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy! Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na miejsce skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.

Sam wyjaśnił to, co chciał powiedzieć, sam powiedział homilię… Zasadniczo nie ma już co dopowiadać, trudno z Nim konkurować…
Na parę rzeczy warto jednak zwrócić uwagę…

Po pierwsze, mówił im wiele w przypowieściach… Jest dobrym pedagogiem. Wie, że nikt z nas nie lubi słuchać prostych rad, nawet gdy są one prawdziwe i skuteczne… Sami przecież wszystko dobrze wiemy. Być może jest to przejaw zwykłej ludzkiej pychy, a być może po prostu przejaw postawy twórczej człowieka – sami chcielibyśmy do czegoś dojść, sami chcielibyśmy sobie wiele zawdzięczać, dlatego też nie lubimy prostych rozwiązań proponowanych przez innych…
To dlatego pewnie wolimy bardziej słuchać przypowieści, anegdot, czy bajek z ukrytym morałem… I on potrafi uwzględnić tę naszą przekorną naturę, potrafi się do niej odwołać: Kto ma uszy, niechaj słucha! Masz swój rozum? to spróbuj go użyć…

Po drugie, zwraca uwagę, że słowo Boga jest ziarnem, a nie gotowym produktem… W swojej niechęci do prostych rad, z którymi przychodzą inni, człowiek paradoksalnie oczekuje od Boga prostych i konkretnych odpowiedzi dotyczących miłości, nadziei czy sensu życia… Tymczasem słowo Boga jest raczej obietnicą i szansą, jest ziarnem, które potrzebuje dobrej gleby… Słowo Boga jest ziarnem potrzebującym człowieka, który je usłyszy, który się nim przejmie, który przyzna mu rację i pozwoli, by zapuściło korzenie w jego codzienności…
Może warto zrobić sobie rachunek sumienia i zadać sobie pytanie jak często otwieram Pismo Święte i pozwalam paść ziarnu Słowa w glebę mego życia… Wszyscy przecież wiemy, że nie wystarczy mniej lub bardziej bierne słuchanie Słowa w kościele…

Po trzecie, warto zwrócić uwagę, że ziarno Słowa wysiewane jest wszędzie równomiernie. Nie odmawia go ani ludziom powierzchownym i roztargnionym, ani nawet zatwardziałym grzesznikom. Sieje na drogę wydeptaną, pomiędzy chwasty, ciernie i kamienie. To samo ziarno w jednej ziemi wydaje obfity plon, a w innej się marnuje. Oto tajemnica ludzkiej wolności wobec darów Boga, które można przyjąć lub odrzucić. Tak naprawdę tylko od nas zależy jaki plon wyda zasiane ziarno Słowa. Jan Chryzostom mówił, że jeśli przemiana człowieka na skutek działania słowa Bożego nie dokonuje się we wszystkich, to „wina nie będzie siewcy, lecz tych, którzy nie chcieli zmienić życia”…
Tajemnica wolności człowieka bardzo mocno związana jest z tajemnicą nieskuteczności… Nie nieskuteczności samego Słowa, ale jego działania w nas… Człowiek ma niesamowitą moc uczynienia słowa Bożego nieskutecznym w działaniu…

Po czwarte, to wszystko, co sprawia, że słowo Boże pozostaje bezowocne…
Niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je… Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu… Lekceważenie istniejącego w świecie realnego zła, sprowadzanie go do filozoficznych dywagacji i niedostrzeganie jego realizmu… Układanie się z nim lub nawet kolaborowanie – to droga, na której ziarno Słowa nie ma szans na przetrwanie.
Inne padły na miejsca skaliste,… wnet powschodziły,… Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia…. oznacza tego, kto słucha słowa … ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Brak wytrwałości w długim procesie dorastania do wielkich wartości. Bez porządnego korzenia zapuszczonego w twardą rzeczywistość ewangelicznej gleby wszystko co dobre i piękne może zostać spalone i zniszczone przez „promienie ziemskiego słońca”…
Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je…. troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Brak krytycyzmu i dystansu wobec słowa tego świata, które iluzoryczną reklamą usiłuje przekonać człowieka, że szczęście można znaleźć tu i teraz. Siła Bożych argumentów zostaje zagłuszona.

I po piąte jeszcze, nadzieja… Nadzieja nie tylko dlatego, że istnieje możliwość odkrycia wartości Słowa i zaoferowania mu żyznej gleby pod warunkiem czujności wobec zła, wytrwałości w rozwoju i krytycyzmu wobec argumentacji tego świata. Ale nadzieja wynikająca z faktu, że nawet jeśli ptaki zniszczą jedno ziarno, słońce spali drugie, ciernie zagłuszą trzecie, to zostanie jeszcze czwarte, które jest w stanie wydać plon nawet stokrotny.
Oto sekret chrześcijańskiego optymizmu: Bóg jest w stanie zgodzić się na klęskę i zniszczenie bardzo wielu ziaren swego bezcennego Słowa, gdyż ma świadomość, że jedno „dobrze trafione” jest w stanie dać stokrotny plon… Zbyt duża przewaga, by zło mogło zwyciężyć!…

1 komentarz

mądrość prostaczka…

(Mt 11,25-30): W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Modlitwa Jezusa to wzór dla mojej modlitwy…
I wszystko byłoby dobrze, gdybym poprzestał na pierwszym wezwaniu pierwszego zdania modlitwy… Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi… Przecież to niejako definicja modlitwy, jej jądro, oś, wokół której wszystko powinno się obracać… Uwielbienie, to nie tylko treść ale przede wszystkim postawa modlitewna…
Istotą modlitwy jest odkrywanie tego wszystkiego, za co można wielbić Boga. To wtedy opadają łuski z naszych oczu i zaczynamy dostrzegać, że On ciągle trwa przy nas, że Mu na nas zależy. Pojawia się świadomość, że ciągle jesteśmy obdarzani łaskami, tak codziennie, tak zwyczajnie – z miłości…
Może trzeba po prostu zacząć dostrzegać Jego obecność (to jest niejako definicja modlitwy) – może należałoby zacząć powoli przemieniać w modlitwę wszystkie chwile codziennej radości, zachwytów, zadziwień, natchnień… Jakże często wtedy, gdy nam coś nie wychodzi lub coś się nie podoba, pojawiają się w naszych ustach różne niecenzuralne przerywniki… Gdy nam jednak coś wychodzi lub coś się podoba – zaczyna brakować strzelistych aktów uwielbienia… A może warto wpleść je w codzienność?…
A może mały rachunek sumienia: kiedy ostatnio wyrwało mi się spontaniczne uwielbienie Boga? Czym mnie Bóg zaskoczył, czym nie zadziwił, czym poruszył?…

Ale to nie wszystko… Problem zaczyna się przy drugiej części pierwszego zdania Chrystusowej modlitwy, która określa powód uwielbienia…
Że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom… Tak po prostu, po ludzku, mam realny problem z „powodem” wielbienia… Jako członek „zakonu niejako mądrościowego”, jako ten, któremu powinna przyświecać dewiza poszukiwania prawdy (Veritas) poprzez ciągłe jej zgłębianie (semper studere), jako ten, który ma się odróżniać od „konkurencji, jaką są prostaczki franciszkanie”, trudno mi wielbić Boga za to, „że zakrył przed mądrymi i roztropnymi a objawił prostaczkom”…
Przecież to rozum, poznawanie, szukanie i zdobywanie prawdy wyróżnia człowieka od innych stworzeń. Tę potrzebę poznania prawdy wszczepił w nas sam Stwórca – szukanie prawdy jest więc niczym innym jak wypełnianiem Jego woli… Mądrość i roztropność to nie wady, to szlachetne cnoty…

Choć z drugiej strony faktem jest, że dar mądrości można sobie „przywłaszczyć”, można zapomnieć i przeoczyć, że prawda jest darem Bożym… To wtedy właśnie „ludzka mądrość” staje się przeszkodą do poznania prawdy, prawdy, która zbliża do Boga… do swojego źródła…
To wtedy pojawia się pycha, która uniemożliwia dostrzeżenie, że autentyczne poznanie Boga dokonuje się jedynie w Chrystusie: Wszystko przekazał Mi Ojciec mój… Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić…
„Prostaczek” (gr. nepios) → dosł.: „małe dziecko”, „niemowlę”. Chodzi zapewne o realną pokorę, o zrozumienie, że prawdziwej mądrości i roztropności potrzeba postawy dziecka, zaufania do tego od kogo się dar otrzymuje… bez pokusy kombinowania po swojemu…
Że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom… może więc oznaczać: „że rozum ludzki, który jest przesiąknięty zwykłą ludzką pychą i kombinuje po swojemu, bez zaufania Bożemu objawieniu, nigdy nie znajdzie Prawdy i ciągle będzie podążał po manowcach”…

To jednak nie koniec: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo… Jakoś tak po ludzku chcielibyśmy by zabrał wszystko, co trudne i ciężkie, z czym sobie nie radzimy – wtedy byłoby za co Go wielbić… Tymczasem On nie obiecuje, że zdejmie z nas trud czy ciężar – obiecuje jedynie, że pokrzepi – co więcej zachęca, by jarzmo podejmować…
Ludzka mądrość i roztropność przejawia sie tym, że eliminujemy z życia to wszystko co dla nas trudne – staramy się to życie jakoś ułatwić, by lepiej było funkcjonować… Wtedy jednak szybko zapominamy o tym co najistotniejsze, o miłości…
Tymczasem na rzeczywistość ludzką trzeba spojrzeć oczyma Boga… oczyma Miłości…
Miłość to podejmowanie krzyża, to towarzyszenie kochanej osobie – oto jarzmo, które podjął Chrystus, oto jarzmo, które podjąć mogę i ja…
Prawdziwa mądrość i roztropność w zaufaniu Bogu, to podejmowanie wezwań jakie stoją przede mną, to podejmowanie ciężaru życia w perspektywie Bożej Miłości… Taka mądrość w podchodzeniu do rzeczywistości w perspektywie miłości daje prawdziwe ukojenie…

1 komentarz