Archiwum dla Wrzesień 2013

grzech zgody na nędzę…

(Łk 16,19-31): Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. (…) Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. (…) Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.

Dwie pułapki, w jakie bardzo łatwo można wpaść czytając tę ewangelię:
Pierwsza, to mniemanie jakoby biedni mieli pójść do nieba, a bogaci do piekła. Takie mniemanie pojawia się w momencie doświadczenia jakiejś niesprawiedliwości jako „lekarstwo”, które ma zagłuszyć „ból egzystencji”: to trudno, że w tej chwili mam źle – po śmierci będzie lepiej. Poza tym mam trochę satysfakcji z tego, że ci bogaci będą ukarani… Wpadając w tę pułapkę, potrafimy się zwolnić z próby podejmowania jakichkolwiek wysiłków, by było lepiej – bo wystarcza nam wypatrywanie przyszłości…
Druga pułapka, to złudne przeświadczenie, że wiedza o tym co jest po drugiej stronie granicy śmierci może wpłynąć na moje życie – a jeśli tej wiedzy nie mam, to trudno bym ryzykował utratę obecnego szczęścia: „Gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Tymczasem słyszymy: „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”. Przecież nie uwierzyli faryzeusze Jezusowi, gdy wskrzesił Łazarza. Co więcej postanowili z powrotem złożyć go do grobu. „Odporność” ludzkiego serca na działanie Boga jest dość mocna – wobec niej i Bóg bywa bezradny.

Nie na pułapkach jednak należy się skupiać. Ewangelia nie pokazuje nam również samego życia pozagrobowego.
Łukasz opowiada o przepaści, która jest „nie do przebycia” – i nie chodzi tu tylko o przepaść pomiędzy niebem a piekłem. Chodzi raczej o przepaść, która dzieli „hulaszcze życie” bogacza od nędzy biedaka.
Łukasz posługuje się Bożą, a nie ludzką, logiką nadawania imienia. W naszej ziemskiej rzeczywistości ludzie bogaci i celebryci są powszechnie znani z imienia, biedni i ubodzy pozostają bezimienni. W ewangelii jest inaczej: to bogacz jest anonimowy, biedak natomiast ma imię. Bóg po prostu nie chce znać tych, którzy grzeszą pychą – w jednej z przypowieści Chrystusa padają mocne słowa: „nie znam was!”

I co ciekawe, źródłem ewangelicznej przepaści wcale nie jest pycha, nieuczciwość i bogactwo. Nie ma tam mowy o nieuczciwości bogacza, o zdobywaniu majątku w wyniku jakiejś moralnej dwuznaczności – i pewnie nie jest to zwykłe przemilczenie. Bogacz też zasadniczo nie pogardza Łazarzem, nie jest również bezlitosny, nie szczuje go psami. Jest on natomiast, na co warto zwrócić uwagę, wierny Prawu: nie dotyka „nieczystego”, może nawet umierającego… Można by powiedzieć: zwyczajna poprawność życia.

W ewangelii musi chodzić więc o coś innego. Chodzi o „grzech” zgody na nędzę poza granicami mojego bogactwa. Tej nędzy nie zniwelujemy niezobowiązującą filantropią. Warto zadawać sobie pytanie: ile wysiłku wkładamy w konstruowanie komfortowego i bezpiecznego świata, świata, który nie miałby punktów stycznych ze światem gorszym, światem biedy i upadku. Często również tłumaczymy własny egoizm powtarzanym komunałem: „biedni zawsze będą – dopóki nie minie ten świat”.
Bł. Jan Paweł II w encyklice „Redemptor hominis” napisał, że współczesny świat jest rozwinięciem przypowieści o bogaczu i Łazarzu: na ziemi produkuje się więcej żywności niż potrzeba na nakarmienie wszystkich, a mimo to miliony ludzi umierają z głodu…
Ta przypowieść jest wezwaniem do spojrzenia we własne sumienia, jest opowieścią o zmarnowaniu darów Bożych [dóbr materialnych]. Przecież Stwórca daje je nam, aby nas łączyły – abyśmy się nimi wzajemnie dzielili. Jeśli człowiek ich nadużywa, to one zaczynają oddzielać nas wzajemnie od siebie…

Bogactwo zabiło w bogaczu wrażliwość na cudzą biedę i potrzeby innych. Po prostu nie potrafił dóbr doczesnych posiadać jako pięknych i wartościowych darów Bożych…

Pewnie uproszczeniem byłoby, gdybyśmy mówili tylko o zniewalającej mocy bogactwa. Również ci, którzy posiadają mało, potrafią nie być dość wrażliwi, by zauważyć cudzą biedę… bliźniego w potrzebie…
Bywa, że nawet ludzie naprawdę biedni nie potrafią zauważyć biedy innych. Niestety rośnie wtedy bieda nas wszystkich.

Głównym źródłem biedy jest nie to, że jest za mało dóbr, ale to, że jest za mało wzajemnej miłości. Może warto zacząć bić się w piersi, gdy jak ewangeliczny bogacz ucztujemy obdarzeni wspaniałymi darami a za drzwiami „naszego pałacu” leżą proszący „Łazarze”…

1 komentarz

kombinuj i rozdawaj…

(Łk 16,1-13): (…) Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą. Na to rządca rzekł sam do siebie: Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: Ile jesteś winien mojemu panu? Ten odpowiedział: Sto beczek oliwy. On mu rzekł: Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt. Następnie pytał drugiego: A ty ile jesteś winien? Ten odrzekł: Sto korcy pszenicy. Mówi mu: Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. (…) Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. (…)

Za każdym razem, gdy czytam tę przypowieść głośno wzdycham… Jakoś niepokoi mnie ta dwuznaczność i powoływanie się na przykład, który raczej nie jest godny naśladowania. Oszustwo w celu zyskania przychylności dłużników tego, u którego straciło się dobrą opinię. Skąd więc pochwała?
Nie do końca też mnie przekonuje wytrych komentatorów, którzy twierdzą, że nieuczciwość rządcy nie polegała na okradaniu pracodawcy ale na naliczaniu zbyt wysokich procentów. Rządca bowiem, miał wolną rękę w ustalaniu stopy procentowej i trochę tu „przeholował”… Dokonując natomiast zmiany zapisów w zobowiązaniach, wycofał się po prostu się ze zbyt wysokiego procentu…

Nie do końca też satysfakcjonuje mnie tłumaczenie przypowieści regułami rządzącymi takimi „utworami” a mówiącymi o tym, że przypowieść przybliżając jakąś prawdę zazwyczaj korzysta ze znanego odbiorcom i w miarę powszechnego doświadczenia. Przymykamy więc oczy na powszechne doświadczenie i koncentrujemy się na wnioskach i morale… Nie chciałbym jednak, by doświadczenie oszukiwania pracodawców było uznane za powszechne…

Z drugiej jednak strony, mam świadomość, że ta ewangelia nie może być pochwałą wyrafinowanego oszustwa. Jeśli więc nie jest pochwałą oszustwa i cwaniactwa, to musi być niejako zachętą do aktywności i kombinowania w celu osiągnięcia zbawienia… To niejako wezwanie do zapobiegliwości i sprytu w zadbaniu o życie wieczne… Wzorem ziemskiej „roztropności” mamy obowiązek zadbać „w porę” o zagwarantowanie sobie przyjęcia „do wiecznych przybytków”.

Ktoś mógłby powiedzieć: jaki sens ma takie kombinowanie i zwiększanie aktywności? – przecież zbawienie jest łaską od nas niezależną…
Z drugiej jednak strony warto się czasami zastanowić ile czasu i energii poświęcamy na sprawy, które nie mają większego znaczenia w naszym życiu. Angażując się w rzeczy ulotne i chwilowe skąpimy paru minut dla samego Boga i pogłębiania z Nim przyjaźni – a to ona przecież daje gwarancję zbawienia… Wiara powinna być autentyczna, realna, musi więc przenikać konkrety codziennego życia.

Może szukając w dzisiejszej ewangelii opowieści o autentyzmie wiary, o wzmożonej aktywności i kombinowaniu w celu osiągnięcia zbawienia, należy w postępowaniu tzw. „nieuczciwego” rządcy doszukać się zachęty do rozdawania majątku…
I nie chodzi tu wprost o majątek materialny, pieniądze, choć bywają one często poważnym sprawdzianem naszych sumień – potrafią wydobyć z serca ludzkiego prawdy, których byśmy się nawet nie domyślali. To dzięki nim człowiek może stać się wrażliwym na potrzeby drugiego, pomagającym i hojnym w tej pomocy, ale równocześnie, dzięki nim może stać się rozrzutnym, skąpym, chciwym albo po prostu złodziejem… Prawdziwa jest chyba ta zależność, że podobnie jak szafujemy pieniędzmi, tak też szafujemy wartościami duchowymi.
Podejrzewam jednak, że w dzisiejszej ewangelii chodzi bardziej o majątek w wymiarze mojego życia – to ono jest prawdziwym „majątkiem”, który łatwo można zmarnować… Wsłuchując się więc w dzisiejszą ewangelię: zmarnować życie to nie tyle uczynić coś złego, ale raczej nie uczynić nic dobrego… Marnowanie zaczyna się wtedy, gdy nie rozdaję swojego życia (majątku) innym, gdy zatrzymuję go dla siebie. Wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka, angażowanie się w zaradzanie problemom innych, może być powodem zasługiwania na „pochwałę. Tak wejdziemy na drogę zagwarantowania sobie Królestwa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych…”

1 komentarz

a jednak 100% …

(Łk 15,1-32): (…) Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? (…) Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. (…) Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca. Powiedział też: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. (…) A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. (…)

Zapewne jak wielu czytającym tę ewangelię, przeszło mi przez myśl, że faworyzuje grzeszników, że lekceważy dziewięćdziesięciu dziewięciu kosztem jednego. Taka myśl budzi zazdrość. Stąd już prosta droga do stwierdzenia: po co się spinać… po co walczyć… po co być lepszym…
Jakoś trudno tu dopatrzyć się wezwania do przyjęcia daru przebaczenia i daru zbawienia jako darów darmo danych, na które nie muszę zapracowywać… Tym bardziej, że doświadczenie podpowiada co innego. Stwierdzenie, że On kocha bez względu na moje zasługi czy jakość życia – też w gruncie rzeczy nie jest pocieszające. Gdyby dotyczyło to tylko mnie, byłbym pełen radości – ale jeśli dotyczy to innych, cień zazdrości przykrywa skutecznie tę radość…

Ostatnio używałem języka ekonomii – arytmetyka dzisiejszej ewangelii z ekonomią nic wspólnego raczej nie ma. Ani jeden procent (jedna ze stu owiec), ani 10 procent (jedna z dziesięciu drachm), ani nawet 50 procent (jeden z dwu synów) nigdy nie może przedstawiać większej wartości niż to co zostało…
Tym razem arytmetykę ekonomii musimy chyba odłożyć na bok. Sercem Boga kierują bowiem inne zasady. Każde pogubienie się kochanego przez Boga człowieka powoduje rozdarcie serca na pół – i nie może być tu mowy o jakichś procentach…
Każdy pogubiony, czy zagubiony, staje się kimś ważnym, wręcz najważniejszym…

Dlatego też Bóg przedstawia siebie nie tyle jako kogoś dobrego i przebaczającego, ale chcąc zaradzić rozdartemu sercu sam wyrusza w podróż i szuka tych co poginęli…
Co więcej, wiedząc, gdzie się oni znajdują, zaczyna szukać dróg, dzięki którym mogliby zawrócić. Zaczyna walczyć o człowieka, aż do ryzyka krzyża… I jest to całkiem realne ryzyko.
Wielu z nas nie potrafi odpowiedzieć na tę formę poszukiwania i dalej przybija Jego ręce do krzyża: nie pomagaj, nie potrzebuję, na razie nie chcę się zmienić…, po co wyciągasz rękę, cofnij ją z powrotem…, przybij ją… I nie rzucaj mi się na szyję…

Dzisiejsza ewangelia tak naprawdę obnaża moje serce. Pokazuje, że miłosierdzie wobec drugiego (nie mnie oczywiście) może mnie zaboleć. „Sprawiedliwa zazdrość” z powodu zostawienia 99 procent owiec bez pasterza, czy z uczty dla marnotrawnego brata, próbuje mi podpowiedzieć, że jestem okradany z tego „co wypracowałem” i na co zasłużyłem – z mojej części w sercu Boga… Stąd częste: daj mi moją cząstkę swego serca, tę na którą zapracowałem, na którą zasłużyłem i pójdę sobie… Zapominam, a może nigdy o tym nie wiedziałem, że serca podzielić się nie da…

Serce, łaska oraz miłość, posługują się inną arytmetyką (i innymi procentami). Domagać się w miłości swojej cząstki, tego co się mi należy – to zabić miłość… Ona albo jest albo jej nie ma – tu się nie mówi o procentach… Wszystkie moje problemy, nawet nie całkiem udane życie, zajmują w sercu kochającego Ojca tyle samo miejsca, co życie innych. Tyle samo – to znaczy całe 100%… Nie zajmuję w sercu części – zajmuję zawsze całość. Jestem zawsze dla Niego kimś „najważniejszym”.

2 Komentarze

ekonomia „nienawiści”…

(Łk 14,25-33): (…) Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. (…)

Jeśli kto (…) nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Takich słów w ewangelii raczej nie spodziewaliśmy się usłyszeć. Jakaś niesamowita niespójność. Przecież ewangelia to głoszenie „Dobrej Nowiny”, której istotą jest miłość: Bóg jest miłością, człowiek stworzony na obraz i podobieństwo Boga ma kochać… i to kochać nawet nieprzyjaciół…
Możemy mówić o nienawiści do grzechu – ale nienawiść wobec najbliższych, nawet siebie samego – przecież to niezgodne z Przykazaniem miłości…
Poza tym, On sam wcale nie nienawidził swoich bliskich, dorastał w rodzinie, w jakiś sposób był przywiązany do Matki (pojawia się na kartach ewangelii), znamy jego przyjaźń z Marią, Martą i Łazarzem, swoich uczniów nazywał przyjaciółmi i tej przyjaźni był wierny…

Możemy oczywiście szukać klucza czy bardziej wytrycha w językach semickich, w których „nienawidzić” oznacza: „kochać mniej”, „nie stawiać wyżej” (i tak np. w małżeństwach poligamicznych: pierwsza żona jest „kochana”, miłowana a żony następne: „nienawidzone”). Co zgadzałoby się z podobnym nauczaniem Jezusa z ewangelii Mateusza (10, 37): „Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”
„Nienawidzić” w znaczeniu „kochać mniej” porządkowałoby wtedy hierarchię wartości, czy wręcz hierarchię miłości…
Czy w tych mocnych słowach o takie właśnie uporządkowanie chodzi?

I tak i nie…
Wspaniałym dopowiedzeniem „wezwania do nienawiści” jest odwołanie się do myślenia „ekonomicznego” – do planowania. Każdy z nas przecież, o ile poważnie podchodzi do życia, próbuje wcześniej, zanim cokolwiek przedsięweźmie, dokonać bilansu kosztów i zysków. Sam w klasztorach, w których mieszkałem, byłem zmuszony do pisania budżetu na rok następny – i to takiego, by wszystko sie domknęło…
Chrystus próbuje nam podpowiedzieć, by próbować budować budżet również na płaszczyźnie religijnej, duchowej i moralnej. Improwizacja i bałagan wcale nie sprzyjają wzrastaniu na tych płaszczyznach. By cokolwiek osiągnąć potrzebujemy dobrego zaplanowania, może nawet jakiejś inwestycji…
Tą inwestycją może być postawienie wszystkiego na Chrystusa. Całkowite zawierzenie i podporządkowanie. Stąd właśnie opozycja pomiędzy miłością do rodziny i samego siebie nawet a miłością do Chrystusa. Nic nie może z Nim konkurować – to co od Niego odciąga powinno być przedmiotem nienawiści.
Więcej nawet, musimy przeliczyć sobie bilans strat i zysków i zadać sobie pytanie, czy stać nas na wzięcie krzyża…, rezygnacji z przyjemności i wygód…

Z drugiej strony jednak, każdy z nas ma świadomość, że podjęcie takiej decyzji przekracza naturalne możliwości człowieka i napawa lękiem… Nie o lęk jednak chodzi Chrystusowi. Jemu chodzi o postawienie sobie pytania na ile poważnie traktuję pójście za Nim? Bo jeśli czegoś może niedoszacowałem to wiara staje się powodem zgorzknienia i narzekań? Nie ma owoców tylko ciągłe „wyjaławianie”… Co więcej trwając w takim „niedoszacowaniu” obraz mojej wiary dla innych będzie zafałszowany…

Jak doszacować i uwiarygodnić bilans na przyszłość? Pewnie chodzi o świadomość, że droga Ewangelii to droga dźwigania własnego krzyża – polegając jednak nie na własnych siłach, lecz na mocy Bożej. Ewangelicznej drogi nikt o własnych siłach przebyć nie potrafi. On ją tak zaprojektował, by była drogą ścisłej współpracy człowieka z Bogiem. W nasze ludzkie obliczenia, kalkulacje na miarę własnych ludzkich sił, należy włączyć jeszcze jedną stałą: pomoc Bożej łaski… Nic jej nie zastąpi…
Stąd właśnie owa zachęta do nienawiści wszystkiego, czym próbujemy tę stałą zastąpić…

1 komentarz

Grzegorz…

Boże, Ty się opiekujesz swoim ludem i z miłością nim kierujesz, za wstawiennictwem świętego Grzegorza, papieża, udziel ducha mądrości powołanym do rządzenia Kościołem, niech postępy wiernych w świętości przyczyniają się do wiecznego szczęścia ich pasterzy… [z Kolekty mszalnej]

Św. Leander napisał o nim: przewyższył świętością Antoniego, wymową – Cypriana, a mądrością – Augustyna. Jako papież burzliwych czasów niósł światu nadzieję płynącą z Ewangelii: reformował struktury Kościoła, wysyłał misjonarzy oraz napisał Księgę Reguły pasterskiej zawierającą wskazania dla kapłanów.

Rok temu zacytowałem samego Grzegorza, którego słowa biorę mocno do siebie…
Dziś w życzeniach opartych na Kolekcie mszalnej usłyszałem o duchu mądrości w zarządzaniu wspólnotą klasztorną i pasterzowaniu tym, którzy z mojej posługi duszpasterskiej korzystają… Duch mądrości pasterza ma prowadzić do świętości tych, którym się pasterzuje… Ich postęp w świętości natomiast, zaowocuje szczęściem nie tylko ziemskim ale wiecznym przede wszystkim…

Proszę więc o modlitwę za mnie, by „duch mądrości, postęp wiernych w świętości i szczęście wieczne” były moim udziałem…

1 komentarz

kopernikowy modus vivendi

(Łk 14,1.7-14): (…) Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (…) nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.
Idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Towarzyski savoir vivre, czy cwany podstęp, który prowadzi do zwrócenia na siebie uwagi i osiągnięcia pewnej nobilitacji?
Z drugiej strony porada: nie pchaj się za wysoko, bo może być ktoś znakomitszy od ciebie – nie mieści się w zakresie dzisiejszego poradnictwa PR-owego. Autopromocja wymusza bycie przebojowym i stawianie się ponad innych – tylko wtedy można być zauważonym i w ogóle się liczyć. Choć faktem jest, że rozpychanie się łokciami by „zasiąść” wyżej może grozić bolesnym upadkiem.
Do tego dochodzi jeszcze dziwna rada: zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych – ponieważ nie mają czym się odwdzięczyć…
O co tak naprawdę Mu chodzi?

Ktoś kiedyś powiedział, że każdy człowiek winien mieć coś z Kopernika, by odkryć, że nie jest w centrum świata i nie jest Słońcem, wokół którego wszystko się kręci, ale jedną z wielu planet, która z innymi kręci się wokół Wiecznego Słońca.
I pewnie w dzisiejszej ewangelii o to właśnie chodzi. O przekroczenie egocentryzmu, naukę pokory i bezinteresowności.

Zasadniczo trudno nam się przyznać do egocentryzmu, do pragnienia, by świat się kręcił wokół mnie, bym miał ciągle najlepsze [czyt. najważniejsze] miejsce. Wystarczy jednak zadać sobie pytanie: czy jestem w pełni zadowolony z mojego życia?, czy czuję się doceniony?, czy w ogóle ktokolwiek dostrzega moją pracę? – by otworzyć puszkę zawierającą żal i zazdrość, że inni mają lepiej…
Dziś słyszę: nie zazdrość, ciesz się tym co masz; może świat się wokół ciebie nie kręci, ale zostałeś zaproszony na ucztę i nazwano cię „przyjacielem”… Naucz się pokory…

Pokora jednak, jest czymś czego nie lubimy. Nie rozumiejąc czym jest, postrzegamy ją jako przeszkodę na drodze do sukcesu i bycia szczęśliwym. Często mylimy ją z „zakazem bycia zadowolonym z siebie”, zakazem obrony swojego zdania, nakazem uniżonego wycofywania się i zgodą na tzw. skakanie sobie po głowie.
Ona tymczasem stanowi przeciwieństwo egocentryzmu i pychy. Jeśli pycha polega na zajmowaniu pierwszego miejsca dla siebie – pokora jest oddaniem pierwszeństwa Bogu. On ma być w centrum… Nie polega na zaprzeczaniu własnym zaletom, lecz na uznaniu, że są one wyłącznym darem Boga. Stąd właśnie zachęta do bezinteresownego dzielenia się tym, co mam.

Bezinteresowność natomiast staje się dla nas coraz częściej pojęciem niemającym odzwierciedlenia w rzeczywistości. Przecież nawet tzw. dobre uczynki są podszyte pragnieniem odwzajemnienia. Może warto więc sobie dziś powiedzieć wprost, że czynów doskonale i w pełni bezinteresownych nie ma. Zawsze czegoś oczekuję i zawsze czegoś się spodziewam – i tak naprawdę nie ma w tym nic złego.
On stawia mi jednak pytanie, czy jestem zdolny do działań wolnych od pragnienia odpłaty? Czy próbuję i uczę się dawać, nie oczekując nic w zamian? Czy potrafię wyeliminować ze swojego działania postawę „a co ja z tego będę miał”? Przecież prawdziwa miłość nie podlega księgowaniu i przeliczaniu bilansu strat i zysków…

Nie wywyższaj się, bądź pokorny i dziel się tym, co masz, nie oczekując niczego w zamian – modus vivendi, który jest trudny i pewnie nieprzystający o dzisiejszego świata – ale to jedyna prawdziwa droga do szczęścia…

4 Komentarze