Archiwum dla Październik 2013

pozory modlitwy…

Dziś w większości kościołów Uroczystość rocznicy poświęcenia własnego kościoła – tak jest i u nas. Odsyłam więc do krótkiego komentarza związanego z tym świętem.  W tych kościołach, w których znana jest data konsekracji – mamy zwykłą niedzielę i całkiem inne czytania. Nie mogę przejść obok nich obojętnie…

(Łk 18,9-14): Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony.

Kładąc akcenty w całkiem innych miejscach niż tydzień temu, ewangelia znów odkrywa tajemnicę modlitwy. I nie chodzi tu tylko o znane wszystkim cztery elementy każdej dobrej modlitwy: u faryzeusza można dostrzec elementy modlitwy dziękczynnej i uwielbienia, u celnika natomiast elementy modlitwy przeproszenia i prośby. Słysząc jak dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić – można by odnieść wrażenie, że najważniejszą jest sama modlitwa – nieważne jaka… I tu właśnie można się pomylić…
Celem modlitwy nie jest przecież sama modlitwa, ale ten, z którym rozmawiamy – Bóg. Można się więc modlić również źle. Można się z Bogiem rozmijać. To chyba przestroga dla tych, którzy ciągle szukają takiej formy modlitwy, która by im odpowiadała. To przestroga dla tych, którzy nadmiernie koncentrują się na formie zewnętrznej, na szukaniu satysfakcji z modlitwy i samozadowolenia z „wypełnienia obowiązku” wobec Boga.

Przyglądając się modlitwie faryzeusza odkrywamy prawdę o modlitwie pozornej. Faryzeusz zaczął szukać na modlitwie potwierdzenia swojej wartości. To potwierdzenie „odkrywał” w sobie samym, w swoim nienagannym postępowaniu. Zasadniczo Bóg nie był mu potrzebny, no chyba jedynie tylko jako świadek doskonałości – Bóg miał stwierdzić bezgrzeszność i zachwycić się pobożnością. Taka postawa rodziła pogardę wobec tych, którzy doskonałymi być nie potrafili – w tej postawie nie było miłości bliźniego.
Gdy człowiek zaczyna chwalić się własną sprawiedliwością kosztem drugiego: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam… – to „modlitwa wdzięczności” staje się religijnym ceremoniałem niewdzięczności… Przestaję widzieć Boga i Jego dary, bo widzę tylko siebie.
Pozornym jest również uwielbienie i dziękczynienie Bogu, gdy widząc pusty stół ubogiego pozwalam by pustym pozostał. Pozornym jest uwielbienie i dziękczynienie Bogu, gdy dziękując za miłość, której doznaję, sam się nią nie dzielę… Takie pozorne uwielbienie i dziękczynienie staje się obrazą Boga…

Przyglądając się natomiast modlitwie celnika i stawiając ją za przykład musimy znowu pamiętać, by unikać pozoranctwa. Modlitwa nie może polegać na udawaniu grzesznego. Modlitwa: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu – to wyraz prawdziwego pragnienia nawrócenia… Nie chodzi o przepraszanie, że jestem „gorszy” od innych – porównywanie się z innymi jest błędem w życiu duchowym. Gdyby celnik modlił się słowami „Panie, żałuję, że nie jestem tak czysty i wierny jak ten tam stojący z przodu faryzeusz” – jego modlitwa nie byłaby miła Bogu.
Celnik nie przychodzi się chwalić, bo nie ma się czym chwalić. Wyznaje swoją winę i prosi o miłosierdzie. On dobrze wie, że to Bóg daje człowiekowi nieskończenie więcej, niż człowiek Bogu. Rozumie, że tu potrzeba prawdziwej zadumy nad bogactwem Jego darów. Nie jest przecież ważne to, co my zrobimy dla Boga – ważne jest to, co Bóg robi dla nas. Prawdziwa modlitwa uczy nas postawy pokory wobec samego Boga – uznania, że bez Niego nic nie możemy uczynić i że potrzebujemy Go.

W modlitwie trzeba więc zawalczyć o prawdę: prawdę o sobie i prawdę o Bogu. Fałszywy obraz siebie i fałszywy obraz Boga staje się „źródłem” fałszywej religijności… Może właśnie dlatego na modlitwie warto „wpatrywać się” w Boga – bo jak powiedział kiedyś kard. Ratzinger: „Bóg kocha mnie nie dlatego, że ja jestem dobry, ale dlatego, że On jest dobry”…

1 komentarz

być natrętnym…

(Łk 18,1-8): Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. (…)

Wdowa to kobieta, której należy się szczególna opieka i ochrona – nie ma jej ze strony męża, a dzieci może jeszcze nie są w stanie jej utrzymać… W ewangeliach wdowa często symbolizowała Kościół. Może w tym kluczu warto spojrzeć na dzisiejszą ewangelię: wdowa-Kościół naprzykrza się sędziemu, bo sama nie może dać sobie rady i potrzebuje obrony…
Ewangelia wyraża tajemnicę naszej relacji z Bogiem – potrzebujemy tej relacji, bo sami nie jesteśmy w stanie dać sobie rady. By żyć naprawdę, potrzebujemy Jego łaski i obrony.
O co jednak chodzi z tym natręctwem i naprzykrzaniem się?
To stanięcie w prawdzie wobec braku samowystarczalności i kruchości życia. To realne przyznanie się do potrzeby pomocy…

Podobnie przecież dzieje się w sakramencie spowiedzi – gdy wyznaję swoje grzechy. W tym wyznaniu nie chodzi przecież o informację o grzechach, bo nie potrzebuje jej ani Bóg ani kapłan po drugiej stronie kratek. Wyznając grzechy „wykrzykuję” Bogu swoją słabość i małość, swoją niemoc… Wyznając grzechy „krzyczę”: Panie Boże pomóż, bo przecież sam sobie rady nie dam – ja naprawdę potrzebuję Twojej pomocy…
Mam nadzieję, że tak właśnie wyglądają nasze spowiedzi, że nie chodzi nam tylko o „obmycie”…

Może jeszcze słowo na temat natręctwa w modlitwie. Czytając dzisiejszą ewangelię można odnieść wrażenie, że Bóg chce być ciągle proszony przez człowieka, że chce być wręcz „nagabywany” przez niego…
Z drugiej strony wiemy, że w „dobrej” modlitwie nie chodzi o klepanie paciorków i magię ciągle powtarzanych praktyk modlitewnych [jak np. nowenna do Judy Tadeusza lub inne łańcuszki modlitewne]. Bóg nie jest przecież – przepraszam za wyrażenie – panienką, która oczekuje i bawi się długim proszeniem, by dopiero po dłuższym czasie udzielić łaskawie odpowiedzi lub jej w ogóle nie udzielić…

O co więc chodzi w tym „natręctwie” modlitwy?
O wytrwałość… To wytrwałość i tylko wytrwałość pozwoli nam udowodnić sobie [nie Bogu – on tego nie potrzebuje], że to, o co proszę, jest dla mnie ważne, jest niezbędne i konieczne… Przecież sama modlitwa Ojcze nasz uczy nas takiej postawy: bądź wola Twoja…, chleba naszego powszedniego… – daj mi tylko to, co niezbędne i konieczne do prawdziwego życia…
Gdy proszę długo i cierpliwie, to „wysiłkiem”, który wkładam w prośbę, udowadniam sobie, że przedmiot mojej prośby jest dla mnie naprawdę ważny… Może warto przywoływać tu scenę, w której Mojżesz stoi z wyciągniętymi rękami przed Bogiem prosząc o Jego wsparcie – Bóg reaguje na prośbę o tyle o ile trzyma on ręce w górze…
Z drugiej strony także, długa i cierpliwa modlitwa pozwoli mi w pewnym momencie spojrzeć oczyma Tego, do którego prośby zanoszę. Spojrzeć oczyma kochającego Boga i zweryfikować konieczność odpowiedzi na prośbę… Zweryfikować, czy to, o co proszę, jest naprawdę konieczne…

2 Komentarze

uzdrawiająca wdzięczność…

(2 Krl 5,14-17): Wódz Syryjski Naaman, który był trędowaty, zanurzył się siedem razy w Jordanie, według słowa męża Bożego, a ciało jego na powrót stało się jak ciało małego dziecka i został oczyszczony. (…)
(Łk 17,11-19): (…) Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin. Jezus zaś rzekł: Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? (…)

Lekcja wdzięczności za to, czego zwykle nie zauważam: za uzdrowienie z trądu. Jeszcze za miłosierdzie okazane w konfesjonale potrafię być wdzięcznym, bo to jakoś rozumiem… ale o co chodzi z tym trądem?
Trąd był zawsze symbolem konsekwencji grzechu, symbolem rozkładu, obumierania całego organizmu duchowego. Oprócz przebaczenia, On naprawia jeszcze tragiczne konsekwencje grzechu – mój organizm duchowy przestaje się rozpadać, wstępuje we mnie nowe życie… Jest za co dziękować…

Ciekawe jest rozróżnienie, które stosuje dzisiejsza ewangelia. Uzdrowiony został tylko jeden – ten, który potrafił wrócić, by podziękować – reszta została tylko „oczyszczona”.
Może gdybyśmy przełożyli to na praktykę spowiedzi – okazałoby się, że w większości wypadków jesteśmy tylko oczyszczeni. Uzdrowionymi będziemy dopiero wtedy, gdy potrafimy doceniać łaskę oczyszczenia. Gdy wykazując prawdziwą wdzięczność za ten dar Bożej miłości zaczniemy na poważnie realizować „postanowienie poprawy”. Zaczniemy współpracować z otrzymaną łaską i w mój organizm duchowy znów wleje się nowe życie…
Tak naprawdę jedyną formą wdzięczności za łaskę przebaczenia jest „nie zmarnowanie” tej łaski i współpraca z nią. Jedyną formą wdzięczności jest zmiana swojego życia…
Tylko wtedy zostaniemy nazwani uzdrowionymi, a nie tylko oczyszczonymi…

A jednak… często zachowujemy się jak owi „niewdzięczni” trędowaci, myśląc, że wystarczą przepisane Prawem czynności liturgiczne [obmyj się siedem razy w wodzie, idź pokaż się kapłanom], że leczy i uzdrawia przepisana „ceremonia”. Wykonałem, co miałem wykonać, więc za co tu dziękować… Wykonałem pewien rytuał, więc należy mi się to, co mam.
Ten sposób myślenia zaczynam przerzucać na całą moją religijność: wykonuję pewne praktyki religijne, więc należy mi się błogosławieństwo Boga… Gdybym tego błogosławieństwa jednak nie otrzymał, to tym niewdzięcznym jest Bóg…

A może warto czasami skupić się nie na darze, który otrzymuję – choć jest on naprawdę wielki – ale na Tym, od którego ten dar otrzymuję… Dziecko, które chwyta z radością czekoladę i… – zamiast rzucić się na szyję temu, od kogo ją otrzymał – biegnie do swojego pokoju by ją z radością spożyć, wdzięczności raczej nie okazuje… Podobnie jest z nami: wdzięczność nie polega na zachwycaniu się darem, nawet jeśli byłby on najpiękniejszy i najwspanialszy – wdzięczność to rzucenie się w objęcia kochającego Ojca…

I… może jeszcze jeden powód wdzięczności, o którym mówi dzisiejsza ewangelia: Jego obdarowywanie nas łaskami jest niezależne od naszej wdzięczności. Nawet przez myśl Mu nie przeszło, aby przywrócić trąd tym, którzy Nie podziękowali za oczyszczenie…
Może warto dziękować Mu za to właśnie, że wdzięczność nie jest warunkiem „oczyszczenia”, odzyskania zdrowia – choć może o pełnym uzdrowieniu mówić nie można (j.w.)
Uczy nas dziś dawania: dawania wolnego od oczekiwań. W takim codziennym czynieniu dobra, chyba najtrudniejszym jest wyzwolenie się z niewoli oczekiwań wobec innych…

Może więc dzisiejsza ewangelia chce właśnie powiedzieć o potrzebie „uzdrowienia w dawaniu”. Może dzisiejsza ewangelia jest o „nie uzależnianiu czynionego dobra” od wdzięczności innych… I to po to właśnie, by samo czynienie dobra nie stawało się formą potwierdzenia własnej wartości, czy – poprzez oczekiwaną wdzięczność – sposobem kontrolowania świata i innych?…

1 komentarz

zrozumieć wiarę…

(Łk 17,5-10): Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary. Pan rzekł: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? Czy dziękuje słudze za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.

Piękna i krótka katecheza o wierze…

Po pierwsze: wiara jest potężną „siłą”, dla wierzącego nie ma nic niemożliwego. Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna. Nie o spektakularną magię tu jednak chodzi. To, co często spotykamy na ławkach w kościołach: „Kto tę kartkę weźmie do domu, przepisze 9x i przyniesie do Kościoła każdą z osobna, odmówi modlitwę, niech wierzy, że to, o co prosi, spełni się do chwili przyniesienia ostatniej kartki” – nic z wiarą wspólnego nie ma. Wiara nie jest zaklinaniem rzeczywistości, rytuałem, który wywoła oczekiwany skutek, czy – jak ją widzą niektórzy – autoterapią.

Prawdziwa wiara potrafi przeprowadzić człowieka przez sytuacje, których po ludzku nie jest w stanie zrozumieć i przyjąć, przez sytuacje, które są źródłem sprzeciwu i buntu, a nawet odwrócenia się od kochającego Stwórcy. To dzięki wierze, wszystkie trudne doświadczenia, które normalnie działają na człowieka destrukcyjnie, tegoż człowieka nie tylko nie wyniszczą ale wręcz poprowadzą do pełni życia.

Sama prośba: Przymnóż nam wiary nie była zapewne prośbą o następny cud czy, nie daj Boże, o magiczną sztuczkę. Nie była też pewnie prośbą o udzielenie podobnej mocy, by sami mogli dokonać czegoś spektakularnego. Tą wielką mocą już dysponowali. Oczekiwali czegoś więcej – oczekiwali „komentarza”, który nada sens temu wszystkiemu co się właśnie dokonuje. Tym „komentarzem” był i jest Duch Św. To On zstępując na uczniów zaczął wypełniać treścią to, co sie dokonuje… To On przymnaża nam wiary…

Po drugie, wiara jest łaską otrzymaną od Boga a nie łaską czynioną Bogu. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: Pójdź i siądź do stołu? Czy nie powie mu raczej: Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił? (… ) Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać. To że staram się wierzyć, zaufać i ożywiać swą wiarę – nie jest łaską czynioną Bogu. Jest raczej obowiązkiem każdego wierzącego. Inaczej przecież, wiara, nad którą nie pracuję, której nie pozwalam wzrastać i rozwijać się, staje się martwa.

Ktoś kiedyś powiedział, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a człowiek potem odwdzięczył mu się tym samym. Niestety bywa, że chcielibyśmy, by to sam Bóg biegał wokół nas, odpowiadał na nasze życzenia i był posłuszny warunkom, które Mu dyktujemy. Nie o to przecież chodzi w prawdziwej wierze.
Również stagnacja i formalne pobożnościowe gesty, które bywają z naszej strony tak wielką łaską wobec Boga, że ani Bóg ani Kościół nie mają prawa wymagać niczego więcej, tylko cieszyć się z tego, co jest – nie mają nic wspólnego z wiarą i prowadzą do duchowej śmierci, zagubienia i destrukcji…

Może warto dziś prosić nie tylko: „przymnóż nam wiary”, ale po prostu „daj nam zrozumieć czym jest wiara”

1 komentarz