Archiwum dla Czerwiec 2013

szansa na wygraną…

(Łk 9,51-62): (…) Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka. (…) Do innego rzekł: Pójdź za Mną! Ten zaś odpowiedział: Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca! Odparł mu: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże! Jeszcze inny rzekł: Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu! Jezus mu odpowiedział: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego.

Z początku zadziwienie i chwila konsternacji. Z jednej strony cierpliwość i pobłażliwość posunięta aż do zgody na odrzucenie, z drugiej twarde podejście (bez pozorów nawet cierpliwości) do tych, którzy chcą pójść za Nim.

Po chwili jednak przychodzi zrozumienie pedagogii Boga.

Do tych, którzy Go nie rozumieją i nie wiedzą z czego rezygnują i co odrzucają nie można podchodzić jak Eliasz, który sprowadził ogień na swoich (i Boga) nieprzyjaciół. Stąd powstrzymanie Jakuba i Jana przed ich gniewem: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im.
Bóg przychodzi na ziemię nie po to, by potępić, lecz po to, by zbawić… Stąd ta cierpliwość.

Ci jednak, którzy rozpoznali Pana i są w stanie powiedzieć „chcę pójść za Tobą”, stają na progu walki duchowej. Z decyzją zwlekać jednakże nie można, bo każde opóźnienie lub powrót do poprzedniej drogi może wszystko zniweczyć: Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego.

Na czym polega ta walka duchowa? Na tym, że „Kłamca” w bardzo subtelny sposób zasiewa w nas ziarno wątpliwości. Mimo, że łaska ciągle nam towarzyszy, decyzja wyboru tego, co dobre została złożona w nasze ręce. I ta decyzja jest odwlekana przez wątpliwości: czy to, co rozpoznaliśmy, jest słuszne i prawdziwe oraz czy cena, którą będzie trzeba zapłacić nie jest zbyt wysoka – szczególnie wtedy, gdy to, za czym podążę okaże się mrzonką…
Czas gra na korzyść „Siewcy wątpliwości”. Im dłużej myślimy o przyszłych potencjalnych konsekwencjach, tym bardziej grzęźniemy w strachu i w niewierze… Aż wreszcie dochodzi do tego, że wszystko to, co na początku wydawało się czymś osiągalnym, z upływem czasu staje się jedynie fantasmagorią…
Nasze ludzkie myślenie, rozsądny zdawałoby się namysł, zamiast dodawać – odbiera nam siły…

Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych… Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego. Pospiech, czy nawet gwałtowność, w walce duchowej, do której zachęca, czy wręcz nakłania dziś Chrystus jest niewątpliwie daniem sobie szansy na wygraną…

1 komentarz

innej drogi nie ma…

(Łk 9,18-24): Gdy Jezus modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: Za kogo uważają Mnie tłumy? Oni odpowiedzieli: Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał. Zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? Piotr odpowiedział: Za Mesjasza Bożego. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. I dodał: Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa.

Co miał na celu ten swoisty sondaż? Na pewno test wiary Apostołów.
Wyniki testu są znane Jezusowi i bez tego. Po co więc sondaż?
Potrzebny jest Dwunastu. By sprostować błędne wyobrażenia o Mesjaszu i wskazać im zasady chrześcijańskiego życia…

Wystawianie Jezusowi wspaniałych laurek i porównywanie Go z wielkimi przywódcami religijnymi czy twórcami tych religii, nawet przy najwyższej ocenie dla Chrystusa, nie ma nic wspólnego z wiarą. Wiara to osobiste spotkanie z Chrystusem, Który kocha, Który przebacza, Który odpuszcza… Który jest Drogą prowadzącą do Ojca…

Komentując tę ewangelię w zeszłym roku pisałem: Dwoje kochających się osób – kiedyś musi paść to pytanie: “kim jestem dla ciebie?”. Patrzę ci prosto w oczy i nie próbuj kręcić, nie próbuj wymigiwać się pustymi frazesami. Pytam o miłość, o relację, o więź, o zaufanie… o to czy chcesz być ze mną czy nie… Musisz się określić. (…) I nie ma tu miejsca na kręcenie i puste frazesy…

Autentyczna wiara to nic innego jak rozumne i konsekwentne wypełnianie woli Bożej. Tym, który wypełnił wolę Bożą do końca jest Mesjasz, który umiera na krzyżu. Nie przyszedł, by zaradzać naszym potrzebom i pragnieniom – przyszedł by podjąć krzyż. Chrześcijaństwo nie jest sielanką…
Chcesz Go naśladować – bądź gotowy wziąć swój krzyż. Niewątpliwie wymaga to wielkiego zaufania do Boga.
Ostatnie dwa tygodnie, gdy przeżywam śmierć swojego szwagra, gdy młoda moja siostra zostaje wdową, gdy dzieci zostają bez taty – są niewątpliwym oczyszczaniem spojrzenia na wiarę… Bolesna rezygnacja z wielu ludzkich wyobrażeń, pragnień i zapewne ludzkich złudzeń, wymaga naprawdę dużego zaufania Bogu…

Teologia prosperity [sukcesu] głosząca, że zdrowie, powodzenie materialne i osobiste jest wolą Boga dla człowieka wierzącego i dlatego należy się modlić jedynie o sukces i do niego dążyć, nie do końca ma zakorzenienie w ewangelii. Choć w głębi serca każdego z nas odzywa się pewnie pokusa by przyłączyć się do tych, którzy twierdzą, że można żyć w świecie Ewangelii omijając Golgotę…
Dziś Chrystus przypomina nam czym jest Jego Ewangelia. Że jest ona drogą, którą trzeba przejść od początku do końca. Od tego pierwszego wezwania: „Pójdź za Mną”, przez Golgotę właśnie, bo innej drogi nie ma, aż do chwały zmartwychwstania…

1 komentarz

wyznanie i przyznanie się…

(Łk 7,36-8,3): (…) A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. (…) zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje. Do niej zaś rzekł: Twoje grzechy są odpuszczone. (…)

Jedna z piękniejszych ewangelii. Żywa ilustracja przypowieści o miłosiernym Ojcu, czy jak wolą inni o marnotrawnym synu. Człowiek, który ulegając swoim słabościom, niszczy swoją godność, chce uwierzyć, że Bóg go kocha mimo wszystko. Że prawdziwa miłość kieruje się inną niż ludzka logiką. Że, jak w wypadku tej kobiety, On jeden, jedyny, nie wykorzysta jej – jak to robiło wielu innych mężczyzn – i nie odtrąci, jak inni wokół.

Jedna z piękniejszych i wzruszających ewangelii. A… jednak bliższy jest nam faryzeusz. Szymon nie miał przecież na sumieniu żadnych konkretnych grzechów. Był w porządku wobec Boga i mógł być z tego dumny. Trudno się dziwić, że poczuł się nieswojo, może wręcz urażony, gdy zaproszony Gość zaczął poświęcać więcej uwagi komuś nieczystemu i niegodnemu. Tym bardziej, że jawno-grzesznik dla gorliwego faryzeusza jest zagrożeniem czystości religijnej…
Trudno się więc dziwić Szymonowi, i tym bardziej trudno przyjąć prawdę, że jego droga do Jezusa jest dłuższa niż droga jawnogrzesznicy…

Do tego jeszcze dość dziwne słowa: komu mało się odpuszcza, mało miłuje… Czyżby „wezwanie” do sięgnięcia dna czy szukania na siłę grzechów, by doświadczyć pięknej spowiedzi i przebaczenia, które pobudzi prawdziwą miłość?…

Dzisiejsza ewangelia wzywa do stanięcia w prawdzie i spojrzenia na własne serce. Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. Szymon nie popełnił „licznych grzechów” ale serce ma zamknięte: nie podałeś Mi wody do nóg, nie dałeś Mi pocałunku, głowy nie namaściłeś Mi oliwą… – jesteś natomiast skłonny do krytyki i do gorszenia się…
Czy potrafię nazwać każdy grzech odwróceniem się od miłości Bożej? Czy potrafię spojrzeć na grzech jak na zdradę kogoś, kto mnie kocha?
Stanąć w prawdzie to zobaczyć, że nawet tzw. grzechy lekkie, jeśli popełniane są często i zasadniczo się do nich przyzwyczajamy, przez swą ilość nabierają jakości. Małe zdrady odsłaniają serce, które nie potrafi być do końca wierne…
Stanąć w prawdzie to uznać za grzech także swoje zaniedbania – mogłem coś zrobić, do tego wzywała mnie miłość… – a jednak egoizm lub zwykłe lenistwo zwyciężyło…
Stanąć w prawdzie to uznać za grzech wszystkie momenty, gdy w moim życiu ważniejszym od Boga jestem ja, moje pomysły, idee, drugi człowiek lub inne rzeczy…

Zawsze mamy tendencję do minimalizowania grzechu, zła czynu. A to obwiniamy innych, usprawiedliwiamy się, racjonalizujemy, wypieramy, zaprzeczamy, zatajamy, zapominamy. A to mówimy o problemach – byle nie nazywać tego grzechem. A to znów zatajamy niektóre grzechy lub tak próbujemy je przedstawić, by kapłan rozumiał inaczej niż było w rzeczywistości… Często też sakrament spowiedzi sprowadzamy do gabinetu terapeutycznego: kapłan jak dobry psycholog przyjmie problemy, które zrzucę z siebie, by się lepiej poczuć…
Tymczasem odpuszczone, czyli zatopione w Bożym miłosierdziu może być tylko to co wyznam… Tylko to, do czego się szczerze przed sobą samym i Bogiem, przyznam…
Przecież wyznając grzechy oczekuję również Jego pomocy – by wzmocnił moją wierność…

3 Komentarze

„nagie małpy” – ateizm dla dzieci…

Przeczytałem sobie dziś bajkę… Bajkę o tym „Jak Jeżyk z Prosiaczkiem Boga szukali i co z tego wynikło”. Podobno ma to być „frajda dla małych i dużych – dla wszystkich, którzy mają własne zdanie”.
Przekonanie bohaterów bajki, że niczego im nie brakuje, zostaje poddane w wątpliwość stwierdzeniem: „Kto nie zna Boga, temu czegoś brakuje!” Idą więc „poznać” trzy wielkie religie monoteistyczne. Poznanie to ma dość specyficzny charakter, a i wnioski są zaskakujące:

Jeżyk o Judaizmie powie: „Ja na pewno nie uwierzę w Boga, który topi małe świnki morskie tylko dlatego, że niektórzy ludzie mają przywidzenia!”
Prosiaczek na koniec wizyty w kościele krzyczy z przerażeniem: „Uciekajmy stąd czym prędzej! To ludożercy! Jeżeli oni jedzą syna pana Boga, to licho wie, co mogą zrobić małym jeżom i prosiaczkom!”
Wizyta w meczecie i przypomnienie, że trzeba się modlić pięć razy dziennie, a przed każdą modlitwą porządnie umyć zaniepokoiła Prosiaczka: „O rety, czy ten pan Bóg ma bzika na punkcie mycia? Raz w tygodniu wskoczyć z Jeżykiem do wanny to sama przyjemność, ale nie trzydzieści pięć razy!”
Na dodatek są jeszcze świadkami kłótni rabina, biskupa i muftiego na temat: czyje piekło jest najgorsze, co ma być wyznacznikiem tego, która z religii jest najlepsza…

Bajka kończy się stwierdzeniem, że „Kto zna Boga, temu czegoś brakuje!” i morałem: „Kto nie zna Boga, ten go nie potrzebuje!”
W postscriptum natomiast czytamy: Wszystkie na tym globie wiary to hokus-pokus, czary-mary, a rabin, mufti, ksiądz i my sami – wszyscy jesteśmy „nagimi małpami”. Tylko że oni wierzą w duchy i noszą bardzo dziwne ciuchy.

Bajka dla dzieci ateistów. Bajka, którą niektórzy się zachwycają…
Przyznaję, że po lekturze mam mieszane uczucia:
Z jednej strony pytanie: po co się silić na coś tak – nie boję się użyć tego słowa – nijakiego. Choć odsłania to pięknie metodologię podejścia do religii i zgłębiania/niezgłębiania prawd, które przekazuje…
Z drugiej strony jednak, mam jakieś takie wewnętrzne przeświadczenie, że dzieci, nawet dzieci tzw. ateistów, są na tyle inteligentne, że szybko odkryją „płytkość” bajki i nie wzbudzi w nich ona tylu zachwytów, co w dorosłych…

Dodaj komentarz

użalił się nad nią…

(Łk 7,11-17): (…) Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. (…)

Dwa dni temu przeżywaliśmy w Kościele uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa – dziękowaliśmy Mu za Jego serce: serce pełne miłości i serce pełne przebaczenia wobec naszych zdrad, więcej nawet, za serce poszukujące zagubionych…
Nic więc dziwnego, że to Serce zatrzymuje się przy marach zmarłego. Chrystus nie może przejść obojętnie obok tych, którzy umierają duchowo. Zawsze się zatrzymuje. Żal przenika jego duszę i nie może być inaczej: dotyka mar by wskrzeszać. Wskrzeszać ze śmierci, która jest konsekwencją grzechu…

Dlaczego się zatrzymał? Na widok matki-wdowy – Pan użalił się nad nią…
Ojcowie Kościoła twierdzili, że matka płacząca nad zmarłym synem jest w ewangeliach obrazem Kościoła. To Kościół płacze nad każdym swoim dzieckiem, które zagubiło się w wierze. Co więcej płacze jak nad jedynakiem, bo każdy z osobna jest dla Kościoła jedynym i niezastąpionym…

Może dzisiejsza ewangelia powinna nas skłonić do dziękczynienia za Matkę-Kościół, która płacze nad naszymi marami. Na widok której Pan się użali i powie: Nie płacz! Potem zwróci się do nas i doda „wstań” i odda nas dalej w ręce Matki… w ręce Kościoła…

Ja dziękuję dziś za Kościół – to przez wzgląd na niego Pan ciągle mnie wskrzesza…

Dodaj komentarz

+ Tomek

Tak już jest z człowiekiem, że chciałby na wszystko znaleźć odpowiedź, chciałby wszystko wytłumaczyć, znaleźć przyczynę…
Od środy stoję przed tajemnicą… tajemnicą pełną bólu i cierpienia…
Dziś prowadziłem pogrzeb mojego szwagra – zostawił żonę i dwójkę małych dzieci…

… a może jednak On chce przez tą śmierć co powiedzieć?
… słucham, bo nie mogę przejść obok niej obojętnie…

3 Komentarze

inkwizytor

Piotr z VeronyObok Piotra z Werony nie da się przejść obojętnie. Dziś w Zakonie wspominamy jednego z moich ulubionych świętych. W miejscach gdzie znajduję ślady dominikańskie, zawsze szukam przedstawienia pierwszego dominikańskiego męczennika i inkwizytora – zawsze można go rozpoznać po „maczecie” w głowie.

Historycy piszą, że gdy został powołany na urząd inkwizytora, sprawował go łagodnie i skutecznie. Jedynym odnotowanym aktem tego inkwizytora jest ogłoszenie w Niedzielę Palmową 24 marca 1252 r. dwutygodniowego okresu łaski dla wszystkich heretyków, którzy w tym czasie, dobrowolnie i bez obawy o swoje życie, ujawnią się i nawrócą. Przed upływem tego okresu Piotr został zamordowany. Zginął od miecza heretyków gdy wracał z Como do Mediolanu. Zginął „za przywiązanie do wiary i posłuszeństwo Kościołowi rzymskiemu”.

Konając, inkwizytor wypowiedział wyznanie wiary i ostatkiem sił zaczął pisać na ziemi własną krwią: „Credo in Unum Deum”. Jeden z jego morderców, Carinus, poruszony tym świadectwem wstąpił później do Zakonu i przez 40 lat wiódł życie pokutnika w konwencie w Forli. Po śmierci został ogłoszony błogosławionym.

Dziś proszę tych wszystkich, którzy mają tak dużo do powiedzenia na temat okrucieństwa Inkwizycji, by spróbowali się zapoznać z inkwizytorem Piotrem z Werony. Warto!

Dodaj komentarz