Archiwum dla Grudzień 2013

… a jednak rodzina…

(Mt 2,13-15.19-23): Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. (…) A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia . On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. (…)

Dziś, w Niedzielę Świętej Rodziny, czytany jest w większości kościołów polskich list biskupów, który w mediach nazwany został „listem przeciwko ideologii gender”. Dokument wzbudził wiele kontrowersji. Mało kto jednak zwraca uwagę, że biskupi po prostu wykorzystali okazję, by przekazać spojrzenie Kościoła na zagadnienia płci i rodziny (sam temat gender nie został przecież przez biskupów wywołany – w mediach jest on niezmiernie „popularny”)…

W liście m.in. czytamy: Wspólnota Kościoła w sposób integralny patrzy na człowieka i jego płeć, dostrzegając w niej wymiar cielesno-biologiczny, psychiczno-kulturowy oraz duchowy. Nie jest czymś niewłaściwym prowadzenie badań nad wpływem kultury na płeć. Groźne jest natomiast ideologiczne twierdzenie, że płeć biologiczna nie ma żadnego istotnego znaczenia dla życia społecznego. Kościół jednoznacznie opowiada się przeciw dyskryminacji ze względu na płeć, ale równocześnie dostrzega niebezpieczeństwo niwelowania wartości płci. To nie fakt istnienia dwóch płci jest źródłem dyskryminacji, ale brak duchowego odniesienia, ludzki egoizm i pycha, które trzeba stale przezwyciężać. Kościół w żaden sposób nie zgadza się na poniżanie osób o skłonnościach homoseksualnych, ale równocześnie z naciskiem podkreśla, że aktywność homoseksualna jest głęboko nieuporządkowana oraz że nie można społecznie zrównywać małżeństwa będącego wspólnotą mężczyzny i kobiety ze związkiem homoseksualnym.

A ja dziś, pozdrawiając z Gdańska, gdzie świętowałem „radość rodziny z powodu nowego dziecka” i chrzciłem Stefcię – przypominam tekst sprzed roku: rodzinny poligon

chrzest_Stefci_0025-MOTION

Dodaj komentarz

uśmiech Boga…

(J 1,1-18): Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (…) Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. (…) Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył.

Oprócz życzeń, które umieściłem wczoraj wieczorem i rozważań o tajemnicy Narodzenia Odwiecznego Słowa, przypomnę zasłyszany kiedyś dowcip, który pokazuje realizm tajemnicy Wcielenia…

Podobno dziecko w pierwszych chwilach po urodzeniu nie widzi. Dominikanie, jako wierni synowie św. Tomasza z Akwinu przyjmując ten fakt stwierdzili, że jeśli Jezus był naprawdę człowiekiem, to po urodzeniu również nie widział (realizm Wcielenia). Jezuici natomiast, nie mogli się zgodzić z takim poglądem – Jezus jest Bogiem, więc nie może w nim być żadnego braku – stąd wniosek: zaraz po urodzeniu musiał widzieć…
Spór teologiczny trwał dość długo, aż jeden z dominikańskich profesorów wstał i pojednawczo orzekł: „Załóżmy bracia, że Jezus po urodzeniu rzeczywiście miał już całkowitą zdolność widzenia… Dzieciątko otwarło jedno oczko i widzi woła, osła i barana – zamknęło oczko… Otwiera drugie oczko i widzi świnię, krowę i pewnie jeszcze jakieś inne zgromadzone w stajni zwierzęta – zamyka i drugie… Na pewno, bracia, nie chciało patrzeć na takie Towarzystwo Jezusowe (nazwa Jezuitów)…”
Jakby na ten dowcip nie patrzeć – dla mnie jest on potwierdzeniem realizmu Wcielenia – Bóg naprawdę i do końca (a nie tylko trochę) stał się człowiekiem…

To małe Dzieciątko jednak, gdy otwiera oczy, musi patrzyć na ten otaczający Go świat z zachwytem… Nie przestraszyło się na pewno ani stajni, ani zwierząt. Nie przestraszyło się tego, co ubogie i może nijakie… Ono jak dziecko dziwi się i zachwyca… Może warto w tej stajence dostrzec uśmiech Boga
To dziś właśnie mogę stanąć przed Nim i opowiedzieć mu o wszystkim, co się dzieje w moim życiu: o radościach i smutkach, sukcesach i porażkach, słabościach, grzechach i niezrozumieniu świata i … o niedojrzałości w miłości…
… i On się do mnie uśmiecha niczego nie potępia…
… i On to wszystko zrozumie – przecież stał się człowiekiem…
… moje słowa nie trafiają w pustkę… – to jest cała prawda o Słowie, które tej nocy stało się Ciałem…

1 komentarz

świątecznie…

zachęcam również do obejrzenia relacji z lubelskiej Wigilii Starego Miasta – tak może wyglądać budowanie rodziny…

1 komentarz

ludzkie Słowo Boże…

(Mt 1,18-24): (…) znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. (…) Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. (…)

Wszyscy oczekujemy świętowania tajemnicy Wcielenia. Słowo Boże stanie się Ciałem, będzie „czymś” realnym, namacalnym, dotykalnym…
Tymczasem Słowo Boże jest już żywe i prawdziwe…
Tydzień temu poznawaliśmy pouczające i jakże realne wątpliwości Jana Chrzciciela.
Znamy wątpliwości Maryi – choć rzadko kto próbuje o nich mówić, no bo się nie godzi. Tymczasem Maryja bardzo poważnie zadała pytanie: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża” – jakby chciała powiedzieć: „przecież to niemożliwe”. Sami stając przed Bogiem mówimy podobnie: „chciałbym Panie, by to się zmieniło, modlę się w tej intencji… ale przecież to nie jest możliwe, więc chyba to nie ma sensu…”
Dziś staje przed nami kolejna realna postać z obawami, Józef: „może to jest i prawdą, co o Niej mówią, ale nie będę jej brał za żonę, bo się ze mnie będą śmiali i będą mnie wytykać palcami”… Jakbyśmy słyszeli siebie samych… „Może wziąłbym Maryję i Jezusa do siebie, może bym się nawrócił – ale oni będą się ze mnie śmiali, będą mnie wytykać palcami… Więcej nawet będą czekali na moje potknięcia, by krzyknąć: a nie mówiliśmy, że nic z tego nie będzie”… Bardzo realne obawy…

To chyba dowód, że Słowo Boże jest żywe, ludzkie wręcz… nie jest czymś abstrakcyjnym…
Takie Słowo, to po pierwsze zachęta by nie uciekać od wątpliwości i obaw, bo to i tak nic nie da. Takie Słowo, to również zachęta by zaufać Bogu, Duchowi, podjąć walkę i mocą Bożą zwyciężać obawy… To przede wszystkim zwrócenie uwagi, że Emmanuel, że Bóg jest z nami…
On naprawdę jest z nami i ciągle walczy o swoje miejsce…
Emmanuel – Bóg z nami – znaczy również: Bóg w nas… Niech moc Jego obecności pokona wszelkie obawy i wątpliwości…

Poza tym dziś 797 urodziny naszego Zakonu… 😉

1 komentarz

błogosławiony, kto ma wątpliwości i nie zwątpi…

(Mt 11,2-11): Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on.

Jan jest jedną z moich ulubionych (obok Koheleta) postaci w Biblii. Niesamowicie realna postać, z krwi i kości, z normalnymi ludzkimi wątpliwościami…
Te wątpliwości nie są czymś, co go dyskwalifikuje. Co więcej sam Jezus, mimo, że słyszy o jego zwątpieniu, chwali go: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Tak ciepłych słów nie wypowiedział publicznie nawet o swojej Matce.

Oczywiście teolodzy spierają się jeszcze do dzisiaj na ile te Janowe wątpliwości były realne (czy rzeczywiście przechodził on próbę wiary), a na ile przedstawione zostały tylko w ramach aktu pedagogicznego – ze względu na uczniów.
Z jednej strony pamiętamy pewność Jana na Jordanem, gdy rozpoznał Mesjasza i protestował: „przecież to raczej ja przez Ciebie powinienem zostać ochrzczony!” Domyślał się wtedy również (czego nie pojmowali uczniowie Jezusa) samej Jego męki i nazwał Go „Barankiem Bożym, który zgładzi grzechy świata”. Znali się też zapewne dobrze – byli przecież krewnymi.
Z drugiej strony jednak, nie można wykluczyć, że to sam Pan Bóg dopuścił na Jana ciemności wiary, gdy w więzieniu czekał na dopełnienie swojego życia męczeństwem. Może chodziło o skorygowanie błędów w jego wyobrażeniach nt. Mesjasza – nad Jordanem przedstawiał Go jako Mocarza nad mocarzami, który „ma wiejadło w ręku i oczyści”, a tymczasem mamy do czynienia z kimś zupełnie innym.
Tak czy inaczej, wątpliwości Jana są dla nas wspaniałym przesłaniem…

W adwencie czuwamy i oczekujemy powtórnego przyjścia Pana. Wyraża się to często w podjęciu decyzji o zmianie postępowania – nawróceniu… Wcześniej czy później pojawią się jednak wątpliwości: czy to wszystko ma sens?

Jan też stał przed podobnym pytaniem: czy to wszystko ma sens?
Oczekiwał mocniejszego od siebie a przyszedł ktoś łagodny i miłosierny.
Prowadził surowe życie proroka, nawoływał do nawrócenia, głosił bezkompromisowo prawdę, był głosem nadchodzącego Boga – i w nagrodę za to siedzi w więzieniu czekając na śmierć.
Miał w swoim życiu chwilę, gdy ciągnęły do niego tłumy, podejrzewając, że to on jest mesjaszem – nie wykorzystał jej, więc dziś siedzi zapomniany.
Długie dni rozmyślania o sensie przepowiadanej nadziei, której spełnienia nie widać… i to pytanie: czy to co robiłem miało w ogóle sens? czy się nie pomyliłem?… Przecież wszystko miało wyglądać inaczej…

Podobne wątpliwości mogą dotknąć również i każdego z nas – szczególnie wtedy gdy zawierzę swoje życie Bogu i nie odnajdę w nim szczęścia – tego obiecanego przecież szczęścia…
Gdy w najpiękniejszych chwilach życia odchodzi ktoś z najbliższych: mąż, dziecko, matka… Gdy, pomimo marzeń o wspaniałej rodzinie – nie mogę znaleźć kandydata na męża lub żonę… Gdy, mimo wielu lat oddania swego życia innym – żyję w samotności, bez odrobiny wdzięczności… Gdy, tkwiąc w „Janowym więzieniu” na szpitalnym łóżku, odrzucony przez dzieci, zdradzony przez przyjaciół lub zamknięty na starość w samotności, walczę z ciemnościami zalegającymi w sercu: czy to wszystko miało sens?
Trudno zawierzyć Bogu, gdy dzieło życia leży w gruzach… gdy nie ma powodów, by się po prosu ucieszyć…

Błogosławiony jednak, który czynił wiele, i nie zwątpił wtedy, gdy niczego już nie mógł zaoferować… Spotka Boga innego niż sobie wyobrażał, Boga opuszczonego przez przyjaciół, bezradnego wobec ludzkiej wolności… Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi…

3 Komentarze

On sam przygotuje sobie miejsce…

(Rdz 3,9-15): (…) Rzekł Bóg: „Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?” Mężczyzna odpowiedział: ”Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa, i zjadłem”. Wtedy Pan Bóg rzekł do niewiasty: „Dlaczego to uczyniłaś?” Niewiasta odpowiedziała: „Wąż mnie zwiódł i zjadłam”. (…)
(Łk 1,26-38): (…) Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. (…) Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł.

„Dla dobra duchowego wiernych” świętujemy dziś uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Na mocy dyspensy udzielonej Konferencji Episkopatu Polski przez Kongregację ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów uroczystość ta nie została w tym roku (zgodnie z zasadami kalendarza liturgicznego) przeniesiona na poniedziałek, lecz jest obchodzona w II Niedzielę Adwentu. W dekrecie Przewodniczącego Konferencji Episkopatu, Abpa Józefa Michalika, czytamy: „Niech Niepokalana Matka Chrystusa i Kościoła będzie nieustanną przewodniczką w adwentowym czasie przygotowań do Uroczystości Narodzenia Słowa Bożego.”
Te słowa chyba najpełniej wyrażają sens dzisiejszej uroczystości w Adwencie właśnie. Nie tylko dlatego, że trwała z uczniami w Wieczerniku na modlitwie i uczy nas tego trwania. Nie dlatego również, że może uczyć nas prawdziwego oczekiwania, bo sama najlepiej wie, co to znaczy czekać na Jego narodzenie. Ale dlatego zapewne, że sama dostąpiwszy łaski poczęcia bez grzechu pierworodnego, chce nam przekazać jedną z piękniejszych prawd: to On sam przygotowuje nas na spotkanie z sobą…
Adwent to przecież czas pozwalania Mu na działanie w nas i przygotowywanie nas na Jego przyjście…

Dogmat wiary stosunkowo „młody”. Ogłoszony dopiero w roku 1854 (8 grudnia) przez papieża Piusa IX bullą Ineffabilis Deus: Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć. Tym samym kto by tej prawdzie zaprzeczał, sam wyłączyłby się ze społeczności Kościoła, stałby się odstępcą i winnym herezji.
Dla nas dominikanów, wychowanych na nauczaniu św. Tomasza z Akwinu, sama historia dogmatu, sięgająca początków Kościoła, jest również interesująca. Bo choć już od pierwszych wieków chrześcijaństwa teologowie wskazywali na szczególne wybranie Maryi spośród wszystkich ludzi a Ojcowie Kościoła nazywali Ją czystą, bez skazy i niewinną, nasz Tomasz zakwestionował Niepokalane Poczęcie Maryi. Stwierdził bowiem, że przeczy ono dwóm innym dogmatom: powszechności grzechu pierworodnego oraz konieczności powszechnego odkupienia wszystkich ludzi, a więc także i Maryi. Zmagał się z tym problemem bardzo mocno. W „Summie Teologicznej” pisał, że Maryja została oczyszczona z grzechu przed swoim narodzeniem, aczkolwiek nie mogło to nastąpić w chwili poczęcia. Maryja, w przeciwieństwie do Jezusa, musiała zostać uświęcona, gdyż tylko Jezus był święty od początku. To dopiero franciszkanin, Jan Duns Szkot, zaproponował „ominięcie” tych dwóch dogmatów i zwrócił uwagę, że uchronienie Bożej Rodzicielki od grzechu pierworodnego mogło się dokonać już mocą odkupieńczego zwycięstwa Chrystusa. Kościół przyjął to stwierdzenie i od Piusa V (+ 1572), dominikanina, święto Poczęcia Niepokalanej zaczęto obchodzić w całym Kościele…

Tyle o samym dogmacie… Dla mnie niesamowicie pięknym jest zestawienie w dzisiejszej Liturgii Słowa grzechu pierwszych rodziców, Adama i Ewy (tego pierworodnego, który wszyscy niejako „dziedziczymy”) z postawą Maryi podczas Zwiastowania. To zestawienie uświadamia mi, że przecież pierwsi ludzie powołani do istnienia przez Boga nie posiadali jeszcze grzechu pierworodnego – byli niejako „niepokalanie poczęci”…
Mamy więc dwie różne postawy: z jednej strony Adam i Ewa, którzy nie potrafią korzystać z daru „prawdziwej świętości” i marnują go przez złe wykorzystanie wolnej woli; i z drugiej strony Maryja, która potrafi ten dar docenić i w każdej chwili swego życia powiedzieć Bogu: „fiat” – „niech się Twoja wola Boże spełnia w moim życiu…”
Liturgia Słowa, prezentując te dwie drogi, chce nam zwrócić uwagę na wybory, których w życiu dokonujemy. W Kościele otrzymujemy łaskę sakramentów, które gładzą grzech pierworodny i obdarzają nas darem „świętości”. Albo więc, źle korzystając z wolnej woli, sam będę określał co jest dla mnie dobre a co złe (symbol zerwania owocu z drzewa poznania dobra i zła) i zmarnuję dar świętości jak pierwsi rodzice; albo na każdym kroku swego życia będę się starał odpowiadać Bogu „fiat” i dar ten zachowam, by jak Ona cieszyć się bliskością Pana.

Na zakończenie jeszcze jedna refleksja… Jestem duszpasterzem rodzin z małymi dziećmi. Te maluchy przez chrzest zostały włączone w Kościół i Kościół stał się ich domem. Na mszy, którą odprawiam w niedzielę mają one swoje miejsce i nikogo to nie dziwi. Sam chrzest niemowlaków i obecność „mało co rozumiejących” dzieci we mszy św. podpowiada nam, że to Bóg ukochał nas pierwszy i to bez żadnych naszych zasług. To chyba też jakiś wymiar „niepokalanego poczęcia” każdego z nas – daru miłości, którym zostaliśmy obdarzeni bez żadnych naszych zasług, i to jeszcze na bardzo długo przed naszym poczęciem…
Wracając więc do pierwszej myśli dzisiejszego rozważania: może w Adwencie właśnie, Maryja chce nas nauczyć postawy dziecka. To nie ja mam się przygotować na spotkanie z Panem – do mnie należy tylko (a może „aż”) pozwolić Mu przygotować miejsce dla siebie we mnie…
Człowiek dorosły zwykle wyobraża sobie, że to on szuka Boga. Rzadko kiedy dociera do niego prawda, że w gruncie rzeczy Bóg szukał go pierwszy. To widok dzieci w kościele może naprowadzić na tę prawdę. Nie dlatego jestem blisko Boga, że sam Go szukałem, próbowałem zrozumieć i teraz rozumiem. Blisko Boga jestem dlatego, że to On mnie uzdolnił do spotkania z sobą. W przypadku małych dzieci widać to z całą oczywistością. Dar realnej przyjaźni z Bogiem jest udzielany człowiekowi po prostu dlatego, że przyszedł na świat. A przyszedł na świat właśnie dlatego, że pierwej Ktoś go pokochał…

Dodaj komentarz

czas przebudzenia…

(Rz 13,11-14): (…) teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. (…) Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości.(…) nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.
(Mt 24,37-44): Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.

Dzisiejsza liturgia słowa mówi nam o nieodległym przyjściu Pana i, co ciekawe, wcale nas nie straszy… To jedynie próba wyrwania nas ze snu i obojętności, próba przypomnienia nam na czym polega prawdziwa mądrość… Pamiętamy perykopę o pannach mądrych i głupich – dziś Chrystus zachęca i uczy oczekiwania z lampami zaopatrzonymi w oliwę…

Jasny komunikat dzisiejszej ewangelii: nadejścia Pana nie da się rozpoznać po naturalnych oznakach. Przyjdzie w jednym momencie… przyjdzie w chwili, w której nikt się tego nie spodziewa. Stąd wezwanie do nieustannej czujności, by nie zaskoczył jak potop…

I tu ciekawostka. W Księdze Rodzaju opis potopu zaczyna się od stwierdzenia, że wielka niegodziwość zapanowała wśród ludzi na ziemi, do tego stopnia, że Pan Bóg żałował, iż w ogóle ludzi stworzył. W ewangelii jednak, gdy Jezus mówi o ludziach, na których spadła kara potopu, w ogóle nie wspomina o ich grzechach: jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali (…) i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich… Przecież ludzie jedzą i piją, żenią się i za mąż wychodzą… o co Mu więc chodziło?

Św. Paweł w Liście do Rzymian od razu wyjaśnia… Ten świat dążąc do czysto ziemskich celów porusza się w koleinach utartych zwyczajów i jest nieświadomy przychodzenia Pana – przychodzenia, które zaskoczy jak potop… Ta czysto ziemska aktywność ludzka nie jest zorientowana na nadchodzącą światłość, jest kroczeniem w ciemności i wykonywaniem „uczynków ciemności”

Paweł, broń Boże, nie odrzuca doczesności. Zwraca jednak uwagę, że postępowanie świata to sen i najwyższy czas by już powstać z tego snu. Zdaje się wołać: zbudź się o śpiący! Budząc się oblekamy „zbroję światła” i walczymy ze snem świata, który zapomniał o Bogu.
Gdybyśmy czytali ewangelię z komentarzem Pawła, moglibyśmy zarysować obraz życia człowieka światłości: jeść i pić, ale nie w hulankach i pijatykach, żenić się i za mąż wydawać, ale nie w rozpuście i wyuzdaniu, pracować w polu i mleć na żarnach, ale nie w kłótni i zazdrości…

Dzisiejsze słowo wzywa do przebudzenia, i to nie tylko ze względu na bliskie przyjście Pana. To przebudzenie, to przede wszystkim wrażliwość na zwyczajne codzienne przychodzenie Pana.
Św. Augustyn powiedział kiedyś: „Lękam się Chrystusa, który do mnie przychodzi i mija mnie, a ja Go nie dostrzegam i On już nigdy nie wróci”.
To przebudzenie, to uczynienie całego swojego życia adwentem, by nie przegapić Przychodzącego…

1 komentarz