Archiwum dla Marzec 2014

ślepi…

(J 9,1-41): Jezus przechodząc obok ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Jezus odpowiedział: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale /stało się tak/, aby się na nim objawiły sprawy Boże. (…) Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. (…) Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: Daj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem. Na to odpowiedział: Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę. (…) W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg grzeszników nie wysłuchuje, natomiast Bóg wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić. (…) Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego? On odpowiedział: A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył? Rzekł do niego Jezus: Jest Nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie. On zaś odpowiedział: Wierzę, Panie! i oddał Mu pokłon. Jezus rzekł: Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, aby ci , którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą stali się niewidomymi. (…) Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal.

Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice? Człowiek ma tendencję do upraszczania rzeczywistości, do poszukiwania łatwych i prostych odpowiedzi… Doświadczamy realnego zła, cierpienia, śmierci i… od razu szukamy winnych, przysłowiowego „kozła ofiarnego”: Kto zgrzeszył? – no bo przecież ktoś musi być winny tego, co się dzieje…
I to chyba jest pierwsze z „zaślepień”, którym ulegamy.
To prawda, że śmierć, cierpienie i wszelkie zło, którego doświadczamy jest konsekwencją grzechu ludzkiego, począwszy od grzechu pierworodnego… To prawda, że dotykają one niejednokrotnie tych, którzy na to „nie zasłużyli”… Nie chodzi jednak o to, by szukać winnych. Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Sensem naszego życia, również tych trudnych doświadczeń, którym jesteśmy poddawani, jest „objawienie się spraw Bożych”… Objawienie się miłości Bożej i Jego miłosierdzia wobec człowieka…
I tu właśnie potrzeba naszego „przejrzenia”, by nie skupiać się na doświadczeniu zła (choć jest ono często trudne do przyjęcia i destrukcyjne) ale na świadczeniu o Bożej miłości… Do tego przecież jesteśmy wezwani… „Przejrzeć” to zobaczyć wreszcie Boże działanie, Jego łaskę i pokazać ją innym…

Tak „objawiają się sprawy Boże”, że Jezus chce dotknąć swoją łaską wszystkich rodzajów naszej ślepoty: począwszy od nienawiści, poprzez chciwość, niezdrową ambicję, pożądliwość, aż po egoizm i lenistwo. Chce dotknąć naszego „niewidzenia własnego grzechu” – bywa, że nawet czasami potrafimy się przyznać do niektórych małych wad, by przekonać samych siebie, że nie ma większych… Chce dotknąć naszego „usprawiedliwienia własnego grzechu” – wiem lepiej, co jest dobre i niech sobie Kościół, Bóg i ewangelia nie wymyślają grzechów…

Tak „objawiają się sprawy Boże”, że Jezus chce dotknąć naszych serc. Chce uleczyć zaślepienie, którym jest niewrażliwość na potrzeby i dary drugiego człowieka. Chce uleczyć nas ze ślepoty egoizmu i egocentryzmu.
Jakże często w dzisiejszym „zabieganym” świecie bywamy zajęci najróżniejszymi sprawami tłumacząc, że wszystko dla dobra mojego i rodziny, a tymczasem tych najbliższych nie dostrzegamy. Nie dostrzegamy ich prawdziwych potrzeb… W zaślepieniu nie dostrzegamy samotności współmałżonka, dziecka zostawionego samemu sobie bez ciepła rodzicielskiej miłości i zainteresowania się jakimi problemami żyje, rodziców potrzebujących naszej pomocy, choćby tylko chwilowej obecności, itd., itp.
Jednocześnie pojawia się zaślepienie na dar, którym drugi człowiek może być dla mnie…

Można mając oczy, niczego nie dostrzegać. Można być człowiekiem, któremu szwankuje wzrok serca i duszy. Niestety zaślepienie to, może być tak głębokie, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jesteśmy ślepi.
Bóg jednak swoimi oczyma sięga głębiej, widzi moje wnętrze, moje serce. Jestem światłością świata – On jest światłem więc widzi w mojej ciemności… Chce mi pokazać moje zaślepienia, by mnie z nich uzdrowić.
Tu naprawdę potrzeba jego łaski. On przywraca wzrok niewidomemu od urodzenia. On niemalże stwarza go na nowo. Tylko Jego łaska jest w stanie uleczyć nas z naszej ślepoty. Tylko Jego łaska jest w stanie dać nam nowe spojrzenie i patrzenie na świat oczyma Boga…

Smutnym i zastanawiającym jest fakt, że dzisiejsza ewangelia więcej miejsca poświęca „zaślepionym” faryzeuszom niż temu, który został łaską uzdrowiony. Faryzeusze uważali się za specjalistów w sprawach Boga. Gdy jednak stanęli wobec Jego działania, którego mieli namacalne dowody – nie chcieli Go ani uznać, ani przyjąć.
To człowiek niewidomy był bardziej otwarty na działanie Boże niż zdrowi faryzeusze. Jego chore oczy ciała nie przeszkadzały patrzeć na świat oczom duszy i serca. To pozwoliło mu dojrzeć w Jezusie Bożego Pośrednika. To również napawało jego serce smutkiem z powodu ślepoty faryzeuszów: W tym wszystkim to jest dziwne, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. (…) Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic czynić.

I na zakończenie jedna z pięknych opowieści… Św. Antoni Pustelnik powiedział kiedyś do niewidomego chłopca: „Ty wprawdzie nie masz takich oczu, jakie mają również kury i gęsi. Ale za to masz takie oczy, jakie mają aniołowie – oczy, którymi można oglądać samego Boga i Jego światłość”. Tym chłopcem był późniejszy wielki teolog, który napisał (podyktował) szereg prac egzegetycznych i teologicznych, przez pięćdziesiąt lat był rektorem Szkoły Katechetycznej w Aleksandrii – przeszedł do historii jako Dydym Ślepy…

1 komentarz

pragnienie Boga i pragnienie człowieka…

(J 4,5-42): (…) Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! (…) Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. (…) Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś. (…) Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. (…) Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. (…) Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. (…)

Dzisiejsza ewangelia jest częścią drogi przygotowania katechumenów do inicjacji chrześcijańskiej, której punktem kulminacyjnym jest przyjęcie sakramentów w Noc Wigilii Paschalnej. Nie może więc dziwić wysuwający się na plan pierwszy symbol wody, która nawiązuje do sakramentu chrztu, jako źródła nowego życia. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu.
Dla nas, którzy zaczerpnęliśmy już ze źródła, ewangelia ta powinna być wezwaniem do szczególnego dziękczynienia za dar Ducha, dzięki któremu weszliśmy w rzeczywisty związek z Bogiem, w prawdziwą relację synowską i możemy oddawać Mu cześć w Duchu i prawdzie…
Woda chrztu zaspokoiła pragnienie Boga i zaspokaja pragnienie każdego człowieka…

Być może wyrażenie „zaspokoić pragnienie Boga” jest nie na miejscu – Bóg raczej „pragnąć” nie może, a choćby nawet, to nikt nie byłby w stanie takiego pragnienia zaspokoić… Ewangelia jednak nie boi się przedstawić Jezusa „pragnącego”: Daj Mi pić! To pragnienie ma swoją kulminację w okrzyku na krzyżu: „Pragnę!” (J 19,28). Nie można więc Jezusowego „pragnienia” sprowadzać jedynie do potrzeb naturalnych. On pragnie wiary i zbawienia wszystkich ludzi – również spotkanej kobiety. Pragnie tym bardziej, że Ojciec posłał Go po to, aby zaspokoić nasze ludzkie pragnienie życia wiecznego.
Szanując naszą wolność i pragnąc naszego zbawienia puka delikatnie do serca i cierpliwie czeka na obudzenie się pragnienia w nas…

U Boga pragnienie zbawienia każdego z nas jest naturalne – po prostu nas kocha. Dla człowieka może mniej. Stąd właśnie wielkopostne wychodzenie na pustynię – by pojawiło się „pragnienie”… Przebywanie na pustyni, w imię tego samego instynktu życia, „rodzi” w nas pragnienie – pragnienie zdążania do studni, do źródła…
Co ciekawe, pustynia zaciera wszelkie różnice (kulturowe, społeczne, polityczne) – tu wszyscy są równi, tu wszyscy chcą przeżyć… tu wszyscy będą się spotykać przy jednym źródle, wszyscy będą czerpać i pić tę samą wodę. Podobnie jak przy źródle wykopanym przez patriarchę Jakuba spotykali się Samarytanie i Żydzi, przyjaciele i wrogowie… Jezus i grzeszna samarytanka…

I jeszcze weryfikacja prawdziwości pragnienia. Gdy Jezus usłyszał: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła, sprawdził nie tyle intencje Samarytanki ile rodzaj i prawdziwość jej pragnienia. Prowadzi do otwarcia jej serca na prawdę. Zależy Mu na tym, by miała odwagę spojrzeć na siebie w prawdzie. Nam tej odwagi często brakuje…
Ta rozmowa odsłania tajemnicę spowiedzi. Jej sens to uznanie i wyznanie prawdy o sobie. To pokazanie swojej pustej studni – studni czekającej na napełnienie.
Samarytanka przyszła, jak czyniła to każdego dnia, po wodę – i wodę otrzymała… Ale jakże inną. Jezus dał jej siebie – jej jedynej wprost powiedział „jestem mesjaszem, który ma przyjść”…

Spróbujmy dziś utożsamiać się z Samarytanką… odczuwamy pragnienie i codziennie chodzimy do studni, by je ugasić… Może wreszcie trzeba stanąć w prawdzie swoich grzechów i słabości, i spotkać przy studni Jezusa. Spotkać Tego, który obmywa, gasi pragnienie i jest Źródłem…

1 komentarz

pierwsza góra…

(Rdz 12,1-4a): Pan rzekł do Abrama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. (…)
(Mt 17,1-9): Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. (…) Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty (…) Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! (…)

Zaprowadził ich na górę wysoką osobno… Góra w historii zbawienia jest miejscem uprzywilejowanym. To tu przecież „niebo łączy się z ziemią” lub „ziemia dotyka nieba”…
Nic więc dziwnego, że Wielki Post, przez który mamy przybliżyć się do największej tajemnicy Bożej miłości, zaprasza do wspinaczki „na górę”.
I to górę nie jedną, a trzy: Tabor, Góra Oliwna i Golgota… Doświadczenie Bożej obecności, doświadczenie braku widocznego sensu i walka ze zwątpieniem, oraz zwycięstwo nad złem poprzez przyjęcie Krzyża…
Przejście tych trzech szczytów pozwala inaczej spojrzeć na własne życie i uczy poruszania się w świecie, który może nas przerażać.

Dziś pierwszy punkt podróży: Tabor…

Po pierwsze: Tabor, to rezygnacja z poczucia bezpieczeństwa. Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Chcąc spotkać się z Bogiem należy nabrać dystansu do świata i wspiąć się na górę [lub wyjść na pustynię]. Trzeba wykazać gotowość przyjęcia Go do swojego życia, gotowość do zamieszkania z Nim – rozbicia dla Niego namiotu…
I tu zmienia się perspektywa… Nie ja rozbijam dla Niego namiot, ale to On sam rozbija swój namiot dla mnie. Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami [dosł.: rozbiło namiot między nami] (J 1, 14). Ukrywa się w tym co ludzkie i zwyczajne, czasem małe i niepozorne. Paradoksalnie: zaprasza mnie na górę bym zaczął szukać Jego namiotów w dole…

Po drugie: Tabor, to przypominanie sobie wszystkich momentów doświadczenia obecności Boga w moim życiu. Jezus wyprowadził uczniów, by umocnić ich wiarę, by doświadczyli Jego chwały i mieli to wydarzenie w pamięci, gdy przyjdą trudne chwile… Każdy z nas ma w swoim życiu takie momenty, gdy Bóg pozwolił mi zobaczyć coś więcej – dla umocnienia wiary. Warto je mocno wpisać w serce na czas próby, ciemności, opuszczenia – po to przecież są.

Po trzecie: Tabor, to ponowne usłyszenie słów, które słyszeliśmy podczas chrztu: ty jesteś mój syn umiłowany, ty jesteś moja córka umiłowana i dojrzewanie do ich treści poprzez spotkanie z Mojżeszem i Eliaszem. Poprzez wypełnianie przykazania miłości opisanego w Dekalogu Mojżesza oraz świadectwo i głoszenie miłości Ojca jak Eliasz…

Po czwarte: Tabor, to Golgota: jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.
Jego słuchajcie… to tu dokonuje się oczyszczenie mojej religijności z fałszywych obrazów Boga, to tu dokonuje się oczyszczenie moich pragnień i żądań wobec Boga…

Więcej w: na górę, by umieć żyć na dole oraz tabor i krzyż

2 Komentarze

pozwól Mu zwyciężać!

(Rdz 2,7-9;3,1-7): Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. (…) A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył. On to rzekł do niewiasty: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? (…) wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. (…) Zerwała zatem z niego owoc, skosztowała i dała swemu mężowi, który był z nią: a on zjadł. A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski.

(Mt 4,1-11): Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel (…)
Na początku Wielkiego Postu staje przed nami tajemnica kuszenia i tajemnica grzechu… Niestety bywa, że właśnie na tych tajemnicach się skupiamy. Zapominamy, że obie te tajemnice podprowadzają nas pod tajemnicę zwycięstwa: jestem w stanie nie ulec pokusie i jestem w stanie nie popełnić grzechu. Gdy dziś słyszymy o porażce pierwszych rodziców i kuszeniu Jezusa na pustyni, to nie po to, by skupić się na kuszeniu przez diabła i grzechu, ale po to, by żyć w nadziei i uwierzyć w moc zwycięstwa…

Grzech pierwszych rodziców polegał na tym, że ulegli pokusie i chcieli stać się równymi Bogu osądzając co jest dobre a co złe. Człowiek nie potrafił określić swojego miejsca w świecie (swojej tożsamości) i zaburzył cały porządek: otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy – pojawiło się nieuporządkowanie i pożądliwość.

Stąd właśnie potrzeba wyjścia na pustynię i odkrywania swojej tożsamości – określenia swojego miejsca w świecie… By czasem „nie przestrzelić” i nie postawić siebie w miejsce Boga. Pierwszy krok do zwycięstwa, to uznanie, że jestem zależny od Boga i sam nic nie zdziałam…

Konsekwencją kroku pierwszego musi być krok drugi: podjęcie walki z pokusami. Nie ucieczka, bo życia nie można sprowadzać do ciągłego uciekania – zwycięstwo można odnieść tylko w walce.
Jasne, że trzeba teraz poznać przeciwnika i jego sposoby walki. I dzisiejsza ewangelia pięknie obnaża jego przebiegłość i próbę kuszenia nawet do tzw. dobrego. Poddając się tym zasadom walki staniemy po stronie Kusiciela i posiadając fałszywy obraz Boga, sami zaczniemy Go „kusić” stawiając Mu fałszywe oczekiwania. Zaczniemy się z Bogiem targować i podejmiemy próbę manipulowania Nim…

Ale – i to chyba jest rzeczą najistotniejszą – musimy poznać również „swoją” siłę i „moc”, która stoi po mojej stronie… Czytając dzisiejszą ewangelię zwracamy uwagę na walkę Jezusa z szatanem – tymczasem Bóg z szatanem nie walczy, szatan nie jest „godnym” walki przeciwnikiem, on jest tylko stworzeniem. Czym w takim razie jest obraz kuszenia Jezusa na pustyni?
Jezus „wizualizuje” nam naszą walkę z pokusami diabła. On po prostu wychodzi na pustynię i staje u naszego ludzkiego boku. On jest z nami podczas każdego naszego kuszenia, wspomaga nas i pokazuje jak należy odpowiadać na pokusy. On sam w nas walczy…
Św. Augustyn wspaniale to ujął w komentarzu do Psalmów: Chrystus przemienił nas w siebie wówczas, gdy pozwolił się kusić szatanowi. (…) W Chrystusie bowiem ty byłeś kuszony, ponieważ On wziął od ciebie ciało, a tobie dał od siebie swoje zbawienie; z ciebie wziął dla siebie śmierć, a tobie dał z siebie życie; od ciebie przejął na siebie zniewagi, a tobie dał zaszczyty; a więc od ciebie wziął pokusę, a tobie dał swoje zwycięstwo.
Jeśli w Nim jesteśmy kuszeni, to i w Nim przezwyciężamy diabła. Widzisz, że Chrystus był kuszony, a nie dostrzegasz, że odniósł zwycięstwo? Uznaj, że to ty jesteś w Nim kuszony i że w Nim odnosisz zwycięstwa. Chrystus mógł trzymać diabła z dala od siebie. Jeżeliby jednak nie był kuszony, nie nauczyłby cię sztuki zwyciężania w pokusie.

Stając na pustyni pokus pamiętajmy, że On jest w nas i zwycięża!
Pozwólmy Mu zwyciężać!

3 Komentarze

„zbytnio?”

(Mt 6,24-34): Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie. Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? (…) Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. (…) Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

To pewnie „skaza” tomaszowego realizmu, ale w rozmowach o działaniu Boga w naszej codzienności zawsze zwracam uwagę na to, że działa On w naturze i poprzez naturę – w tym świecie i poprzez ten świat…
To dlatego właśnie stał się człowiekiem i dokonuje największego swojego dzieła w wymiarach na wskroś ludzkich… To dlatego również obdarzył każdego z nas rozumem i zdolnością odpowiedzialności za siebie i tego, który potrzebuje mojej pomocy… To dlatego właśnie obdarzył nas zdolnością brania losu w swoje własne ręce…
I pewnie dlatego zawsze będą mi obce wszelkie radykalne przegięcia, w których wzywa się do całkowitego (bez używania rozumu, który jest darem Boga) zaufania Bogu: bo On sam cię uratuje, tylko Mu zaufaj. Do tego typu „radykalnego zaufania” wzywały i wzywają często sekty… Nawet w niektórych wspólnotach chrześcijańskich możemy usłyszeć nawoływanie do np. „rezygnacji z przyjmowania leków”: nie martw się, zaufaj…

I pewnie też dlatego nie zauważyłem – bo było to dla mnie czymś normalnym – pewnej nieścisłości w tłumaczeniu dzisiejszej ewangelii… Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić… – w oryginale nie ma słówka „zbytnio”. W oryginale Jezus ciągle powtarza: Nie troszczcie się o swoje życie, o to, co macie jeść i pić… Tłumacz Biblii Tysiąclecia dodał słówko „zbytnio”, które dość mocno utrwaliło się w naszej świadomości, a przecież robi ono różnicę…
Nie troszczcie się zbytnio… może dla nas oznaczać: „trzeba ufać Bogu, ale warto się zabezpieczyć na wypadek, gdyby, nie daj Boże, Bóg nas zawiódł”… A w ewangelii stoi: Nie troszczcie się o swoje życie… Św. Paweł doda (Flp 4,2): O nic się nie troszczcie…

Czyżbym źle rozumował? Albo czy z drugiej strony wprowadzenie w tłumaczeniu słowa „zbytnio” nie powoduje tego, że przestajemy ufać Bogu? że nie ufamy już „zbytnio” Bogu?

Szukając intencji wprowadzenia tego słówka do tłumaczenia trzeba sobie uświadomić, że każdy z nas żyje w mniejszym lub większym – ale jednak – ciągłym lęku o jutro. Ten lęk staje się częścią naszej tożsamości… I jest to coś naturalnego…
Dzisiejsza ewangelia zwraca nam jednak uwagę na naszą wiarę. To wiara właśnie powinna podpowiedzieć: cokolwiek by się z tobą działo, Bóg cię nie zostawi; On ciągle był przy tobie, jest z tobą teraz i możesz mieć pewność, że będzie i jutro… On, nie zrażając się twoimi kryzysami, zwątpieniami, poczuciem osamotnienia, ciągle powtarza: Ja nie zapomnę o tobie!
Niestety, to właśnie „zbytnie” poddawanie się lękom, „zbytnie” marnowanie energii na tworzenie scenariuszy przyszłości i „zbytnia” troska o jutro potrafi przesłonić nadzieję, że: On jest obok i mnie nie zostawi…
Jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy… Aż chciałoby się powiedzieć za dzisiejszą ewangelią: „carpe diem” – żyj dniem dzisiejszym… „Jutro” i tak będzie inne, niż planujesz, ale będzie w nim Bóg…

I jeszcze wracając do początku dzisiejszej ewangelii: Nikt nie może dwom panom służyć… – czyżby Bóg obawiał się konkurencji? O to podejrzewać Go raczej nie można…
On nie boi się o siebie, On boi się o mnie… „Powiedz mi, komu służysz, a powiem ci, kim jesteś”… To, komu służymy, określa naszą tożsamość, pokazuje, kim jesteśmy… On się nie zgadza, byśmy służyli czemuś albo komuś, co jest mniejsze od Niego, bo to nas pomniejsza…
On jest zazdrosny, ale nie ze względu na siebie a ze względu na nas. Jemu po prostu na nas zależy…

Gdy środki, którymi chcemy zagłuszyć lęk o przyszłość staną się celem – ja stanę się ich niewolnikiem… Zapomnę o Tym, który wyzwala…
Panie daj mi mądrość, bym potrafił brać życie w swoje ręce, bym potrafił zadbać o to, o co zadbać mogę, bo do tego mnie uzdolniłeś. Daj mi również tę łaskę, bym w dbaniu o jutro nie zapomniał o Tobie, Twojej pełnej miłości obecności…

1 komentarz