Archiwum dla Listopad 2013

król „łotrów”

(Łk 23,35-43): (…) podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie. Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: To jest Król żydowski. Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. I dodał: Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Jezus mu odpowiedział: Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.

Zaskakująca ewangelia na dzień dzisiejszy… Dlaczego nie Król wjeżdżający do Jerozolimy? dlaczego nie cuda, którymi potwierdza swoją moc? dlaczego nie dialog z Piłatem, w którym wprost mówi: „Tak, jestem Królem„? dlaczego nawet nie ewangelia, w której tłumaczy, że królowanie to służba?…
Dlaczego dziś, w uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata, ewangelia o krzyżu? Jak rozpoznać Króla wszechświata na tronie z krzyża, w koronie z ciernia?…

To śmierć weryfikuje nasze życie. Często ostatnie godziny życia potwierdzają lub zaprzeczają temu, do czego się dążyło – są świadectwem prawdy i sprawdzianem wartości życia.
Dlatego pewnie ostatnie chwile Chrystusa na krzyżu są najautentyczniejszym komentarzem do tego, jak należy rozumieć Jego królewską godność. To w tym momencie najbardziej wybrzmiała Jego królewska godność i władza. Tu odkrywamy prawdziwą tajemnicę „królowania” Chrystusa. I – paradoksalnie – naszym najlepszym nauczycielem staje się ukrzyżowany z Chrystusem łotr…
Nie wiem na ile szydercze było wyzwanie rzucone przez Piłata: „to jest Król Żydowski”, na pewno szydzili z Niego członkowie Wysokiej Rady i (jak w dzisiejszej ewangelii) krzyżujący Go żołnierze. Tylko jeden człowiek potraktował wiszący na krzyżu napis poważnie – łotr.

Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Pewnie nie jest ważne jak wyobrażał sobie to królestwo. Ważne, że zakłada, że ten Król, władzą, która jest dla Niego przeznaczona, będzie w stanie mu pomóc… Pomóc umierającemu…

Jest Królem, bo może powiedzieć zbrodniarzowi, zabójcy, cudzołożnikowi, komuś, kto przegrał swoje życie i zniszczył życie wielu innych ludzi: Dziś ze Mną będziesz w raju.
I można od razu zakpić twierdząc, że to czcze obietnice, że takie obietnice składa dziś niemalże każda władza, gdy próbuje na różne sposoby wmówić swoim podwładnym: „dziś ze mną będziesz w raju”.

Tu jednak o czczych obietnicach mówić nie możemy. Tu mamy do czynienia z ułaskawieniem. A przecież, to ułaskawienie właśnie, jest najdoskonalszym aktem władzy.
W tym niepozornym geście przebaczenia skruszonemu łotrowi Jezus objawia swoją prawdziwą władzę.
Przebaczył, bo był naprawdę królem – miał władzę ułaskawienia, zadecydowania o zbawieniu i wieczności.

Może warto dziś właśnie, gdy próbujemy na nowo nazywać Chrystusa Królem, zauważyć, że czymś najbardziej boskim, najlepiej wyrażającym Bożą wszechmoc, nie jest dominacja nad drugim, ale zdolność do przebaczenia i wielkodusznego miłosierdzia…
Stanie się On moim Królem tylko wtedy, gdy uznam, że On taką właśnie władzę posiada…

1 komentarz

o Kościele…

(Łk 21,5-19): Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. (…) Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. (…)

Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony… – jasny komunikat dla Żydów: „mówię o końcu świata!” Kres świątyni jerozolimskiej to kres domu, w którym zamieszkuje Bóg, kres Jego błogosławieństwa. A więc katecheza na temat czasów ostatecznych – końca świata…
Ale przecież o zburzeniu świątyni już mówił, i to po to, by zwrócić uwagę na świątynię Jego ciała. Tą świątynią stał się potem Kościół… Może więc dzisiejsza katecheza nie jest o końcu świata a po prostu o Kościele, w którym żyjemy i który tworzymy…

Pierwszy komunikat dotyczący Kościoła: On nie jest przywiązany do kamiennych świątyń, nie jest zainteresowany „ochroną zabytków”. Jego interesuje świątynia Jego ciała i to, co ją scala: żywa autentyczna wiara. Bez żywej autentycznej wiary ani świątynne budowle, ani kościoły, ani nawet modlitwa i sakramenty nie mają zbawczego znaczenia.
Zburzyć świątynię, to wyeliminować ze swojego życia to wszystko co stanowi budulec dla formalizmu religijnego. Zburzyć świątynię, to pozbyć się ciągle obecnego w naszej religijności „magizmu” – magicznego traktowania praktyk religijnych (wykonuję pewien rytuał i czekam na wymuszony przez rytuał skutek)…

Drugi komunikat dla Kościoła: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem. Nie jest naiwnym idealistą. Schizmy są nieuniknione, człowiek łatwo daje się zwodzić. On sam jednak błaga Ojca „aby byli jedno…” Może nas tylko prosić: Nie chodźcie za nimi i modlić się…
Może trzeba zacząć modlić się razem z Nim o prawdziwą jedność w Kościele… Może trzeba zacząć szukać tego co łączy unikając tego co dzieli…

Trzeci komunikat: nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec (…) Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Nie wierzę, że mówi to po to, by straszyć nas kiepską wizją apokalipsy. Wojny, kataklizmy, nieszczęścia… – były, są i będą…
Złe korzystanie z prawdziwej wolności, grzech, ciągle wprowadza w ten świat nieuporządkowanie, chaos i rozkład… Ewangelia i zawarte w niej wartości przestają być zrozumiałe, przestają być nawet tolerowane… Konsekwencja: niszczenie tego co piękne i dobre…

I czwarty komunikat: podniosą na was ręce i będą was prześladować. Co „ciekawe” prześladowania nie są przejściowym epizodem. Wydaje się wręcz, że stały sposobem istnienia Kościoła. Dziś mogłoby się wydawać, że nikt już od nas nie będzie się domagał przelania krwi za wiarę. Ale świat domaga się uczciwości w wyznawaniu wiary, świat domaga się – i dobrze – uczciwości w dawaniu świadectwa, niefałszowania prawdziwego obrazu wiary. Nie mogę być zgorszeniem… A to już jest heroizm i być może rodzaj jakiegoś „męczeństwa”…
Wczoraj odprawiałem mszę św. w kaplicy Trójcy Św. na Zamku Lubelskim. Ta ziemia przesiąknięta jest krwią zamordowanych. Ciągle pojawia się pytanie: „gdzie jest Bóg, czy Kochający człowieka mógłby dopuścić do czegoś tak okropnego?” Może dziś właśnie, dawanie świadectwa polega na obronie Boga przed zarzutami nieobecności, zapomnienia, okrucieństwa nawet, czy wprost sadyzmu. Miejscem dawania świadectwa nie są już synagogi i więzienia, królowie i namiestnicy, ale rozgoryczeni ludzie… Czy potrafię stanąć w Jego obronie?

Dla mnie dzisiejsza ewangelia nie jest o końcu świata. Dla mnie dzisiejsza ewangelia jest o Kościele.
A jeśli o Kościele… – to czy potrafię się w nim odnaleźć?

1 komentarz

nadzieja na „cdn.”

(2 Mch 7,1-2.9-14): (…) Ty, zbrodniarzu, odbierasz nam to obecne życie. Król świata jednak nas, którzy umieramy za Jego prawa, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego. (…) ręce wyciągnął bez obawy i mężnie powiedział: Od Nieba je otrzymałem, ale dla Jego praw nimi gardzę, a spodziewam się, że od Niego ponownie je otrzymam. (…) Lepiej jest nam, którzy giniemy z ludzkich rąk, w Bogu pokładać nadzieję, że znów przez Niego będziemy wskrzeszeni. (…)
(Łk 20,27-38): Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go (…) Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa „O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją.

Miesiąc listopad, miesiąc odwiedzania cmentarzy i grobów naszych bliskich, miesiąc modlitwy za zmarłych. Czas zadumy i refleksji nad sensem życia, przemijania – czas stawiania pytań o śmierć i czy jest coś poza tą granicą, którą jest śmierć. Ale to także, a może przede wszystkim, czas budzenia nadziei, czas przypominania sobie prawdy o zmartwychwstaniu i życiu – czas zadawania sobie pytań: „czy ja w to wierzę?”
To czas weryfikacji naszej wiary. Bo co innego może zweryfikować prawdziwość naszej wiary jeśli nie stanięcie wobec doświadczenia, które jest trudne i często niezrozumiałe…

Od nieba te członki otrzymałem ale dla Jego praw nimi gardzę, a spodziewam się, że od Niego ponownie je otrzymam. Król świata jednak nas, którzy umieramy za Jego prawa, wskrzesi i ożywi do życia wiecznego. – To chyba jedne z piękniejszych starotestamentowych wyznań wiary w zmartwychwstanie. I to w obliczu śmierci męczeńskiej. Jakże mocna musiała być ta wiara, by dać siłę do poniesienia śmierci…

Dzisiejsza ewangelia mówi wprost, że wiara w zmartwychwstanie weryfikuje prawdziwość całości mojej wiary. Można wierzyć i można „bawić się w wiarę” – ewangelia świetnie pokazuje tę różnicę. Wiara to odpowiedź na cały komplet prawd, które Bóg o sobie objawia. Nie można podchodzić do nich wybiórczo jak saduceusze, którzy przyjmowali z Objawienia Bożego tylko to co im odpowiadało.
Obietnica zmartwychwstania ciał wydawała im się niezgodna ze zdrowym rozsądkiem, więc jej nie uznawali. Potraktowali Słowo Objawienia jak worek kamyków, z którego wybiera się tylko te, których można użyć do budowania swojego prywatnego światopoglądu. Raczej „grali wierzących” niż nimi byli.
Może trzeba zacząć się bić w piersi!!!

Pismo Święte Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. I nie jest tak, że Bóg był ich Bogiem tylko wtedy, kiedy oni jeszcze żyli. Nie jest również tak, że jest Bogiem tylko duszy Abrahama, Izaaka i Jakuba. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych. Jeśli stworzył nas z miłości jako ludzi, to nie pozwoli byśmy przestali istnieć. Jeśli swoich przyjaciół przyodział ciałami to nie na chwilę tylko.
Chrystus zmartwychwstał w ciele – przebóstwionym co prawda, ale jednak ciele. To w Chrystusie przecież zostaliśmy zbawieni – został zbawiony cały człowiek, z ciałem także. Tej prawdzie nie da się zaprzeczyć…

A może chodziło o co innego. Może saduceusze nie szukali zrozumienia trudnej do przyjęcia prawdy. Może, ośmieszając to, co nie pasowało do ich światopoglądu, chcieli tylko potwierdzić „swoją prawdę”.
Może znów należy zacząć bić się w piersi!!!
Warto postawić sobie pytanie o swoje własne nastawienie do osobistych wątpliwości w wierze. Czy mając te wątpliwości, mamy również gotowość do ich zrewidowania. Nikt nie zabrania nam mieć wątpliwości, jest to przecież część ludzkiej egzystencji (dubito, ergo sum) – warto się jednak zastanowić co z tymi wątpliwościami robię. Czy wyrażam również gotowość na przyjecie prawdy, która wykracza poza to, co ja uważam za prawdziwe…

Każdy z nas ma zapewne trudności z wyobrażeniem sobie życia w przyszłym świecie. Może warto uświadomić sobie, że nie chodzi tu o wiedzę, a o nadzieję. Wiara w zmartwychwstanie ciał, to wiara i nadzieja zarazem, że Bóg poradzi sobie jakoś z naszą śmiercią. To nadzieja na spotkanie z nowym, lepszym i trwalszym życiem.
Może „przerażać” nas oczywiście nietrwałość ludzkich relacji – ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić – i obawa, że nie przetrwają nasze ziemskie miłości, że nie rozpoznamy twarzy ukochanych… Nie o to jednak chodzi w opowieści Chrystusa. Zanikną zapewne instytucje, jak np. małżeństwo, miłość jednak przetrwa, bo miłość jest istotą nieba…

1 komentarz

na sykomorę…

(Łk 19,1-10): Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

Gdy siedem lat temu stanąłem w Jerychu przed sykomorą, która uchodzi za tę, na którą wspinał się Zacheusz, zabiło mi serce… Stanęła mi przed oczami cała bieda małego człowieka (czytałem wówczas ten fragment ewangelii pod drzewem)… i zarazem świadomość, że ta „bieda małego człowieka” może dotyczyć wielu z nas…
I jeszcze pragnienie usłyszenia: dziś muszę się zatrzymać w twoim domu.

Ta dzika figa, pomimo swoich wielkich rozmiarów, niesamowicie trafnie symbolizowała Zacheusza, kogoś duchowo „zdziczałego” – owoce to jedynie skórka na pestkach… Zwierzchnik celników i bardzo bogaty – był kimś znienawidzonym przez ludzi, kimś godnym pogardy, zdrajcą, który wysługując się okupantowi nieźle na tym sam zarabia. To co było w nim dobre zapewne zagłuszył swoją nieuczciwością.
Pewnie bał się tłumu… Bał się drwin, bo pomimo swojej „wielkości” był niskiego wzrostu...

W tym małym człowieku rodzi się jednak tęsknota za kimś, kto nie będzie drwił i nie potępi. Usłyszał o Jezusie, który posiada autorytet i szacunek mimo, że siada z celnikami przy jednym stole. Nic dziwnego, że chce go zobaczyć, chce stanąć na linii jego spojrzenia – może choć trochę zrozumie, może spojrzy wzrokiem, w którym nie będzie potępienia…

Postawił wszystko na jedną kartę. Wyprzedził tłum, którego się bał. Jako zwierzchnik celników i bardzo bogaty pewnie się upokorzył wspinając się na drzewo. Zapewne nie uszło to uwagi tłumu, na pewno pokazywali go sobie palcami i złośliwie komentowali. Możemy podejrzewać również, że oczekiwali podobnej reakcji od Jezusa: teraz utrze nosa temu zdrajcy!

Tymczasem dzieje się coś niezrozumiałego, Jezus nie ulega presji tłumu, by kpić i niszczyć człowieka.
Widzi utajone pragnienie wyrwania się z bezsensownego życia, widzi serce otwarte na przyjęcie łaski. Nie gardzi Zacheuszem, bo nie wolno pogardzać człowiekiem. Wprasza się nawet do jego domu wzbudzając niezadowolenie tłumu i szemranie…

Pewnie tylko On potrafił przełamać mur nienawiści i uprzedzeń wobec Zacheusza. Pewnie tylko On potrafił dostrzec w nim pragnienie wyzwolenia się ze swojej małości. Pewnie tylko On może nas nauczyć innego spoglądania na człowieka…

Może pośród nas jest wielu takich, którzy duszą się w swojej małości, których życie wygląda jak figowa dziczka. Może w wielu z nas kryje się pragnienie zmiany i nadania sensu życiu… Wokół nas jest jednak tylko tłum, który to pragnienie tłamsi – brakuje „katalizatora”, który by je uaktywnił, brakuje zwykłej ludzkiej życzliwości i zaufania…
Przecież nie szydzenie, kpiny, pogardzanie, czy nawet potępienia i groźby, były katalizatorem nawrócenia Zacheusza. Musiał pojawić się ktoś, kto zaufał, kto wprosił się do domu, kto pozwolił uwierzyć, że nie jest jeszcze przegrany, że może zacząć na nowo…
Zacheusz odzyskał szacunek do samego siebie – i o to właśnie chodziło…

Jeśli czujesz się jak Zacheusz spróbuj zaryzykować. Spróbuj się wspiąć na swoją sykomorę, poszukaj wzroku, który cię nie potępi… Jeśli tylko zechcesz spojrzeć Mu w oczy, On na pewno powie ci: dziś muszę się zatrzymać w twoim domu…

3 Komentarze

przyjaźń z Patronem w niebie…

Dzień imienin nas wszystkich, dzień weryfikacji swojej przyjaźni ze świętym Patronem – do tej przyjaźni zachęcałem rok temu.

Kilka słów o mojej relacji ze świętymi patronami:

Przyznaję, że świadomość obecności konkretnego Świętego w moim życiu zaczęła się od bierzmowania w siódmej klasie szkoły podstawowej. Mieliśmy możliwość wybrania sobie patrona dojrzałej drogi chrześcijanina. Wybór patrona trzeba było uzasadnić. Pamiętam, że dość utylitarnie podszedłem do tego wyboru. Byłem wtedy przekonany, że będę dużo jeździł i potrzebny mi jest patron, który opiekuje się kierowcami. Dziś już lepiej znam św. Krzysztofa – staram się mieć z nim dobrą relację i nie żałuję wyboru…

Na drogę życia zakonnego również „otrzymuje się” świętego Patrona. Zasadniczo w dniu obłóczyn (otrzymania habitu zakonnego) poznaje się nadane przez mistrza nowicjatu imię patrona w zakonie. Nasz mistrz przekazał nam przed obłóczynami, że jeśli ktoś ma jakieś szczególne nabożeństwo do świętego dominikańskiego, może o nim powiedzieć – co jednak nie znaczy, że tego patrona otrzyma. Chwilę się zastanowiłem… oprócz św. Dominika i św. Jacka znałem troszkę św. Tomasza z Akwinu… Spotkawszy więc przypadkowo mistrza nowicjatu na klasztornych schodach powiedziałem mu o tym – nie nalegając w ogóle by tego świętego otrzymać za patrona.
Jakież było moje zdziwienie, gdy w dniu obłóczyn usłyszałem, że moim świętym Patronem na drodze życia zakonnego będzie św. Tomasz z Akwinu. Serce zabiło jeszcze mocniej, gdy sprawdzając kalendarz liturgiczny zobaczyłem, że święto Św. Tomasza wypada w dniu moich urodzin. Realnie odebrałem to jako znak jego opieki i wprowadzenia mnie na tę drogę. Od tego czasu ciągle staram się być w bliskiej relacji z Tomaszem – jeśli mnie na tę drogę wprowadził, to wierzę, że mi w tej drodze również towarzyszy…

Nabierając świadomości realnej obecności Świętych w życiu zainteresowałem się relacją ze św. Grzegorzem. Pierwsze pytanie jakie sobie postawiłem, to pytanie: który ze św. Grzegorzów jest moim patronem? Imieniny obchodziłem w marcu. Sprawdzając kalendarz liturgiczny zobaczyłem, że przed jego reformą w marcu wspominano Św. Grzegorza Wielkiego, papieża. Po reformie kalendarza liturgicznego, jego wspomnienie przeniesiono na dzień 3 września. Przeniosłem więc dzień świętowania imienin na wrzesień. To był początek naszej przyjaźni. Od tego czasu Grzegorz staje mi się coraz bliższy – poznaję jego życie, czytam to, co napisał… Ta przyjaźń staje się wspaniałą szkołą życia…

Gdy jeżdżę na rekolekcje, często proszę dzieci, by poznały i zaprzyjaźniły się ze swoimi świętymi Patronami. Dziś tę zachętę kieruję nie tylko do dzieci… Naprawdę warto mieć żywą relację ze swoim Patronem w niebie…

2 Komentarze