Archiwum dla Sierpień 2013

radość z ciasnych drzwi

(Łk 13, 22–30): (…) Ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: Panie, otwórz nam!; lecz On wam powie: Nie wiem skąd jesteście. Wtedy zaczniecie mówić: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Lecz on rzecze: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości. (…) Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi”.
Jak tak można? Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym. A do nas: Nie wiem skąd jesteście. Nawet gdy Mu przypomnimy: Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś. Powtórzy: Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście…
Aż się chce odwrócić na pięcie i podziękować za taką znajomość…

Tymczasem ewangelia powinna niepokoić tylko tych, którym się wydaje, że już są przyjaciółmi Chrystusa, że już Go sobie „oswoili”, bo poklepują Go po ramieniu; że należą do tych nielicznych, którzy będą zbawieni…
Królestwo jest dla wszystkich, bo wszystkich Bóg powołał do istnienia z miłości, wszystkich pragnie mieć blisko siebie. Stąd niektórym się wydaje, że mogą spocząć na laurach i powiedzieć sobie: Ty mnie kochasz, ja się jakoś tam do Ciebie przyznaję, a więc mogę robić cokolwiek zechcę a Ty wpuścisz mnie do królestwa…

W ten właśnie sposób mogę zamknąć sobie drogę do królestwa. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości. Sprawiedliwością jest oddać każdemu co się mu należy. Jeśli On oddał mi się cały – oczekuje ode mnie tego samego: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi. Niesprawiedliwością jest zawłaszczanie życia i nieoddanie się Jemu całkowicie…

Paradoksem dzisiejszej ewangelii jest to, że nie ma ona na celu straszenia potępieniem, ale jest prawdziwym słowem miłości. Jest ostrzeżeniem i prośbą zarazem, by traktować Pana z należytą powagą a miłosierdzia nie wykorzystywać do bagatelizowania grzechu.

Dziękuję Ci Panie, że drzwi do Twojego królestwa są dla mnie ciągle jeszcze ciasne…

2 Komentarze

ogień i rozłam…

(Łk 12,49-53): Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej.

Ostatnio, często spotykam się z pretensjami rodziców chcących ochrzcić dziecko, że proboszcz nie chce się zgodzić na chrzestnych żyjących bez ślubu. Gdy tłumaczę, że chrzestny ma być prawdziwym świadkiem wiary, praktykującym, a więc przystępującym regularnie do sakramentów, by taki obraz religijności przekazał dziecku – w oczach rozmówców da się wyczytać: „wydziwiasz…”. Podobnie jest z rodzicami bez związku sakramentalnego, którzy buntują się wobec wymogu katechez przedchrzcielnych. Gdy tłumaczę, że trzeba wiedzieć na co się decydują, by potem świadomie, podczas chrztu dziecka, móc odpowiedzieć na pytania: „Czy wyrzekacie się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych? Czy wyrzekacie się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby was grzech nie opanował?” – mam wrażenie, że patrzą na mnie jak na kogoś nie z tej epoki…

Dzisiejsza Ewangelia to zimny prysznic dla wszystkich lekko biorących sobie chrześcijaństwo. Dla tych, dla których jest ono tylko tradycją, obyczajem, elementem kultury, w której żyjemy, zbiorem bezmyślnych przyzwyczajeń i ładnych obrzędów… Te, które uprzykrzają życie należy usunąć lub zmodyfikować – a jeśli ktoś się przy nich upiera, to jest nie-dzisiejszy, dewot lub fanatyk nawet…

Może warto usłyszeć Chrystusowe: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Nasza małoduszność, wegetacja religijna i sprowadzanie życia wiary do formy i tradycji tylko, zagasiło płomień Jego ewangelii…
W dzień Pięćdziesiątnicy na Apostołów zstępuje Duch Święty pod postacią ognistych języków. To On jest „Ogniem Chrystusowym”. On wypala i niszczy – ale tylko nasze grzechy… On daje życie, On obdarza prawdziwą miłością… W Jego obliczu siły grzechu i ciemności muszą czuć się zagrożone… Będą walczyć, prowadzą na krzyż… Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Chrystusowy „chrzest krzyża” to nic innego jak stanięcie naprzeciwko śmiercionośnemu ogniowi nienawiści…

On nigdy nie układał się z siła mi ciemności – tu nie może być zgody i pojednania – tu musi panować ciągła walka. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam.
Czeka nas wewnętrzna walka i przeorganizowanie dotychczasowej hierarchii wartości. Tylko droga miłości całkowitej, miłości nie paktującej ze złem, może doprowadzić do prawdziwego pokoju. Mówi co prawda: Pokój mój daję wam, pokój zostawiam wam. Ale zaraz dodaje: Nie taki, jaki daje świat, Ja wam daję (J 14,27).

Niedawno świętowaliśmy uroczystość Św. Dominika – dużo mówiło się o psie z płonącą pochodnią w pysku… Niewątpliwie o takim ogniu mówił Chrystus… Św. Jacek, którego święto obchodziliśmy wczoraj, dla sobie współczesnych, ale i dla nas, jest niewątpliwie tym, który na nowo podsycił przygasły żar prawdziwej miłości w sercach ludzi…

Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął.
Spraw Panie, by i we mnie zapłonął !!!…

1 komentarz

ekwiwalentność świadczeń…

(Łk 12,32-48): (…) Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. (…)Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.

Parę dni temu brałem udział w rozmowach, których celem jest podpisanie pewnego rodzaju umowy partnerskiej. Wspólnym mianownikiem naszej dyskusji była „ekwiwalentność świadczeń”, która gwarantuje pewnego rodzaju równowagę pomiędzy stronami. W ten sposób każda ze stron jest dłużnikiem i wierzycielem drugiej, zaś świadczenie każdej stanowi równoważnik (ekwiwalent) tego, co sama otrzymuje.

Zasada ekwiwalentności świadczeń, nawet jeśli nie wiemy o co w niej chodzi, jest podstawą życia i relacji międzyludzkich. Czasem próbujemy nazywać ją sprawiedliwością. To ona wyznacza sposób postępowania wobec drugiej osoby i określa zobowiązania i powinności wobec innych a także podpowiada, czego od drugiego domagać się mogę, a nawet powinienem…

Wydaje się jednak, że w dzisiejszej ewangelii Jezus łamie zasadę ekwiwalentności – zaburza porządek. Pan wracający z uczty weselnej zastaje służbę wyczekującą jego powrotu – to przecież do niej należało. Robi jednak to, co do niego nie należało: za wierne wypełnianie obowiązków sadza służbę do stołu i sam usługuje. Pojawia się gest serca, który nie wynika z obowiązków i zasady ekwiwalentności.

Czy chodzi o zwrócenie uwagi, że życia nie można zamykać w granicach dobrze wykonanych obowiązków? Że potrzeba czegoś więcej niż tylko oddawania drugiemu ekwiwalentu tego, co się samemu otrzymuje? Że czasami człowiek czeka na jakiś bezinteresowny uśmiech, dobre słowo czy gest życzliwości?
Na pewno tak. Wypełniając obowiązki wobec drugiego – dajemy mu swoje siły, zdrowie, ręce. Tymczasem on może czekać na moje serce. Może bycie obowiązkowym, to po prostu za mało? Może przestrzeganie zasady ekwiwalentności to nie wszystko?…
Może to serce, to tylko o zwykły uśmiech wtedy gdy wykonuję to, co do mnie należy… Może to drobny gest, który nie należy do moich obowiązków… Dać serce to próbować uczynić zwykłe szare życie pięknym…

A może z drugiej strony, ten dar „ponad”, dar serca, jest jednak zgodny z zasadą ekwiwalentności?
Gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze… Gdy myślę, co jest moim skarbem, co jest dla mnie najważniejsze, oprócz zwykłej ludzkiej życzliwości – to na myśl przychodzi mi: „nie bycie sprawiedliwym wobec moich upadków”, przebaczenie, miłosierdzie – serce Boga po prostu…
Jeśli więc serca pragnę, to i serce oddać muszę… Zasada ekwiwalentności świadczeń podpowiada, że bez ofiarowania swego serca Bogu (także w drugim człowieku), na serce Boga liczyć nie mogę…

A może odwrotnie właśnie… przecież On mi już swe serce ofiarował, a komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą…
Naucz mnie Panie patrzeć na życie Twymi oczyma. Naucz mnie dawać serce, uśmiech i pomocną dłoń, nie myśląc, że jest to coś „ponad”. Naucz mnie po prostu zwykłej wierności zasadzie ekwiwalentności świadczeń…

1 komentarz

moje magazyny…

(Koh 1,2;2,21-23): Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność. (…) Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem? (…)
(Łk 12,13-21): (…) Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia. (…) Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem.

Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? – nie dał się wciągnąć w manipulację tego świata, świata materii i chciwości…
Pierwsza mocna nauka: świat stworzony, wszystko co posiadamy lub chcielibyśmy posiadać, nie może mnie zniewalać, ani mną manipulować…
Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości – ona obnaża wasze zniewolenie. A przecież nie chcesz być niewolnikiem…

Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie… Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, którą mozoli się pod słońcem?… Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami – wszystko marność…
Bardzo lubię Koheleta. Jedni mają go za pesymistę, zarzucają mu nawet pesymistyczny ateizm, inni widzą w nim realistę. Dla mnie jest „poszukiwaczem mądrości”. Pewnie dlatego jego słowa o „marności” nie zniechęcają mnie wcale do pracy i działania. Bardzo łatwo byłoby powiedzieć marność nad marnościami – wszystko marność i przestać przejmować się remontami i finansami klasztoru [praca duszpasterska ma inny wymiar, więc pewnie nie wchodzi w ten zakres]. Koheletowi nie chodzi jednak o lekceważenie doczesności i wartości tego świata – on po prostu chce dokonać jego obiektywnej oceny. Każdy człowiek może, a nawet powinien, sięgać po wszystkie dobra i wartości, które są w zasięgu jego ręki. Mądrość polega jednak na ciągłej świadomości tego, czym one są.
Dziś język egzystencjalizmu coraz lepiej trafia do człowieka. Kohelet jest biblijnym egzystencjalistą – szkoda, że tak rzadko pozwalamy mu komentować ewangelie.
A przecież w dzisiejszej ewangelii Jezus wykorzystuje w swoim nauczaniu mądrość Koheleta. Wszystkie dobra doczesne są darem Boga, ale wszystkie one są przemijające. Ten, kto ma świadomość, że wszelkie dobra doczesne to tylko „marność nad marnościami”, nigdy nie będzie ich gromadził.
Swoje magazyny wypełni bogactwem cennym w oczach Boga.

O jakie bogactwo tu chodzi?
Kluczem do zrozumienia „bycia bogatym przed Bogiem” są niewątpliwie słowa: kto skarby gromadzi dla siebie. Jeśli ktoś gromadzi skarby „dla siebie” nigdy nie będzie bogaty przed Bogiem. I nie chodzi tu tylko o zachłanność, chciwość i myślenie tylko o sobie…
Można rzucić się w wir pracy i różnego rodzaju zajęć tłumacząc się, że to wszystko dla najbliższej rodziny, dla współmałżonka, dla dzieci… – zapominając co dla tej rodziny jest najważniejsze: być razem, rozmawiać, pójść na spacer…
Zbytnie zabieganie i troska o sprawy doczesne sprawiają, że człowiek uzależnia się od świata. Staje się jego niewolnikiem, bo ze środka i narzędzia czyni cel i utożsamia wartość swego istnienia z ilością nagromadzonych środków.
Może warto dziś sobie uświadomić, że Bogu nie chodzi o ilość „posiadania” ale o jakość „bycia”. A jedynym skarbem, który się nie rozpada jest zawierzenie Bogu…

1 komentarz