Archiwum dla Listopad 2012

Król nie z tego świata…

(J 18,33b-37): Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? (…) Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? / Odpowiedział Jezus: / Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.

Przez całe trzy lata nauczania z Jego wypowiedzi czy przypowieści nie wynikało to wprost – dopiero przed śmiercią przyznaje, bez owijania w bawełnę, że jest Królem. Zapewne nie chciał, by wzięto Go za politycznego buntownika, który chce wyzwolić spod jarzma okupanta. Przecież królestwo Jego nie jest z tego świata.
W tym świecie, w naszym świecie, toczy się nieustanna walka o rząd dusz. To co uznamy za najważniejsze i najbardziej wartościowe, to bez czego nie potrafimy na co dzień żyć, przesądza o jej wyniku. Warto postawić sobie pytanie: co [bo pewnie już coraz mniej „kto”] jest moim Panem i Królem. Tu nie ma miejsca na neutralność, bezstronność czy po prostu stanie z boku.

Gdy próbuję wcielić się w Piłata i zadać Jezusowi pytanie: „czy Ty jesteś Królem? moim Królem?” – On odpowiada: Spójrz w serce, sprawdź czy wszystkie sfery twojego życia oddałeś Mnie, czy nie zatrzymujesz czegoś dla siebie, czy nie próbujesz bronić się przede Mną mówiąc, że to twoja prywatna sprawa. Przecież twoim Królem mogę być tylko na tyle, na ile Mi pozwolisz…
Gdy zaczynam się tłumaczyć i pytać dlaczego jest tak zaborczy i zazdrosny, dlaczego nie chce tolerować innych „panów” w moim życiu, zaraz dopowiada: Królestwo moje nie jest z tego świata… Nie zamierzam konkurować ani negować wartości tego świata. Pragnę je tylko uporządkować i ustawić w prawidłowej hierarchii ważności – hierarchii opartej na prawdzie. Na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie…

Piłat słysząc o „nowym” królu przestał słuchać dalej i nie dosłyszał, że „królestwo Jego nie jest z tego świata”…
Jeśli nie usłyszymy tych słów, to albo zaczniemy postrzegać Kościół tylko w wymiarze instytucji świeckiej i będziemy próbować poprawiać prawo Boże jak zwykłe ludzkie, albo całkiem odwrotnie będziemy się domagać „politycznej” intronizacji Chrystusa, np. na Króla Polski…
Obie drogi są zaprzeczeniem Jego nauki i prawdziwego królowania…

2 Komentarze

wejrzyj Panie na dobro…

Dokładnie dwa miesiące temu jechałem do cioci i wujka, by odprawić mszę św. jubileuszową z okazji 55-lecia sakramentu małżeństwa – dziś dowiedziałem się, że ciocia odeszła do Pana.

Natychmiast poszedłem odprawić mszę św. w jej intencji dziękując za to, kim była dla mnie i dla rodziny. Ufam, że i Pan Bóg wejrzy na wszelkie dobro, które było jej udziałem, i przyjmie ją do swego królestwa… Amen.

1 komentarz

verba docent, exempla trahunt…

Przeczytałem dziś rano ciekawy tekścik: „I kto to mówi?” – polecam. W trakcie czytania przypomniało mi się jak kiedyś w jednym z „Listów do Przyjaciół” napisałem:

Bardzo często spotykam się z krytyką księży, że co innego mówią na ambonie a co innego widać w ich życiu. Na taką krytykę odpowiadam często żartobliwie, że „kapłan ma być drogowskazem – a widział kto kiedy aby drogowskaz podążał w kierunku, który wskazuje?”. Nie jest to oczywiście moja wizja kapłaństwa, ale bazując na tym dowcipie można zauważyć dwa istotne wyzwania stojące przed kapłanem.
Po pierwsze, Chrystus swoim uczniom mówił o Dobrym Pasterzu przekazując im wzór kapłaństwa. Dobry Pasterz to pasterz, który jest ciągle przy swoich owcach, towarzyszy im, nie szuka wygody i nie ucieka. Dobry kapłan towarzyszy więc „danym mu” ludziom we wszystkich ich troskach, problemach i doświadczeniach. Nie ucieka od nich, nie szuka wygody. Dobry kapłan potrafi towarzyszyć szczególnie tym, którzy upadają – w pokorze potrafi zrozumieć słabość [w końcu ma je także], nie moralizuje ale zaprasza do wspólnej drogi jej przezwyciężenia – w końcu jesteśmy z tej samej gliny.
Po drugie, kapłan staje w pokorze przed Słowem, które wypowiada – nie jest to przecież jego Słowo. Tu właśnie drogowskaz się zatrzymuje. Gdybym osobiście miał głosić z ambony siebie – nigdy bym na tę ambonę nie wyszedł. Mam świadomość, że Słowo które wypowiadam jest skierowane także i do mnie. Sam sobie głoszę także każde kazanie mając świadomość swoich niedomagań i słabości. Sam sobie wskazuję drogę którą mam podążać. I przyznaję, że choć zasadniczo kazania przygotowuję, to często już podczas jego wygłaszania bywam zaskoczony tym co usłyszę i do czego jestem wezwany. Wtedy naprawdę odczuwam, że stoję w miejscu i wskazuję drogę – a przecież trzeba zrobić krok naprzód i wyruszyć tam gdzie wskazałem.

Polecam cały tekst: „Z nicości w nicość?” – o moim kapłaństwie

Dodaj komentarz

memento mori

(Mk 13,24-32): Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba. A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach. (…) Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec.

Słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte… – tego typu mrożące krew w żyłach i przemawiające do wyobraźni opisy przyczyniają się zapewne do fascynacji tajemnicą końca świata. Ma to swój wyraz w ikonografii apokaliptycznej i bazujących na niej przepowiedniach i pseudoproroctwach.
Zapominamy, że głoszenie Dobrej Nowiny nie polega na tanim straszeniu zderzeniem komety z ziemią czy jakąś inną formą Armagedonu. Ruch ciał niebieskich służy do odliczania czasu. Wszelkie więc znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach zapowiadają tylko i wyłącznie koniec ludzkiego czasu, koniec naszych dziejów. Są wyrazem nadziei i powierzeniem pewnego sekretu: przyjdę, będziesz gotowy?

Niesamowicie fascynujące jest odwołanie się Jezusa w dzisiejszej ewangelii nie tyle do naszej wiary ile do talentów, w które nas wyposażył Ojciec: postrzeganie, zdrowy rozsądek, rozum, logika… To wszystko ma nam wystarczyć, by móc wyciągać wnioski dotyczące naszego życia i śmierci oraz ewentualnego życia wiecznego. Od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato…
Niestety grzech lenistwa często nie pozwala nam korzystać z tych talentów, nie chce nam się uczyć i wyciągać wniosków z historii naszych własnych błędów. A jeśli takowe nawet wyciągniemy, to rzadko kiedy chce się nam zastosować je w życiu – wciąż na nowo popełniamy te same głupstwa.

Nie jest ważne czy tzw. „koniec świata” dokona się za mojego życia. Ważne natomiast jest – i o tym chce powiedzieć dzisiejsza ewangelia – że moje życie doczesne się skończy. I to będzie właśnie mój osobisty koniec świata. Po to mam rozum, bym wreszcie to dostrzegł, bym nie unikał tej prawdy, bym wyciągał wnioski.

Gdy pracowałem w Gdańsku często bywałem w Kartuzach. Za każdym razem, gdy odwiedzałem kościół z pozostałościami po eremie kartuskim, gdy patrzyłem na dach w kształcie trumny i wahadło zegara z aniołem śmierci, przypominałem sobie ich starą kartuską dewizę: memento mori. Może warto ją dziś sobie przypomnieć – może to właśnie ona jest mottem dzisiejszej ewangelii.
Nie chodzi przecież o zaniedbywanie życia codziennego ze względu bliską śmierć, ale o stałą, pełną pokoju i nadziei świadomość, że w dniu i godzinie, których nie zna nikt oprócz Boga, stanę przed Nim. I pomimo tego, że pewnie nie będą się one różniły od innych, na ten dzień i godzinę mam być zawsze gotowy. Memento mori.

1 komentarz

Albert

Nie mogę nie wspomnieć tej postaci. Nie tylko dlatego, że był dominikaninem ale przede wszystkim dlatego, że był mistrzem i nauczycielem Tomasza z Akwinu – mojego patrona w Zakonie. To on rozpoznał geniusz Tomasza, zapoznał go z filozofią Arystotelesa oraz myślą filozofów żydowskich i arabskich, a potem wspierał w zwalczaniu poglądów awerroistów. Tomasz był mu tak bliski i ważny, że gdy w trakcie obrad Soboru Lyońskiego (1274 r.) dowiedział się o jego śmierci, powiedział: „zgasło światło Kościoła”, a podania mówią, że od tego czasu płakał za każdym razem, gdy Tomasza wspomniano. Pewnie dlatego też tak usilnie bronił prawowierności swojego ucznia, gdy biskup paryski Stefan Tempier, w roku 1277, próbował doprowadzić do potępienia jego pism twierdząc, że są one zbyt bliskie pogańskim filozofom.

Dante w swojej Boskiej Komedii umieszcza Alberta (wraz z Tomaszem) pośród miłośników mądrości w tzw. Niebie Słońca. Powołuje się on również często do albertowe ujęcie wolnej woli.

Warto tu jeszcze wspomnieć, że to właśnie Albert był jednym z opracowujących nowy program studiów dominikańskich, który został przedstawiony na Kapitule Generalnej Zakonu w r. 1250. Wprowadzono do niego obowiązkowe nauczanie filozofii.
Sam, w godny podziwu sposób łączył tajemnice Objawienia z filozofią. Stworzył zręby syntezy myśli chrześcijańskiej postulując autonomię rozumu w budowaniu filozofii. Uważał, że w ten sposób przysługuje się obronie chrześcijańskiej wiary. Powrót do tej scholastycznej tradycji stawiającej w centrum nie tylko Boga ale również i ludzki rozum dostrzec możemy w encyklice Jana Pawła II Fides et ratio.

Interesował się każdą dostępną w jego czasach dziedziną wiedzy przyrodniczej. Szczególne zainteresowania przejawiał w dziedzinie botaniki i chemii. Podobno w badaniach laboratoryjnych miał otrzymać arszenik i cynk. Przypisywano mu zajmowanie się alchemią, współcześni oskarżali go o uprawianie magii – zapewne trochę na skutek zazdrości a trochę ze względu na niezrozumienie. Legendy mówią nawet o stworzeniu homunkulusa.
Pomimo zainteresowania nauką, a może właśnie dzięki niemu, wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Eucharystii i Bogurodzicy, która – jak twierdził – w objawieniu poleciła mu wstąpić do Zakonu Dominikańskiego i potem umacniała go w dobrych zamiarach.

Boże, Ty sprawiłeś, że święty Albert, biskup, stał się wielki dzięki umiejętnemu godzeniu ludzkiej mądrości z wiarą objawioną; daj, abyśmy w szkole takiego mistrza poprzez postęp wiedzy doszli do głębszego poznania i umiłowania Ciebie.

1 komentarz

portfel serca

(Mk 12,38-44): Jezus (…) usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie.

Aż kusi, by jako funkcjonariusz Kościoła Katolickiego zacząć tłumaczyć ideę ofiar składanych na tacę podczas mszy św. By nawiązać do pierwszych wieków chrześcijaństwa i opowiedzieć nie tylko o chlebie, ale również o warzywach i zwierzętach ofiarowanych podczas liturgii, które potem przez diakonów były rozdawane ubogim, wdowom i potrzebującym – w liturgii do dziś zachował się z tego tylko obrzęd obmycia, któremu nadano jedynie sens duchowy. Taca, która zastępuje współcześnie te wszystkie dary jest wyrazem troski o utrzymanie wspólnoty Kościoła, jego duszpasterstwa, nigdy kapłana – ale to wszyscy zapewne wiedzą…
Chleb i wino, które ofiarujemy, jest symbolicznie darem każdego z nas – składamy je na ołtarzu jako wyraz pragnienia złożenia na ołtarzu samych siebie, by zostać przemienionym w dar dla Boga. To dlatego dziś podczas ofiarowania składamy ofiary pieniężne jako skromny wyraz naszego włączenia się w ofiarę na ołtarzu – daję coś od siebie, z siebie. Nikt nie wymaga byśmy wrzucali do koszyka wszystko co mamy – ale pewnym nieporozumienie jest również wrzucanie tylko tego, co nam zbywa…

Gdy czytam dzisiejszą ewangelię obok wdowy widzę zaraz młodzieńca z przypowieści o uchu igielnym. Dwie jakże różne postaci: smutny młodzieniec z wielkim majątkiem oraz sercem skutym przywiązaniem do rzeczy materialnych oraz głodna wdowa z sercem bogatszym zapewne niż majątek młodzieńca.
Wyrachowanie, którym się dziś kierujemy, kazałoby uznać tę wdowę za co najmniej nieroztropną. Po ludzku patrząc dostrzegamy tylko pieniądz w dłoni i pusty żołądek – nie serce. Bóg jednak ciągle patrzy w serce i zna wielkość każdego czynu, którym próbujemy przekroczyć egoizm.
Może siedzi sobie właśnie gdzieś blisko mnie i patrzy w portfel mego serca, obserwuje moje codzienne gesty i rytuały, pozory, może nawet gierki obliczone na pokaz. Siedzi i kiwa głową. Chciałby widzieć bezinteresowną dobroć a nie wyrachowaną sprawiedliwość.

Kluczem do zrozumienia dzisiejszej ewangelii są słowa: ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. To Bóg poszedł na całość i oddał nam wszystko co miał: swojego jednorodzonego Syna. Syn również oddał nam wszystko: swoje życie… Pójść za Jezusem, realizować w swoim życiu obraz i podobieństwo Boga, to oddać wszystko, całego siebie. Wdowi grosz oznacza nieograniczone zaufanie Bogu.
Tak naprawdę każda ofiara jest zewnętrznym wyrazem zaufania Bogu. Wymaga to jednak dużo pokory i wiary. Nikt z nas nie lubi zawdzięczać zbyt wiele innym, każdy raczej wolałby być niezależny. Na płaszczyźnie duchowej nie da się być całkowicie niezależnym – nic nie dokonuje się bez łaski. Jeśli się tego nie nauczę, jeśli będę kurczowo zamykał portfel mego serca – pojawi się pycha…

1 komentarz

mój klasztor w sercu miasta…

Otwierając dzisiejszą sesję naukową w naszym klasztorze: „Klasztor w sercu miasta, dzieje i skarby lubelskich dominikanów”, która była równocześnie oficjalnym otwarciem naszej stałej ekspozycji muzealnej oraz promocją nowego albumu i katalogu wystawy, nawiązałem do słów, które umieściłem w tymże albumie:

Album, który trzymacie w rękach, jest próbą zaprezentowania tego, co jest niewątpliwie owocem Waszej sympatii i przyjaźni oraz Waszej życzliwości i ofiarności wobec nas – lubelskich dominikanów. Chcemy podzielić się z Wami nowym blaskiem, którego w ogromnej mierze właśnie dzięki Wam, nabrał nasz klasztorny kompleks. Przywołując na nowo historię naszej dominikańskiej obecności w Lublinie, pragniemy raz jeszcze zachwycić się z Wami skarbami jakie posiadamy.

Klasztor w sercu miasta stał się klasztorem w sercach jego mieszkańców. Historia naszej obecności w Lublinie przeplata się z historią jego mieszkańców. Byliśmy z Wami od połowy XIII w., jesteśmy i będziemy dla Was nadal.

To wy nadajecie sens wszystkim wymiarom naszej obecności. Tak naprawdę to Wy jesteście naszym skarbem. Dominicanes [łac. dominikanie] często tłumaczymy jako „Pańskie Psy”. Nie obrażamy się gdy ktoś nas tak nazywa. Nawet więcej – lubimy tę nazwę. Pies uchodzi za najlepszego przyjaciela człowieka. Nie tylko dlatego, że ostrzega i broni przed niebezpieczeństwem. Przede wszystkim dlatego, że towarzyszy człowiekowi. Naszym powołaniem jest towarzyszyć Wam, uczestniczyć w Waszym życiu, pomagać – na ile możemy – nadawać temu życiu swoisty urok i piękno.

Wszystko, co prezentujemy w albumie jest dla Was, bo jest po prostu Wasze…

Zachęcam do zapoznania się z albumem!!!

Dodaj komentarz