Archiwum dla Wrzesień 2012

zgorszenie i granice tolerancji…

(Mk 9,38-43.45.47-48): Wtedy Jan powiedział do Jezusa: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. Kto wam poda kubek wody do picia, dlatego że należycie do Chrystusa, zaprawdę, powiadam wam, nie utraci swojej nagrody. Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze. Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.

„Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodził z nami, jak w imię Twoje wyrzucał złe duchy i zabranialiśmy mu”. Można by powiedzieć: zwykła ludzka pokusa zmonopolizowania łaski i zamknięcia jej w ramach instytucji – zresztą są to najczęstsze zarzuty wobec Kościoła. Można by na tym budować całe eseje religijno-socjologiczno-ekonomiczno-polityczne. Tymczasem Jezus w ogóle nie wchodzi w tę tematykę, On po prostu uczy prawdziwej tolerancji: „Nie zabraniajcie mu”, a nawet podaje jej złotą zasadę „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”.
Zdaje się wręcz mówić: spójrz pozytywnie na drugiego, nie bądź „ciasny” – jeśli nie jest twoim wrogiem, to jest sprzymierzeńcem…

I wydawałoby się, że tolerancja nie może mieć granic – tymczasem w nauczaniu Jezusa te granice jasno widać: „nikt, kto czyni cuda w imię moje”. Granicą tolerancji jest „działanie w imię Jezusa”. Niektórzy się od razu żachną: „a jak ktoś jest niewierzący?” I tych od razu chciałbym uspokoić. Nie będę torpedował teologią i tłumaczył, że jeśli ktoś szczerze szuka prawdy, to szuka Jezusa, który jest Prawdą oraz, jeśli ktoś szczerze szuka prawdy, to działa z natchnienia Ducha Prawdy… Dopowiem jedynie, że działanie „w imię Jezusa”, to działanie zgodne z zasadami, które On głosił – a takowe działanie nigdy nie będzie wrogim. Każde działanie, nawet bolesna krytyka, o ile kieruje się miłością, braterskim upomnieniem, dyskrecją, pokorą i troską o wspólne dobro, jest działaniem w imię Jezusa – mieści się w kategoriach bycia chrześcijaninem.
Inaczej ma się jednak rzecz, gdy działania nie są „w imię Jezusa”, czyli nie są zgodne z Jego podejściem do człowieka – gdy nie mają nic wspólnego z miłością i gdy ich celem nie jest troska o wspólne dobro ale np. podważenie zaufania, oczernianie i dyskredytowanie.

Stąd zapewne w tej samej wypowiedzi Jezusa znajduje się Jego nauka o zgorszeniu. I nie chodzi tu wcale o to, że ktoś się gorszy czyimś postępowaniem, bo wydaje mu się ono nie w porządku. Chodzi o coś więcej – chodzi o zgorszenie, czyli o „uczynienie drugiego gorszym” – to ja jestem winny, że drugi nie idzie drogą dobra, a co więcej, schodzi z niej. „Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze”…
Wszystkie więc działania bez miłości i prawdziwej troski o dobro drugiego, a więc nie „w imię Jezusa”, mają znamiona zgorszenia. Tolerować ich nie można!

Tajemnica zgorszenia to także moralny relatywizm, to rzeczywistość z którą człowiek „oswaja się” od małego: podważenie zaufania, oczernianie i dyskredytowanie Kościoła, bezkarność oszustów, związki, które z małżeństwem niewiele mają do czynienia, cynizm, egoizm, któremu może „zagrażać” np. poczęcie lub narodziny dziecka, itd., itp.
„Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją”. Bez nietolerowania i eliminowania ze swojego życia tego wszystkiego, co czyni nas gorszymi, trudno nam będzie wziąć na poważnie nauczanie Jezusa – zaczniemy do niego podchodzić z dystansem, aż w pewnym momencie zanegujemy je. Może warto czasem wyłączyć telewizor z ogłupiającym programami, zerwać ze środowiskiem, które sprowadza mnie na manowce. Może warto czasem, w imię dobra dziecka, sprawdzić czy nie jest ono gorszone: zobaczyć i podyskutować na temat programów, które ogląda, towarzystwa, z jakim się spotyka, książki, którą właśnie czyta… Zgorszenie przecież wprowadza człowieka na drogę nieszczęścia.

I jeszcze jedna refleksja. Bardzo często tę ewangelię przywołuję przy okazji spowiedzi i postanowienia poprawy. Postanowienie poprawy to nie sama chęć zmiany życia, to przede wszystkim współpraca z łaską – a nie da się z łaską współpracować inaczej jak tylko przez wyeliminowanie okoliczności, które grzechowi sprzyjają. Jeśli masz problem z czystością przedmałżeńską – to przestań się spotykać sam na sam w miejscach intymnych, bo one sprzyjają by ulec grzechowi. Jeśli narzekasz na polityków, obrażasz ich i przeklinasz, to wyłącz telewizor czy radio, itd., itp.
Odetnij to wszystko co sprzyja grzechowi…

2 Komentarze

rusztowania…

a już miałem nadzieję, że remonty nie będą nam przeszkadzały…

 

… a tu znów rusztowania

 

 

1 komentarz

dziecko pomoże ci zrozumieć krzyż…

(Mk 9,30-37): Jezus i Jego uczniowie podróżowali przez Galileę, On jednak nie chciał, żeby kto wiedział o tym. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity po trzech dniach zmartwychwstanie. Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać. Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był w domu, zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich! Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał.

Siedem lat temu, gdy ponownie pojawiła się w mediach dyskusja nt. ustąpienia chorującego i nie mogącego już sprawować urzędu papieża Jana Pawła II, wpadł mi w ręce opublikowany przez jeden z dzienników tekst Umberto Galimberti „Ciało i cierpienie”. Poruszyło mnie w nim to, że uznający się za niewierzącego wykładowca filozofii, staje w obronie zachowania urzędu przez papieża, któremu kondycja cielesna nie pozwala już kierować Kościołem. Więcej nawet, autor zastanawia się również „ile wiary mają w sobie ci, którzy podnoszą problem rezygnacji z powodu cierpienia, w jakim znajduje się jego ciało?”
Zakreślając krótko biblijną teologię cierpienia dodaje: „Jezus poddaje się temu posłusznie i z miłością. Jego męka szokuje Piotra i jego uczniów, tak jak nieuleczalne cierpienie Papieża szokuje tych, którzy boją się o Kościół. Ale jeśli Mistrz doznał cierpienia i utrapienia, uczniowie muszą iść tą sama drogą (…) tak i my musimy wytrwale stawić czoło próbie, na którą nas wystawiono, skupiając nasz wzrok na tym, który nam przewodzi w wierze i przecierpiał krzyż, gdyż Chrystus współcierpi z tymi, którzy cierpią, i zostawia swoim uczniom to samo przykazanie, aby „życie Chrystusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele” [2 Kor 4, 10]. Jest więc jasne, że wymaganie od Papieża, by zrezygnował, jest równoznaczne z żądaniem, by wyrzekł się swojej wiary, zrezygnował ze świadectwa, tego najboleśniejszego, gdyż zadającego cierpienie…”

Faktem jest, że ciągle mamy problem ze zrozumieniem Boga. Wiemy, że nie stworzył On ani śmierci ani cierpienia, i tego nie chce [rozmnaża chleb, by zaradzić głodowi, uzdrawia, nawet wskrzesza – przychodzi by zwyciężać i umacniać]. Takiego Boga chcielibyśmy mieć przy sobie i z tylko takim Bogiem chcielibyśmy utrzymywać kontakt. Modląc się, zwykle nie prosimy o wytrwałość w przykrościach, ale o to, by Bóg je zabrał, i to jak najszybciej…
Trudna więc wydaje się dla człowieka tajemnica krzyża i cierpienia. A jeśli coś jest trudne i niezrozumiałe to najlepiej to zignorować lub temu zaprzeczyć. Tak właśnie zrobili Jego uczniowie. Gdy On opowiada im o czekającej Go męce, oni spierają się, który z nich jest ważniejszy. Egocentryzm, szukanie wygody, unikanie trudu i cierpienia – to coś, co człowiekowi nigdy obce nie było…

Tymczasem On ciągle chce nam przekazać, że prawdziwa wielkość człowieka polega na oddaniu siebie Bogu i drugiemu człowiekowi… I znajduje na to sposób: „wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje…” Jakby chciał powiedzieć: Bądź wielki – otocz je opieką, żyj dla niego, poświęć dla niego siły, czas i pieniądze – po prostu: pokochaj go…
Przyjęcie dziecka to najlepszy sposób na autentyczne wyzwolenie się z egoizmu. Najlepiej o tym wiedzą małżonkowie, którym pojawienie się dziecka wywraca świat do góry nogami – w bezdzietnym małżeństwie groziłby im „egoizm we dwoje”.
To chrystusowe wezwanie do przyjmowania dzieci nie może dotyczyć tylko małżonków – dotyczy każdego, nawet księży i zakonników [również zakonnic]. Nie trudno zauważyć, że najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi są ci, którzy kochają dzieci. Najprostszą drogą do wyleczenia się z egoizmu i wypełnienia serca miłością jest umiłowanie każdego dziecka – lub inaczej dostrzeżenie w drugim człowieku dziecka i objęcie go uściskiem miłości.

Może to właśnie jest sposób na zrozumienie tajemnicy krzyża, tajemnicy cierpienia, tajemnicy całkowitego oddania swojego życia drugiemu. Jezus nam to ułatwia i utożsamia się z dzieckiem: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje”…

1 komentarz

naprawiaj…

Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat.
Odpowiedzieli:
„Bo widzi Pan, urodziliśmy się w czasach,
kiedy jak coś się psuło, to się to naprawiało,
a nie wyrzucało do kosza.”

… za chwilę jadę do cioci i wujka, by odprawić mszę św. jubileuszową z okazji 55-lecia sakramentu małżeństwa – stąd powyższa anegdota…

… chyba trzeba zacząć tęsknić za takim podejściem do rzeczywistości…

3 Komentarze

wiesz o co w tym chodzi?…

(Mk 8,27-35): (…) Za kogo uważają Mnie ludzie? (…) A wy za kogo mnie uważacie? Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjasz. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. (…) Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je.
(Jk 2,14-18): Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy sama wiara zdoła go zbawić? (…) Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie. (…)

Dwoje kochających się osób – kiedyś musi paść to pytanie: „kim jestem dla ciebie?”. Patrzę ci prosto w oczy i nie próbuj kręcić, nie próbuj wymigiwać się pustymi frazesami. Pytam o miłość, o relację, o więź, o zaufanie… o to czy chcesz być ze mną czy nie… Musisz się określić.

Prosta katechizmowa definicja mówi, że „wiara jest odpowiedzią na objawienie”. Dziś można by powiedzieć, że wiara jest odpowiedzią na pytanie Chrystusa: „a ty za kogo mnie uważasz?” To kluczowe dla życia duchowego pytanie człowiek musi sobie kiedyś postawić. I nie ma tu miejsca na kręcenie i puste frazesy – to przecież pytanie o miłość, o relację, o więź, o zaufanie… o to czy chcę być z Nim, czy nie… Muszę się określić.

Nie warto się chyba dłużej zastanawiać nad tymi, którzy unikają odpowiedzi na Chrystusowe pytanie i zadowalają się marną wegetacją, religijnym pozoranctwem i duchową bezmyślnością.
Faktem natomiast jest, że wielu z nas bardzo szybko odpowiada na pytanie Chrystusa wyuczoną na lekcji religii formułką – pozostaje jednak pytanie: czy nie jest to formułka pusta i niewiele nam mówiąca? Piotr w pierwszym odruchu odpowiada podobnie, używa gdzieś zasłyszanej – lub jak powie inny ewangelista Mateusz: objawionej przez Ojca – formułki: „Ty jesteś Mesjaszem”. Trafił w dziesiątkę, ale zaraz się okazało, że zupełnie nie wie, co to oznacza. Stąd pewnie ostra reprymenda: nie rozumiesz słów, które wypowiadasz. Twoja wiara jest niedojrzała i nieświadoma – pomyśl jakie (anty)świadectwo dajesz!

Wiara to nie wiedza religijna, wiary nie przekazuje się przy pomocy nauczania. Osobowość kształtowana jest przez świadectwo. Podobnie jak w rodzinie: dziecko uważnie obserwuje dorosłych i kształtuje swoje postępowanie według tego, co widzi. Jeśli pouczenia rodziców są sprzeczne z ich postawą, dziecko przejmie postawę, a nie przekazywane mu ustnie normy postępowania.

Stąd ważnym jest, by świadomie odpowiedzieć Chrystusowi na postawione pytanie. By świadomie odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego chodzę do kościoła, dlaczego się spowiadam, dlaczego się modlę – czy to aby nie naznaczenie tradycją, której juz powoli nie rozumiem? Taka wiara może nie przetrwać próby krzyża.

Wiara musi stawać się moim wyborem, dlatego Jezus chce, abym podjął decyzję, bym w sposób wolny i świadomy potwierdził: „jestem chrześcijaninem i wiem dlaczego…”.

Pięknym komentarzem do dzisiejszej ewangelii jest fragment z Listu Św. Jakuba, który mówi o dojrzewaniu wiary poprzez czyny miłości: „wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie”.
Wiara i czyny (wymagające niekiedy prawdziwego samozaparcia) tworzą nierozerwalny związek. Wiara jest miłością a miłość działaniem…

3 Komentarze

role się odwróciły… ;-)

… tym razem nie on mnie, ale ja jego…

dziś na patio Gimnazjum i Liceum Śródziemnomorskiego im. Św Dominika Guzmana poświęciłem figurę Św. Dominika – chyba jedyną w Polsce…

… i bardzo się z tego powodu cieszę…

1 komentarz

Effatha

(Mk 7,31-37): Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. (…)

Mieszkańcy Dekapolu, poganie, mimo, że nie znali Boga objawiającego się Żydom a przynajmniej nie oddawali Mu oficjalnie czci, odważyli się zaczepić Jezusa. Proszą tylko o to, by dotknął chorego – pewnie nie bardzo wiedzieli o co prosić można. Szukanie magicznej terapii? Zbytnia poufałość? A może po prostu wyraz wiary: On może coś z tym zrobić…
Nasza ludzka przemądrzała pewność siebie sprawia, że wątpimy w cuda a nawet w sens jakichkolwiek próśb. Przestajemy szukać Tego, który pomóc może, przestajemy się modlić. Może właśnie poganie z Dekapolu powinni nas uczyć zaufania i otwartości na Tego, który przechodzi obok…
On potrafi dostrzec prostą wiarę – może to właśnie będzie początek…

Jednych zachwyca niesamowita plastyka gestu uzdrowienia, mnie natomiast proste nazwanie i wyróżnienie elementów, na które składa się cudowne uzdrowienie:
Dyskrecja: aby uniknąć sensacji i cudów na pokaz odprowadza chorego na bok – chce naprawdę pomóc, ale dyskretnie.
Zrozumiały język: aby dotrzeć do chorego dostosowuje się do sytuacji i warunków – używa zrozumiałego „języka”. Z głuchoniemym nie da się wejść w dialog przy pomocy słów – trzeba użyć „innego języka”: wkłada palce w uszy, śliną dotyka języka.
Intymny kontakt z Bogiem: spojrzał w niebo, by podkreślić, że niczego nie czyni we własnym imieniu, westchnął, by przekazać ożywiające tchnienie [jak przy stwarzaniu człowieka] oraz, wkładając palce do uszu i śliną dotykając języka, przekazał, że tylko intymny kontakt z Bogiem daje prawdziwe uzdrowienie.
I jeszcze metafora: w każdym geście cudownego uzdrowienia Bóg chce nam coś powiedzieć. W tym wypadku nie chodzi o zwykłą ułomność cielesną ale o odniesienie do Izraela i w konsekwencji do nas wszystkich. Prorocy powtarzali dość często, że Izrael jest głuchy na słowo Boże i niezdolny na nie prawidłowo odpowiedzieć. Pojawia się jednak Ten, który może to uzdrowić. „Głuchym słuch przywraca i niemym mowę…” [por. Iz] – wypełnienie obietnic mesjańskich…

Czasy mesjańskie się wypełniły: „Pan Jezus, który przywrócił słuch głuchym, a mowę niemym, niech ci udzieli łaski, abyś szybko mógł słuchać Jego słowa i wyznawać swoją wiarę” [modlitwa w obrzędzie Effatha podczas chrztu – dotknięcie uszu i ust]. Chrzest uwalniając od grzechu:
rozwiązuje słuch pozwalając słuchać słowa Bożego – możemy słyszeć i rozumieć to wszystko, co służy wzajemnej miłości;
uzdalnia język do wyznawania i chwalenia Boga – do wypowiadania słów służących miłości i wzajemnej komunikacji…

zobacz również: zamknij się…

4 Komentarze

Grzegorz

Z homilii św. Grzegorza Wielkiego, papieża, do Księgi Ezechiela:

„Synu człowieczy, ustanowiłem cię stróżem nad domem Izraela”. Należy zauważyć, że Pan nazywa stróżem tego, kogo wysyła z posługą przepowiadania. Stróż stoi zawsze na miejscu wysokim, aby z daleka widzieć, czy ktoś nie nadchodzi. Każdy więc, kto został ustanowiony stróżem ludu, powinien stać wysoko pod względem prawości życia, aby innym mógł służyć przestrogą.

Jakże surowo brzmią dla mnie słowa, które wypowiadam. Takim mówieniem siebie samego ranię, albowiem nie głoszę, jak należy, ani też choć głoszę, jak umiem, życie nie idzie za słowami.
Nie przeczę – winien jestem. Widzę moją ospałość i niedbalstwo. Może przyznanie się do winy wyjedna mi u miłosiernego Sędziego przebaczenie. Niewątpliwie, kiedy byłem w klasztorze, umiałem powściągnąć język od niepotrzebnych słów i niemal bezustannie trwałem na modlitwie. Ale później, odkąd wziąłem na siebie brzemię troski pasterskiej, rozrywany różnymi sprawami, nie potrafię skupić się należycie.
Muszę oto zajmować się sprawami Kościołów, to znów klasztorów, nierzadko obowiązany jestem oceniać życie i czyny poszczególnych osób, czasem podejmować się zadań publicznych, kiedy indziej cierpieć z powodu krwawych najazdów barbarzyńców bądź też obawiać się wilków zagrażających powierzonej mi owczarni. Trzeba mi też troszczyć się, aby nie zabrakło odpowiedniej pomocy tym, którzy związani są regułą monastyczną, to znowu znosić cierpliwie różnych rabusiów, czy wreszcie przeciwstawić się pamiętając przy tym, by nie uchybić miłości.
Kiedy więc umysł rozrywany i rozpraszany jest tak licznymi i ważnymi sprawami, jakże potrafi wejść w siebie, aby całkowicie skupić się na przepowiadaniu i nie zaniedbywać posługi słowa? Ponieważ na skutek sprawowania urzędu zmuszony jestem spotykać się z ludźmi światowymi, bywa, że rozluźniam niekiedy dyscyplinę języka. Jeśli bowiem pilnie czuwam nad sobą, stwierdzam, że słabi unikają mnie; a zatem nigdy nie pociągnę ich, dokąd chciałbym. Zdarza się więc, że często słucham cierpliwie niepotrzebnych słów. Ponieważ zaś sam jestem niedoskonały, dlatego wciągany stopniowo w niepotrzebne rozmowy, zaczynam prowadzić je chętnie, mimo iż początkowo słuchałem z przykrością. Tak więc w miejscu, gdzie wzdrygałem się upaść, trwam z przyjemnością. A zatem jakiż ze mnie stróż, skoro nie stoję na szczycie obowiązku, ale leżę w dolinie słabości. Mocen jest jednak Stwórca i Odkupiciel rodzaju ludzkiego udzielić mnie niegodnemu zarówno prawości życia, jak skuteczności słowa, bo z miłości ku Niemu całkowicie poświęcam się głoszeniu Jego słowa.

nic dodać, nic ująć…

6 Komentarzy

dlaczego i po co?…

(Pwt 4,1-2.6-8): (…) Nic nie dodacie do tego, co ja wam nakazuję, i nic z tego nie odejmiecie, zachowując nakazy Pana, Boga waszego, które na was nakładam. Strzeżcie ich i wypełniajcie je, bo one są waszą mądrością i umiejętnością w oczach narodów, które usłyszawszy o tych prawach powiedzą: Z pewnością ten wielki naród to lud mądry i rozumny. (…)
(Jk 1,17-18.21b-22.27): (…) Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie. Religijność czysta i bez skazy wobec Boga i Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach i w zachowaniu siebie samego nieskalanym od wpływów świata.
(Mk 7,1-8.14-15.21-23): (…) Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami? Odpowiedział im: Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji (…) Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym.

Pierwsza myśl: czy to co wszczepiali mi rodzice i na co zwracam uwagę, że przed posiłkiem należy umyć ręce, jest bez sensu? Na pewno nie. Bo wiem dlaczego i po co to robię.
Dlaczego i po co?… – ta myśl powinna ciągle być obecna w mojej głowie gdy robię cokolwiek, szczególnie gdy przestrzegam lub nie jakiegokolwiek prawa – przecież jestem istotą rozumną.

To co mnie uderza w dzisiejszych czytaniach, to przewaga przykazań Bożych nad jakąkolwiek mądrością ludzką. Prawa stanowione jako odzwierciedlenie mądrości człowieka są ciągłym poszukiwaniem, dostosowują się do sytuacji, podlegają zmianom. Prawo Boże natomiast, jako odzwierciedlenie Mądrości Bożej jest niezmienne. Ten, kto stara się żyć według tego Prawa jest „mądry i rozumny”.
Człowiek jest jednak leniwy – to z powodu lenistwa zapewne pojawia się potrzeba skodyfikowania całego modus vivendi [sposobu życia] – by już nie zastanawiać się nad tym „dlaczego i po co?”. Nie chce się nam na co dzień używać rozumu, dlatego też próbujemy uprościć rzeczywistość i sprowadzić ją do skodyfikowanych zachowań. Stąd ciągłe tworzenie nowych przepisów, nakazów i zakazów. Czasami próbujemy to nawet tłumaczyć gorliwością o przestrzeganie prawa.

Niestety, podobnie jak w prawie ludzkim, nagromadzenie przepisów sprawia, że stają sie one coraz bardziej puste i człowiek zaczyna nimi manipulować, tak i w Prawie Bożym, wszystkie przepisy dodane do Prawa Bożego [nawet z gorliwości] stają się czymś zewnętrznym wobec Prawa Bożego, zaczynają żyć własnym życiem i zaciemniają główne nakazy. Prawo w pewnym momencie staje się bezsensowną i pustą formą oddawania czci Bogu.
Co więcej: człowiek zaczyna manipulować tą wielką liczbą przepisów by usprawiedliwiać swoje postępowanie. Obłudnicy… uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji…
Mądrością jest więc przestrzeganie prawdziwego Prawa Bożego i powrót do źródła: „dlaczego i po co?”. To właśnie dlatego Jakub woła w drugim czytaniu o życie prawdziwe a nie bierność i trwanie w ułudzie. Prawdziwa religijność polega na wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka i nieuleganiu wpływom tego świata. Polega na czystości serca, które musi być nie tylko obmyte, lecz wypełnione szacunkiem do człowieka, pragnieniem niesienia pomocy, umiłowaniem prawdy i mądrością.

Gdy przy przestrzeganiu każdego nawet najmniejszego przepisu Prawa, postawię sobie pytanie: „dlaczego i po co?” i znajdę na nie odpowiedź – zrozumiem, że zło rodzi się w moim wnętrzu. Nie jest niczym zewnętrznym i niezależnym od mojej woli i wyboru. To ja jestem odpowiedzialny za swój grzech.
Pamiętam jak paręnaście lat temu do spowiedzi do mnie przyszedł mały chłopiec i jednym z jego grzechów była kradzież jabłka ze straganu. Jako młody kapłan zacząłem się zastanawiać co mu powiedzieć, może w domu jest biednie, że kradnie żywność… Gdy skończył wymieniać grzechy zadałem pytanie: dlaczego ukradłeś jabłko? I usłyszałem szybką odpowiedź: „bo diabeł mnie skusił”.
Jakże często próbujemy zrzucić całą lub przynajmniej część odpowiedzialności za grzech na diabła, na świat, na zbyt surowe i nieludzkie Prawo, itd. itp. Zaczynamy wręcz wmawiać sobie, że zło jest czymś zewnętrznym w stosunku do nas, a więc że nie jesteśmy za nie odpowiedzialni ani winni.
Chrystus dziś chce abyśmy przyznali się do swej grzeszności i powierzyli ją Jemu, Jego przebaczeniu i miłosierdziu. Tylko wtedy gdy potrafię uznać swą winę, przyznać się do niej i ze skruchą powierzyć ją Bogu – tylko wtedy mam szansę na prawdziwe przebaczenie i wewnętrzny pokój. To nie ja mam umywać ręce [od winy] ale Bóg ma oczyścić moje serce od wszystkiego co złe i nijakie, od wszystkiego co grzeszne.

5 Komentarzy