Archiwum dla Grudzień 2012

rodzinny poligon

(Łk 2,41-52): (…) Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.

Tego szczególnego akcentu podczas świętowania tajemnicy Wcielenia zabraknąć nie mogło. Przychodzi by objawić prawdę o swojej miłości. Tej prawdy nie da się jednak objawić gdzie indziej jak tylko w rodzinie. To w rodzinie przecież każdy z nas miłości doświadcza i miłości się uczy. Bez rodziny nikt z nas nie jest w stanie zrozumieć słowa „kocham”.
Syn Boży przyszedł na świat i wychował się w rodzinie: w rodzinie był poddany swoim ziemskim rodzicom, w rodzinie wreszcie czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.

Mam nadzieję, że nikt nie myśli sobie, że w rodzinie Jezusa („świętej rodzinie”) była tylko i wyłącznie sielanka. A nasze rodziny są inne i w naszych rodzinach tak pięknie żyć się nie da… Nic bardziej mylnego. Tam też było wiele bolesnych napięć. Począwszy od napięcia pomiędzy Józefem a Maryją, gdy dowiedział się, że jest w stanie błogosławionym i nie chciał jej przyjąć, poprzez problem ze znalezieniem noclegu i sam poród, emigrację do Egiptu, samo zgubienie Syna (czy rodzice sobie na to mogą pozwolić?), brak Józefa (śmierć? – nie pojawia się potem na kartach ewangelii), aż do śmierci jedynego Syna. To tylko niektóre „napięcia” przynoszące wiele ludzkiego bólu, o których wspomina ewangelia – pewnie było ich o wiele więcej…

Nie o sielankę więc chodzi. Bardziej o poligon, na którym testujemy miłość. W rodzinie nie da się kochać na niby, wszelkie iluzje zostaną natychmiast ujawnione. Na tym poligonie człowiek miłości się uczy i do miłości dojrzewa – szczególnie w wymiarze dawania siebie. Tu nie da się zamknąć w egocentrycznej skorupie, bo miłość nie ma nic wspólnego z egoizmem czy egocentryzmem.
W rodzinie i dla rodziny pojawia się potrzeba rezygnacji z marzeń, kariery, ambicji, samego siebie – bo żyję dla drugiego. Nie tylko dla współmałżonka, ale i dla dziecka. W rodzinie uczymy się być razem, by budować wspólny dom. Jezus przyjmując ludzką naturę, przyjął nie tylko potrzebę jedzenia, picia i wypoczynku, ale również potrzebę bycia kochanym przez swoich rodziców. To w rodzinie, a nie gdzie indziej, realizuje się wszczepiona w nas potrzeba bycia kochanym.

Obyśmy o tym nie zapominali w tym „zwariowanym” i „zachęcającym do walki między sobą” świecie. Ktoś kiedyś powiedział, że brak miłości jawi się światu jako nieobecność Boga. Oby w naszych rodzinach można było doświadczyć Jego prawdziwej obecności…
Podziękujmy dziś naszym własnym rodzinom: małżonkowie sobie nawzajem, dzieci rodzicom, rodzice dzieciom. Podziękujmy za ten poligon, na którym uczyliśmy się, uczymy się i będziemy się uczyć miłości.

Ja dziś dziękuję swojej rodzinie…

5 Komentarzy

poszukujące Słowo…

(J 1,1-18): Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. (…) Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. (…) Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, /o Nim/ pouczył.

Zasadniczo, gdy myślimy o Bogu, to odruchowo spoglądamy w górę. Nie da się jednak powiedzieć wszystkiego o Bogu patrząc jedynie w niebo. Dzisiaj uczymy się spoglądać w dół, na ziemię, uczymy się pochylać głowę, by dostrzec Dziecię w żłóbku. On jest nie tylko transcendentny, wszechmocny i potężny – On jest również mały, słaby, zdany na człowieka, na moje „tak lub nie”… Ogień krzepnie, blask ciemnieje…

Dlaczego? Bo Słowo Bożej miłości, Słowo „Kocham” – ciągle wypowiadane przez Boga – stało się ciałem. Nie mogło być inaczej.
Zakochani dobrze wiedzą, że do miłości niezbędna jest obecność osoby kochanej. Związki na odległość są czymś nienaturalnym i nienormalnym. Człowiek nie jest tylko duchem – miłość domaga się dotyku, przytulenia, pocałunku…
Bóg również nie znosi związków na odległość: staje się człowiekiem, by być blisko człowieka, by go dotknąć, przytulić, pocałować… Więcej nawet: On sam daje się dotknąć, przytulić i pocałować… Wie, co to znaczy kochać – sam przecież jest Miłością…

Bardzo popularne jest dziś bycie „poszukującym”. Ma to oznaczać, że szukam, że cały czas podejmuję wysiłek, by znaleźć prawdę, ale wciąż mam wątpliwości, problemy ze zrozumieniem przykazań, nie angażuję się w życie religijne…
Dziś Bóg chce powiedzieć: nie mów o sobie „poszukujący”, nie wchodź na moje pole działania. To Ja jestem poszukujący: poszukujący ciebie, poszukujący każdego człowieka. Do ciebie należy tylko dać się znaleźć.
Przecież rodzę się w „stajence” twojego często pogmatwanego życia, nie przerażają mnie ani jej ubóstwo i nijakość, ani obecne tam „zwierzęta”.
Jestem naprawdę obecny w twoim życiu i uśmiecham się z żłóbka. Spójrz tylko i zobacz mój uśmiech: uśmiech kochającego Boga…

3 Komentarze

wrażliwość na Emmanuela

(Łk 1,39-45): W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana.

Czas adwentu powoli dobiega końca, już jutro w nocy doświadczymy dotyku Boga, który rodzi się pośród naszych trosk i bolączek – rodzi się, bo potrafimy pośród tego co nijakie i trudne wykazać odrobinę wrażliwości na to, co piękne, dobre i pełne miłości…
O tę wrażliwość chyba, najbardziej w tej końcówce adwentu chodzi. To właśnie dzięki tej wrażliwości Elżbieta dostrzegła „Tego, Który przychodzi” jeszcze zanim Maryja podzieliła się radością „błogosławieństwa”.

Podążając tropem biblijnym możemy kojarzyć słowa Elżbiety „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” ze słowami samego króla Dawida na wieść o przeniesieniu Arki Przymierza do Jerozolimy: „A skądże mi to, że Arka Pańska przyjdzie do mnie?”. Idąc dalej widzimy tańczącego przed arką Dawida i odpowiedź Elżbiety na pozdrowienie Maryi, które należałoby tłumaczyć nie tyle: poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie ile: „zatańczyło dzieciątko w mym łonie”. Maryja staje się arką Bożej obecności.
Wrażliwość na dobro i błogosławieństwo w drugim człowieku, której uczy dziś Elżbieta, może sprawić, że nie przejdziemy obojętnie obok żadnej „arki Bożej obecności”. Oby każdy człowiek, którego spotkamy na naszej drodze był taką arką, oby każdy człowiek wyzwalał w nas pokłady radości i dziękczynienia, że Bóg dotyka naszej ludzkiej biedy swym błogosławieństwem.

Dzisiejsza ewangelia idzie jednak dalej – nie pozwala nam jedynie czekać na tych, którzy będą w nas wyzwalać pokłady radości i uwielbienia. Wcześniej musimy jak Maryja spróbować być takową „arką obecności Boga”. Za każdym razem, gdy uświadomimy sobie dotyk Bożej miłości, pobiegnijmy z pośpiechem do innych, by się podzielić radością.
Tylko wrażliwość i dostrzeganie działania Bożego w moim własnym codziennym życiu może mnie otworzyć na dostrzeganie Bożej obecności w drugim człowieku…

Wrażliwość i dostrzeżenie Jego obecności we mnie i w drugim sprawi, że spotykając się z drugim człowiekiem, nie będę narzekał na swój los i przytłaczające nas problemy [spójrzmy jak wyglądają nasze rozmowy] – ale zacznę chwalić Pana dziękując za Jego delikatną obecność.

Tej wrażliwości na Emmanuela – Boga z nami wszystkim życzę…

1 komentarz

796 lat temu światło zaczęło rozpraszać mrok…

796 lat temu, 22 grudnia 1216 roku, papież Honoriusz III wydał bullę zatwierdzającą zakon założony przez świętego Dominika Guzmana. Cztery tygodnie później opublikował dodatkową bullę, w której wyraźnie określił nowatorski, kaznodziejski charakter zakonu.

Posłannictwo Zakonu takimi słowami przedstawiał papież Honoriusz III, pisząc do św. Dominika i jego braci: „Ten, który swój Kościół ubogaca stale nowym potomstwem, chcąc obecne nowe czasy upodobnić do pierwotnych, apostolskich i rozprzestrzenić wiarę katolicką, wzbudził w was zbożne pragnienie, by obrawszy ubóstwo i życie w zakonnej wspólnocie, oddać się posłudze słowa Bożego, głosząc po całym świecie Imię Pana Naszego Jezusa Chrystusa”.
Założony bowiem przez św. Dominika Zakon Braci Kaznodziejów „od początku, jak wiadomo, powstał specjalnie dla kaznodziejstwa i zbawienia dusz”. Dlatego, według nakazu założyciela, bracia „będąc ludźmi, którzy starają sie o zbawienie własne i drugich, winni wszędzie zachowywać się przystojnie i pobożnie niczym mężowie ewangeliczni, idący w ślady swego Zbawiciela, i mówić z Bogiem lub – między sobą czy z bliźnimi – o Bogu”. [Księga Konstytucji i Zarządzeń Braci Zakonu Kaznodziejów, 1 (K), I -II]

Nowatorski charakter naszego Zakonu to jedno – mnie jednak bardziej fascynuje data jego założenia – przesilenie zimowe: dzień staje się dłuższy a noc krótsza, światło zwycięża ciemność…
Świętując więc dzisiaj urodziny Zakonu, myślę o świetle głoszenia Słowa, które ma wreszcie rozpraszać mroki ludzkich wątpliwości i niezrozumienia tajemnicy…
Zastanawiam się nad tym, jak realizuję swoje powołanie. Czy aby to światło, które ma zwyciężać ciemność nie jest zbyt przyciemnione i czy w ogóle świeci…

W imieniu swoim i współbraci proszę o modlitwę…

1 komentarz

wezwanie do normalności…

(So 3,14-18a): Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! (…)
(Flp 4,4-7): Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! (…)

(Łk 3,10-18): Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie. (…)

Połowa adwentu za nami i można by powiedzieć przywołując św. Pawła: noc się posunęła, a dzień się przybliżył (Rz 13, 12). Stąd zapewne te piękne wezwania dzisiejszej Liturgii Słowa: Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Prawdziwa radość przed nami: Pan jest blisko…

Nie jest to jednak jedyny powód do radości. Źródło mojej radości odkrywam również w Janie Chrzcicielu. Przyznam, że trochę mnie zaskakuje. Po jego radykalizmie, który widać w mocnych słowach, przebywaniu na pustyni, specyficznym odzieniu i pożywieniu, spodziewałem się czegoś innego. Nie sądziłem, że jest realistą i że nie będzie wymagał rzeczy nadzwyczajnych i niesamowicie trudnych.
Wzywa oczywiście do opuszczenia drogi nieprawości, może to i trudne, ale przecież normalne. Ale czyni coś więcej, coś co wydaje sie wręcz nienormalne: proponuje drogę normalności!!! Nawrócenie, do którego wzywa, nie polega na dokonaniu rzeczy heroicznych, nadzwyczajnych czy wręcz niemożliwych.
Rób po prostu to, co do ciebie należy i bądź w tym uczciwy, nic więcej. Zwróć uwagę na zwykłą ludzką wrażliwość i uczciwość opartą na zwykłej ludzkiej sprawiedliwości, czyli oddaniu każdemu tego, co się mu należy. Nic nadzwyczajnego…

Właśnie! nic nadzwyczajnego! a jednak…
Okazuje się, że ten standard normalności jest niesamowicie trudno zachować. Sami wiemy, jak trudno wypełniać dziś swoje obowiązki jeśli one nie są moimi pomysłami na życie: przecież ja wiem lepiej jakie są priorytety działania, co jest ważniejsze i bardziej potrzebne, jaki kierunek działania obrać… Zawsze mam ochotę trochę przy tym pogrzebać i jeśli już coś robić, to tylko po swojemu…
Jakbym słyszał czkawkę raju: „ja wiem lepiej co jest dla mnie dobre…” – tak pojawił się grzech. To chyba on się ciągle czkawką odbija.
Może to właśnie zwykła uczciwość i wierne wypełnianie obowiązków są dziś największym naszym problemem? Może właśnie ich brak nie pozwala mi być świętym. W świętości przecież również nie chodzi o jakiś nadzwyczajny heroizm, ale o normalność właśnie.

Przyznaję, mam trochę ambiwalentne uczucia: z jednej strony radość, że do świętości nie potrzeba nic więcej jak zwykłej wrażliwości, uczciwości i wierności w wypełnianiu swoich obowiązków, z drugiej strony cień smutku: z tą wrażliwością, uczciwością i wiernością w wypełnianiu tego, co do mnie należy, jest zawsze najtrudniej…

1 komentarz

załaduj taczki…

Dziś kazaniem na mszy św. kończyłem quasi-rekolekcje adwentowe dla jednej z lubelskich szkół. Słowo dzisiejszej ewangelii nie było przypadkowe:

(Mt 11,16-19): Jezus powiedział do tłumów: Z kim mam porównać to pokolenie? Podobne jest do przebywających na rynku dzieci, które przymawiają swym rówieśnikom: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie zawodzili. Przyszedł bowiem Jan: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije. a oni mówią: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny.

Zawsze znajdziemy jakiś powód by się nie angażować tak do końca w życie Kościoła: w sakramenty, w liturgię, by nie pozwolić Chrystusowi całkowicie zamieszkać w naszym życiu. Bo coś się nam nie podoba, bo mamy inną wizję, bo po prostu wiemy lepiej jak być powinno.

Tak było w raju, tak pojawił się grzech pierworodny – człowiek przestał czerpać radość ze współpracy z Bogiem. Poczucie braku satysfakcji z tego co robimy, do czego jesteśmy wezwani, skutkuje lenistwem. I nie chodzi tu zwykłą opieszałość, ospałość, gnuśność, czy próżniaczy tryb życia – to już konsekwencje lenistwa.
Chodzi o bardziej subtelny, zdecydowanie trudniejszy do wykrycia aspekt lenistwa, który nie jest wcale brakiem jakiejkolwiek aktywności zewnętrznej, nie jest leżeniem „do góry brzuchem”. Bo człowiek leniwy, który nie odczuwa satysfakcji z współpracy w „czynienia świata piękniejszym”, bywa często ciężko zapracowany, ale bywa to praca często nikomu niepotrzebna lub wykonana nie wtedy, gdy trzeba…
To wtedy właśnie pojawia się przepracowanie, pracoholizm, nad-aktywizm, szukanie sobie zajęć zastępczych – uciekanie od rzeczywistej pracy… – współpracy.
W wirze pracy zapominamy o tym co istotne: o relacjach z drugim człowiekiem, o budowaniu rodziny, o okazywaniu miłości, o zwykłym przebywaniu z drugim, uśmiechu, wyciągnięciu ręki… byciu dla…

To tak jak w tej anegdocie z czasów komunistycznych, gdy na budowę przyjechała inspekcja z Komitetu i zobaczyli robotnika biegającego tam i z powrotem z pustymi taczkami. Gdy go zatrzymali i spytali o co chodzi, odpowiedział: towarzysze na budowie jest taki nawał pracy, że nawet nie ma czasu taczek załadować…

Może właśnie adwent powinien być tym czasem załadowania naszych taczek lub przynajmniej zastanowienia się, co w tych taczkach być powinno…

Dodaj komentarz

przyjdzie i wyrówna…

(Łk 3,1-6): Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże.

Czas i miejsce. Mocne osadzenie w realiach czasowych i przestrzennych. Po co? By uciąć wszelkie spekulacje, że mamy do czynienia w mitem czy bajką. Decydująca faza historii zbawienia dokonuje się w znanej nam czasoprzestrzeni.
Więcej nawet, zaczynają sie spełniać konkretne proroctwa: w tej konkretnej czasoprzestrzeni zaczyna się realizować plan Boga. Działalność Jana Chrzciciela nie jest jakimś szlachetnym zrywem kogoś, kto nie może się pogodzić z grzechem – jest dokładną realizacją zapisu Izajasza.

Bóg wypowiedział Słowo – jego nośnikiem jest „Głos”. Głos głoszący chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów. Zdecydowanie coś nowego i zarazem jeszcze „niepełnego”.
Coś nowego, bo jego poprzednicy, dawniejsi prorocy, wzywali tylko do nawrócenia. Tu pojawia się konkret: chrzest – obmycie wyrażające pragnienie zerwania z grzechami i zmianę swojego życia.
Coś „niepełnego” zarazem, bo wewnętrzna przemiana myślenia, życia i postawy nie mogła być przemianą realną. Człowiek skażony grzechem nie jest do niej zdolny.

To wstęp i przygotowanie do tego, co zamierza uczynić sam Bóg w Jezusie. W Janie Chrzcicielu zaprasza każdego z nas do współpracy, do wyrażenia realnego pragnienia i woli oczyszczenia i przemiany. Do powiedzenia: Tak, potrzebuję Twego zbawienia.
Nie zamierza uszczęśliwiać nas na siłę…
Stąd wołanie: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi!
Pokaż, że ci na tym zależy. Nie zachowuj się absurdalnie mówiąc (i może nawet w głębi serca będąc do tego przekonanym), że tęsknisz za Zbawicielem, że Go potrzebujesz – tymczasem zamykasz przed nim serce. Nie czynisz nic, by On do ciebie dotarł.
Przygotuj wreszcie serce na spotkanie: wyprostuj pokręcone drogi serca i umysłu, wypełnij doliny słabości i lęku, przytnij dążenia pychy i egoizmu, nie daj się zwodzić na manowce… Pozwól przyjść do siebie Panu drogą prostą bez wybojów i kompromisów…

Mówisz, że sam nie jesteś tego w stanie uczynić, że to cię przerasta – masz rację.
Nie przerasta jednak Jego, o ile pozwolisz Mu działać… On jak w znanej wszystkim piosence: przyjdzie i wyrówna… Przyjdzie i wyrówna wszystkie zakręty naszego życia, do których tak łatwo się przyzwyczailiśmy – i te w pionie i te w poziomie…

lecz świeciła nam myśl główna,
którą tak bym ujął tu:
przyjdzie walec i wyrówna,
przyjdzie walec i wyró…

Adwent:
czas wyjścia na pustynię i usłyszenia Głosu: „prostujcie!!!”,
czas uświadomienia sobie: „sam nie dam rady” i poproszenia Chrystusa: Ty sam wyprostuj to co powykrzywiane!…

2 Komentarze

mikołaj – święty od panien…

św. MikołajPominę życiorys Świętego oraz katalog cudów, które przy jego udziale się dokonywały – zainteresowanych odsyłam do ciekawej pozycji Ojca ihumena Atanazego Dębowskiego „Mikołaj Święty Nieznany” [Astraia, 2006].

Przypomnę może tylko, że sama tradycja obdarowywania prezentami w dzień św. Mikołaja bierze się z jednej z bardziej znanych legend o Świętym, która mówi o trzech córkach bogatego mieszkańca Patary, który popadł w nędzę i zamierzał rozwiązać problem zamieniając swój dom na dom schadzek, w którym pracować by miały owe córki. Kapłan jeszcze wówczas, Mikołaj, podrzucił potajemnie mieszek ze złotem do domu byłego szanowanego obywatela by zaradzić grzechowi. Uradowany ojciec nie tylko mógł utrzymać rodzinę ale i dzięki otrzymanemu w cudowny sposób złotu wydać za mąż najstarszą z córek. Mikołaj dowiedziawszy się o tym podrzucił jeszcze kolejno dwie sakiewki, aby za mąż mogły być wydane pozostałe córki.

W ten sposób Mikołaj jest nie tylko symbolem potajemnego obdarowywania potrzebujących ale patronem panien, które zamierzają wyjść za mąż i poszukują dobrego kandydata na męża. Z głębi serca zachęcam więc wszystkie panny by właśnie u tego Świętego wypraszały łaskę „dobrego małżonka”.

Najstarsi hagiografowie opisujący żywot św. Mikołaja zaznaczają: „Nie wystarczyłoby nam czasu, gdybyśmy chcieli dokładniej opisywać wszystkie jego dzieła miłosierdzia, pisać o jego szczodrobliwości, o ilości nakarmionych przez niego ludzi, o tym, ilu odział nagich i nędzarzy, a ilu wykupił z rąk lichwiarzy i komorników”

więcej w moim tekście o Mikołaju, który niepotrzebnie spoliczkował Ariusza

Dodaj komentarz

nabierz dystansu…

(Łk 21,25-28.34-36): Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. (…)

„To, co dotyczy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jest zarazem Boskie i ludzkie. I tak, dwojakie jest Jego narodzenie: jedno z Boga, przed początkiem czasów; drugie z Dziewicy, gdy dopełniły się czasy. Dwojakie też i przyjście: pierwsze – ukryte, jak rosy na runo; drugie – jawne, to, które nastąpi.” [z Katechez Cyryla Jerozolimskiego]
Stąd dwa wymiary radosnego oczekiwania na przyjście Pana. W pierwszej części adwentu weryfikujemy gotowość na powtórne przyjście przy końcu świata, w drugiej, bliżej Świąt, radujemy się z przyjścia, które już się dokonało dwa tysiące lat temu. O ile do radości w drugiej części adwentu nikt nie ma zastrzeżeń, o tyle radość w części pierwszej bywa wątpliwa, a jeśli jest, to głęboko ukryta, wręcz niewidoczna…

Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów (…) Ludzie mdleć będą ze strachu (…) Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wczoraj wspomniałem o lęku przed końcem świata i o tym, że myślenie wierzących nie powinno skupiać się na końcu świata, a na jego początku – na tajemnicy stworzenia.

Gdy wyjeżdża ktoś bliski, na pożegnanie często mówimy z troską: „uważaj na siebie”. Dziś Chrystus każdego z nas wysyła w świat, ten świat i mówi: Uważaj na siebie. Nie daj się złapać w potrzask pożądania, przyjemności, wygody, dobrobytu i problemów tego świata. Nabierz do niego dystansu.
Nie ostrzega przed żadną katastrofą kosmiczną – ostrzega przed katastrofą ociężałości serca. Przed tym wszystkim, co nie pozwala się nam podnieść, by zwiększyć perspektywę patrzenia.
Nabierzcie ducha i podnieście głowy – oto chrześcijański dystans wobec świata. Wyprostuj się, podnieś głowę, spójrz z szerszej perspektywy, perspektywy, z której patrzy kochający Ojciec. Nie patrz ciągle pod nogi, trzymaj głowę tak, by widzieć dalej. Spójrz daleko, w nieskończoną przestrzeń życia wiecznego…

1 komentarz

przebiegunowanie i koniec…

przebiegunowanie ziemi

No i mamy grudzień 2012 roku. Za dwadzieścia dni ma być koniec świata. Tak mówi podobno kalendarz Majów, Proroctwo Oriona i wiele innych przepowiedni… Mówi się o „przebiegunowaniu” ziemi…

Wszystko, co miało swój początek, musi mieć i koniec. W historii ludzkości przeżyliśmy już tysiące przepowiadanych końców świata. Taka przepowiednia oprócz zaciekawienia budzi jednak strach i grozę. Pojawia się wiele lęku a u wierzących chrześcijan nadzieja. Może właśnie dlatego „koniec” jest tak intrygujący.

W tym tygodniu, w ramach katechez dla dorosłych, prowadziłem katechezę nt. Boga wszechmogącego Stworzyciela. Wspominałem, że Pismo Święte zaczyna się od słów: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1) a Katechizm Kościoła Katolickiego bardzo mocno podkreśla, że to „stworzenie” jest podstawą „wszystkich zbawczych zamysłów Bożych” [KKK 280]. W naszej wierze więc odwołujemy się ciągle do tajemnicy stworzenia a nie tajemnicy końca tego świata – do tajemnicy Bożej miłości a nie lęku przed zagładą…
Wypatrywanie końca świata nie da nam odpowiedzi na pytania: „skąd pochodzimy?” i „dokąd idziemy?”, „jaki jest nasz początek?” i „jaki nasz cel?”, „skąd pochodzi i dokąd zmierza wszystko, co istnieje?” Odpowiedzi na te pytania możemy jednak znaleźć w nadziei, że wszystko co Bóg stworzył jest dobre i że to wszystko jest darem miłości Bożej dla nas ludzi.

Być może jest to powód by grudzień 2012 roku uczynić wyjątkowym. I to nie z powodu lęku przed końcem świata ale z powodu odkrycia tajemnicy Bożej Miłości w stworzeniu świata właśnie. Na tę tajemnicę w sposób szczególny zwraca również uwagę tajemnica Bożego Narodzenia. Bóg wszedł w nasz świat, stał się człowiekiem – czy zrobiłby to, gdyby zaraz to wszystko miał zniszczyć?
Mam nadzieję, że ten grudzień będzie końcem nie tyle świata, co naszego lękliwego myślenia, że nastąpi przebiegunowanie nie tyle planety ziemi, co naszego myślenia. Że pojawi się radość, miłość, dostrzeganie drugiego człowieka i przede wszystkim wspólne dbanie o nasz dom, którym jest ten właśnie świat…

4 Komentarze