Archiwum dla Lipiec 2012

… a twoje pięć chlebów i dwie ryby?

(J 6,1-15): Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili? (…) Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus zatem rzekł: Każcie ludziom usiąść! (…) Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. (…) Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.

W pierwszym momencie przypomina mi się ewangelia o kuszeniu Jezusa na pustyni: jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem – zaradź pragnieniu powszechnego dobrobytu, zdaje się podpowiadać kusiciel – niech ludziom będzie wreszcie dobrze, tego przecież oczekują od mesjasza…
Realna pokusa by ograniczyć się do tworzenia raju na ziemi: szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. (…) A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.

Nie o to jednak chodzi Chrystusowi by budować raj na ziemi. Podobnie jak kiedyś Mojżesz prowadził Izraelitów przez pustynię do Ziemi Obiecanej [zbliżało się święto żydowskie, Pascha], tak dziś On prowadzi do Królestwa obiecanego przez Ojca. Na tej drodze do prawdziwego Raju, do miejsca przebywania z kochającym Ojcem, na tej ziemskiej i trudnej drodze sam nas umacnia: karmi. Oto tajemnica Eucharystii.
Dwa tysiące lat temu usiadł przed tłumem i mówił: żal mi tego ludu, chciałbym by nie ustali w drodze i rozmnażał chleb. Dziś w tajemnicy Kościoła dokonuje tego samego, siada przed nami mówiąc: chciałbym, byście nie ustali w drodze i rozmnaża chleb eucharystyczny, chleb umocnienia na drodze do Królestwa.

Dla mnie jednak ta dzisiejsza ewangelia jest jedną z piękniejszych definicji modlitwy. Jakże często prosimy Boga: uczyń to, zrób tamto, Panie Boże przecież bez tego nie da się żyć… Chcielibyśmy, by Chrystus wkroczył w nasze życie i dokonał cudu – bo bez tego cudu nie przeżyjemy.
On w dzisiejszej ewangelii zdaje się jednak pytać: a co ty dałeś od siebie, by stało się to, o co prosisz?
Nie chce tworzyć czegoś z niczego, chce błogosławić i pomnażać to, co mu ofiaruję.
Jeśli o coś prosisz, On zawsze zapyta: co ty zrobiłeś w tym kierunku? dałeś z siebie wszystko? oddałeś te symboliczne „pięć chlebów i dwie ryby”?. Niezręcznością, żeby nie powiedzieć niegodziwością, byłoby prosić o pomoc nie dając nic z siebie – nie dając z siebie wszystkiego…
Jeśli proszę o coś, to znaczy, że mi na tym zależy, że ze swojej strony daję już wszystko co mogę, tak do końca. I zasadniczo proszę Chrystusa tylko o to, by to, co dałem z siebie, pobłogosławił i pomnożył – oto tajemnica modlitwy i jej wysłuchania.
Mam też świadomość, że jeśli pobłogosławi i rozmnoży moje wysiłki – łaski będzie w nadmiarze…

Prawdy o modlitwie dowiadujemy się w tajemnicy Eucharystii [dziękczynienia]. To wtedy przynosimy do stołu to, co już posiadamy, to co realne: owoc mojej pracy i zaangażowania. On ten, zdawałoby się mały dar pomnoży i nasyci nim nie tylko mnie ale i wszystkich wokoło.
Czy potrafię się cieszyć tym co posiadam? Czy potrafię Mu to oddać by pobłogosławił i rozmnożył?
Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? By zaradzić potrzebom drugiego człowieka nie potrzeba wiele. Wystarczy, że zacznę się dzielić tym co mam – w tajemnicy dziękczynienia zostanie to pobłogosławione i pomnożone. Chyba do takich konkretnych czynów wzywa nas dzisiaj Jezus…

5 Komentarzy

Joachim i Anna

Rodzice Maryi, Matki Jezusa – Biblia nic o nich nie mówi, więc zasadniczo wydaje się, że nic o nich nie wiemy. Pewne informacje [np. imiona] przekazują tylko źródła apokryficzne.
Czy rzeczywiście nic o nich nie wiemy? Św. Jan Damasceński w swojej homilii na Narodzenie NMP mówi: O Joachimie i Anno, szczęśliwi małżonkowie bez skazy! Z waszego owocu dajecie się poznać według słów Pana: „Z owocu poznacie ich”. W ten sposób prowadziliście swe życie, aby miłe było Bogu oraz godne Tej, która z was się narodziła. Przez wasze święte i czyste życie wydaliście na świat perłę dziewictwa.
Otóż to: przyglądając się Maryi, która potrafiła powiedzieć Bogu „fiat: niech się wypełnia wola Twoja Boże w moim życiu”, która nie tylko raz wypowiedziała te słowa, ale jak notuje ewangelia, żyła nimi do końca – o jej rodzicach możemy powiedzieć już wiele…

Za chwilkę wyjeżdżam do siostry i szwagra, którzy dziś świętują 15 rocznicę ślubu.
Ewo i Tomku, pięknych macie patronów ślubu. Pozostaje mi tylko Wam życzyć aby to wszystko co piękne i dobre w waszym wspólnym życiu objawiło się w życiu waszych dzieci…

1 komentarz

wg planu: urlop

(Mk 6,30-34): Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.

Kontynuacja ewangelii z poprzedniej niedzieli: o “Jezusie, który miał plan”. Ciąg dalszy strategii ekonomicznej – planowania, dzięki któremu nasze działania duszpasterskie nabierają realizmu.
Jezus uwzględnia w swym planie wymiar ludzki. Jest świadomy tego, że głoszącym ewangelię należy stworzyć przestrzeń, w której będą się czuli słuchani i rozumiani, gdzie będą mogli otworzyć swoje serce i opowiedzieć o swoich sukcesach i porażkach. Wie również, że są zwykłymi ludźmi a nie robotami, że pojawi się zmęczenie, że potrzeba im odpoczynku. Sam jednak nie jest przywiązany do planu: zakłada odstąpienie od niego, gdy zaistnieje taka potrzeba…

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. Tydzień temu słyszeliśmy, że aby być rozesłanym trzeba być najpierw przywołanym. Dziś, najpierw przywołani i potem rozesłani wracają do Jezusa, by podzielić się swoim doświadczeniem.
Bardzo łatwo w nawale zajęć duszpasterskich zapomnieć o Tym, który posłał i sprowadzić głoszenie ewangelii do zaangażowań społecznych. Dlatego też, by Kościół nie przekształcił się w świecką organizację społeczną, do istoty pracy duszpasterskiej należy ciągłe powracanie do Chrystusa, rozmowa z nim o tym co robiliśmy [modlitwa] i weryfikacja podejmowanych działań.
Samo opowiadanie o swojej pracy pozwala zebrać w całość wszystkie działania, zobaczyć ich sens, ucieszyć się sukcesami i nakreślić zaniedbania. Pozwala dostrzec swoją prawdziwą rolę.
Myślę, że to opowiadanie nie może się ograniczać tylko i wyłącznie do modlitwy – dziś opowiedzieć Chrystusowi znaczy opowiedzieć Kościołowi. Każdy duszpasterz staje więc przed swoją wspólnotą, wspólnotą z której jest posłany i opowiada co zdziałał w imię Chrystusa. W naszych klasztorach jest tradycją, że każde działanie duszpasterskie jest wykonywane w imieniu wspólnoty klasztornej i przed tą wspólnotą zdaje się na bieżąco relację ze swoich działań. Powracając więc z jakiejś pracy duszpasterskiej idę nie tylko do kaplicy by porozmawiać z Tym, który posłał, ale zasiadam również ze wspólnotą braci, by opowiedzieć jak realizowałem misję. To wspaniała i zarazem konieczna ochrona przed poczuciem osamotnienia…

Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco (…) nawet na posiłek nie mieli czasu. Praca, by była wydajna, musi być dobrze zorganizowana – odpoczynek i nabranie sił, to jeden z jej istotnych elementów. Sam Jezus rozumie to dobrze, my natomiast jesteśmy skłonni to lekceważyć. Sam biję się w piersi i przypominam sobie spowiednika, który parę lat temu wręcz mi nakazywał bym wziął sobie miesięczny urlop w jednym kawałku i porządnie odpoczął – do dziś mi się to nie udało. Podobnie jest ze spożywaniem posiłków, które jest podobne do tankowania samochodu – ciągle w biegu.
Być gorliwym i odpowiedzialnym wcale nie oznacza zapracowywania się na śmierć. Kult wydajności i presja terminów sprawia, że nie potrafimy wykorzystywać urlopów, nie mamy czasu na spokojny posiłek i chwilę relaksu – a to przełoży się w końcu na zaniedbywanie swoich obowiązków. Może czas już przestać marzyć o cudownych wakacjach czy superrekolekcjach – może już czas wyjść „na miejsce pustynne” i odpocząć nieco…
Ktoś kiedyś powiedział, że mąż dopóty kocha żonę, dopóki dostrzega jej zmęczenie. Być może sprawdzianem prawdziwej miłości jest troska o odpoczynek osoby kochanej? Chrystus troszczył sie o swoich apostołów, jakby chciał powiedzieć, że umiejętność odpoczywania i organizowania odpoczynku dla innych stanowi istotny element miłości bliźniego. Tak naprawdę to chyba miłość powinna wzywać każdego z nas do troski o własny odpoczynek, by móc być bardziej dla innych.

Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. Znów realizm ewangelii – cały ten misterny plan zostaje zniweczony. Trzeba przerwać „urlop” i nauczać…
Mimo szczerych chęci i dobrej organizacji mogą się pojawiać sytuacje wyjątkowe. Dla Chrystusa nie jest to jednak rezygnacja z wezwania do odpoczynku – to raczej zwrócenie uwagi, że sam odpoczynek nie może stać się dla człowieka bożkiem. Należy planować, ale nie można być niewolnikiem tego planu – są sytuacje, które wymagają gotowości do rezygnacji. Nie powinno się z nich robić reguły, ale gdy się pojawią, trzeba je podjąć.

Panie naucz mnie dobrego wypoczywania…

1 komentarz

Co ty tutaj robisz?

Co ja robię tu… co ty tutaj robisz
          Już każdy powiedział to co wiedział
          trzy razy wysłuchał dobrze mnie
          wszyscy zgadzają się ze sobą
          a będzie nadal tak jak jest
i co ja robię tu… co ty tutaj robisz

Słowa tej piosenki pojawiły mi się w głowie gdy wczoraj podesłano mi tekst o dyktaturze seksu [Gość] – to chyba nie wymaga komentarza. Dziś jednak, podczas uroczystości odpustowych z okazji św. Proroka Eliasza u karmelitów słowa piosenki zaczęły znajdować swoje miejsce w moich myślach ponownie – Bóg dwukrotnie pyta Eliasza: „co ty tutaj robisz?” [1 Krl 19,9 i 19,13].
Poczułem się, jakby i mnie stawiał to samo pytanie – a może nie stawia go tylko mnie…?

Czy potrafię jak Eliasz odpowiedzieć: „Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów” [1 Krl 19,10 i 19,14]. Czy na wzór Eliasza potrafię prorokiem?
Prorokiem, który walczy o czystość wiary?
Prorokiem, który w walce o jedynego Boga wytraca wszystkich czterystu pięćdziesięciu proroków Baala [1 Krl 18,20-40]?
Prorokiem, który ma swoje trudne dni i zwątpienia [człowiek z krwi i kości] – potrafi jednak dostrzec obecność Boga, Jego cuda i zaufać Mu do końca…
Prorokiem wreszcie, który wie, że Boga nie ma ani w gwałtownej wichurze, ani w trzęsieniu ziemi, ani w ogniu – ale w łagodnym powiewie [1 Krl 19,11-13]…

co ja robię tu…???

Dodaj komentarz

wg planu…

(Mk 6,7-13): Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. I mówił do nich: Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.

Dzisiejszą ewangelię odbieram jako słowo w sposób szczególny skierowane do mnie. Dwa i pół tygodnia temu objąłem urząd przeora w klasztorze, zabieram się do tego, na co zwracają uwagę nasze konstytucje, gdy mówią o urzędzie przeora, czyli do animowania życia zakonnego i apostolskiego. Nie jest więc przypadkiem, że na początku mojej drogi stoi ewangelia o „Jezusie, który miał plan”. Ten fragment jest niesamowicie współczesny, używa języka dzisiejszego świata, języka ekonomii. Dzisiejszy epizod wyraźnie pokazuje, że Jezus miał ściśle określony plan działania, który konsekwentnie realizował: plan zakrojony na szeroką skalę [organizacyjną, przestrzenną i czasową].
Bez planu, któremu będziemy wierni i bez jasno i precyzyjnie postawionego celu, wszystkie nasze działania duszpasterskie staną się kluczeniem po omacku i wymyślaniem zaangażowań zastępczych, które do niczego nie prowadzą. Działania duszpasterskie Kościoła muszą być działaniem planowym – kontynuacją planu samego Chrystusa.

Elementy planu:

Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Najpierw przywołał potem zaczął rozsyłać. Rozsyłał aby przywoływali innych do Niego. Nikt nie będzie dobrym apostołem jeśli wpierw nie doświadczy bliskości Jezusa. By móc dzielić się z innymi bliskością Boga trzeba samemu się do Niego przybliżyć.
Niedziela jest tym dniem, gdy każdego z nas przywołuje i zaraz potem rozsyła: zaprasza do stołu i po skończonej biesiadzie mówi: „Idźcie, jesteście posłani”: idźcie, ewangelizujcie i sprawiajcie by i inni poczuli się przywołani…

I zaczął rozsyłać ich po dwóch – nie wysyła nikogo samotnie. Nie chce popisywania się indywidualną sprawnością, byciem niezbędnym czy niezastąpionym. Gramy w jednej drużynie, według z góry określonego planu: w Kościele nie ma miejsca na samotne „rajdy” i akcje w pojedynkę. Wszystkie działania, które nie mają szans na kontynuację, bo nie przygotowano następców czy współpracowników – nie do końca mieszczą się w planie.
Św. Grzegorz Wielki w swojej homilii pisze: „Oto właśnie wysyła po dwóch uczniów z zadaniem głoszenia, ponieważ dwa są przykazania miłości: Boga i bliźniego. Pan wysyła po dwóch uczniów z posługą przepowiadania, aby delikatnie nam uzmysłowić, iż ten, kto nie ma miłości bliźniego, żadną miarą nie powinien podejmować się obowiązku przepowiadania.”

Przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien. Naturalnym jest, że chcemy się zabezpieczyć – ubezpieczenie wchodzi również w język ekonomii. Chrystus przestrzega jednak przed przerostem formy nad treścią.
Ciągłe zabezpieczanie się, gromadzenie na boku, koncentrowanie sił na dodatkach, które wydają się niezbędne powoduje, że zapominamy, że głoszenie Słowa opiera się na mocy Bożej. Wolno a nawet należy używać środków i narzędzi tego świata – nie one są jednak źródłem skuteczności głoszenia. Może warto zacząć się oczyszczać z tego, co przesłania samego Chrystusa.

Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Realizacja każdego planu domaga się zaplecza – bazy wypadowej do działań duszpasterskich. O ile wyposażenie na drogę może być zbędnym obciążeniem i balastem, o tyle baza w terenie jest niezbędna. Kościół w swej pracy misyjnej musi być zakorzeniony w codziennym życiu i środowisku.
Ewangelizacja rozpoczyna się od budowania domu, rodziny, wspólnoty – inwestowania w ludzi. To przecież oni staną się ostoją, oni będą dawać świadectwo, oni będą prawdziwymi głosicielami Słowa – oni będą „zapleczem”.

Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich. Można by odnieść wrażenie, że Jezus mówi: jeśli was nie przyjmą, to się obraźcie i „strzelcie focha”. Tymczasem On jest realistą i realizmu uczy swoich uczniów: macie być przygotowani na niepowodzenia, jedni ewangelię przyjmą, drudzy odrzucą.
Jemu zależy na każdym, zarówno na tych, którzy Jego słowo przyjmują, jak i na tych, co je odrzucają. Ważnym jest jednak to, by ci którzy odrzucają wiedzieli, co robią – by za swą postawę wzięli pełną odpowiedzialność. Stąd „strząśnięcie prochu z nóg na świadectwo dla nich„.
Poza tym, po co trudzić się na darmo – język planowania, język ekonomii, mówi, że nie należy podejmować działań bezowocnych i skazanych z góry na niepowodzenie. Jeśli ktoś pomimo jasnego przekazu i świadectwa odrzuca świadomie ewangelię – należy uszanować jego wolność. Czas i siły można wykorzystać o wiele sensowniej głosząc tym, którzy są spragnieni.
Jest to także w pewnym sensie ochrona uczniów przed niebezpieczeństwem grzechu pychy: ewentualne pozostanie na miejscu mogłoby sprawić, że w celu pozyskania sobie słuchaczy i zwolenników apostołowie zaczną ewangelię przeinaczać.

Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali. Oto misja Kościoła: wzywać do nawrócenia, wyrzucać zło i iść do chorych. Kościół to nie instytucja, od której oczekuje się pewnych „usług” – to miejsce mojej odpowiedzialnej służby drugiemu człowiekowi.

3 Komentarze

„wakacyjny in-sekt”

Lubelska wkładka najnowszego Gościa Niedzielnego podejmuje – jak większość mediów w okresie rozpoczynających się wakacji – problem zagrożeń ze strony sekt.
Z jednej strony ważnym jest informowanie o technikach werbunkowych i ewentualnych potencjalnych miejscach spotkania przedstawicieli grup destrukcyjnych czy sekt, z drugiej jednak strony wyolbrzymianie problemu bywa powodem pojawienia się w świadomości społecznej pewnych uproszczeń. Dla przykładu: gdy pojawia się problem w małżeństwie, brak dogadywania się lub współmałżonek odchodzi, najprostszym źródłem problemu zdaje się być „przynależność do sekty”. Podobnie, gdy nie dogaduję się z dzieckiem, dziecko wpada w dziwne towarzystwo, może ucieka – na pewno winna temu sekta. Uproszczeń szukamy często też próbując tłumaczyć własne problemy: przestaję sobie radzić, mam problemy emocjonalne, może nawet psychiczne, pojawiają się także problemy duchowe – to już na pewno opętanie. Zaczynam wtedy poszukiwać sposobu „wejścia we mnie diabła”. Takie przykłady można mnożyć, a najprostsze wytłumaczenie moich problemów to sekta lub okultyzm…

Nikt oczywiście nie kwestionuje tego, że sekty i grupy destrukcyjne są groźne i niebezpieczne. Nikt też nie pokusiłby się na kwestionowanie stwierdzenia, że problem ten może dotyczyć każdego z nas i dotknąć nas w najmniej oczekiwanym momencie.

Ważnym jest jednak zwrócenie uwagi na mechanizm psychomanipulacji uderzający w najbardziej podstawowe pragnienie człowieka – pragnienie szczęścia. Sekty oferują człowiekowi iluzję szczęścia – iluzję tego co człowiek w danym momencie odkrywa dla siebie jako szczęście.
Istotnym jest więc zwracanie uwagi przede wszystkim na szeroko rozumiane wychowanie w rodzinie i przekazywanie systemu wartości – zaniedbania w tej dziedzinie narażają człowieka na uległość wobec procesów psychomanipulacyjnych. Ważnym jest również zwrócenie uwagi na szeroko rozumianą auto-katechizację. W rezultacie wzmacnia ona świadomość człowieka i osłabia zagrożenia ze strony sekciarskich mechanizmów psychomanipulacyjnych.
Wszyscy wiemy, że przed sektami nikt nikogo nie obroni – potrzeba więc stworzenia w sobie mechanizmów obronnych, które nie pozwolą technikom werbunkowym na bycie skutecznymi. Wtedy również i wakacje naszych dzieci będą bezpieczne…

więcej: strona Konsultanta ds. NRRiS oraz trzy pierwsze artykuły z Listu do Przyjaciół

Dodaj komentarz

daj się zaskoczyć…

(Mk 6,1-6): Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Jakieś piętnaście lat temu prowadziłem długie dyskusje z mistrzem jogi, który starał się mnie przekonać, że źródła myśli czy filozofii chrześcijańskiej należy szukać w filozofii Dalekiego Wschodu. Przedstawiał mi też hipotezę, że w związku z tym, że ewangelie nic nie mówią o tym, czym zajmował się Jezus przez lata poprzedzające Jego nauczanie – a mogło to być ponad 15 lat dorosłego życia – można snuć przypuszczenia, że wyruszył na wschód, do Indii, by tam szukać mądrości. Próbował również pokazać, które elementy Jezusowego nauczania mogą być zaczerpnięte nawet z nauki dalekich mistrzów tybetańskich.
Myślę, że właśnie dzisiejsza ewangelia może być odpowiedzią na stawianie takich hipotez. Zdziwienie mieszkańców Nazaretu, które notuje św. Marek: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? świadczy o tym, że sąsiedzi dobrze Go znali jako cieślę i ciągle się z Nim niejako spotykali – poza tym wiedzieli by pewnie o Jego podróżach. Znali go do tego stopnia, że nie byli w stanie przyjąć, że jest kimś więcej niż tylko zwykłym cieślą…

Dzisiejsza ewangelia jest jednak dla mnie – po pierwsze – przestrogą przed „oswojeniem się z Jezusem” i przed zbytnią poufałością wobec rzeczywistości Kościoła. Nie chcę, broń Boże, nawoływać do dystansu wobec księży i tego co się dzieje w kościołach. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że „ksiądz w rodzinie”, „działalność w duszpasterstwach”, „bliskie znajomości z funkcjonariuszami Kościoła”, itd. itp. mogą stać się przeszkodą w słuchaniu żywego słowa Bożego. Pozorna znajomość z Jezusem i zewnętrzna tylko aktywność w Kościele nie pozwala nam się dać zaskoczyć Słowu: „proszę ojca, my przecież wiemy jak to jest…”
Nie jest też kiepską ironią stwierdzenie, że najtrudniej nawrócić księdza – on też często oswaja się z Jezusem, poklepuje Go po ramieniu i wewnątrz serca mówi: „spoko, jesteśmy w tej samej branży i wiemy o co chodzi”. Sama wyuczona wiedza teologiczna może stać się filtrem, który nie dopuszcza by Słowo mnie zaskoczyło i dotknęło serca.

Po drugie, dzisiejsza ewangelia odsłania egoizm naszego myślenia także w przestrzeni religijnej. Jeśli z mojej rodziny, spośród moich znajomych, czy tylko z mojej miejscowości pochodzi ktoś znany, współczesny celebryta – chętnie o tym opowiadamy, chętnie się do tego przyznajemy, gdyż podnosi to naszą wartość i możemy coś na tym ugrać…
Prawdopodobnie dlatego też wszyscy w Nazarecie pobiegli do synagogi by posłuchać ziomka, którego sława już do nich dotarła. Może ze względu na znajomości liczyli na program specjalny i nadzwyczajne cuda. Tymczasem On przyszedł ze słowem Bożym, z prawdą i mądrością – zaczął tłumaczyć o co chodzi w Słowie, które znają. Pojawiło się więc zniecierpliwienie i oburzenie: jakim prawem tak się wymądrza! kimże On jest?! przecież Go dobrze znamy!
Może warto się dziś zastanowić nad swoim podejściem do zaangażowania duszpasterskiego, do poufałości wobec księży czy nawet zbytniej poufałości wobec Jezusa. Może w tym wszystkim szukam siebie, przyklepania przez religię mojego postrzegania świata, zaakceptowania mojego światopoglądu. Jakim prawem więc ci, których dobrze znam udzielają mi pouczenia i wzywają do nawrócenia. Kim ty jesteś, by zwracać mi uwagę?! Nie o to przecież mi chodziło.
Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. (…) Dziwił się też ich niedowiarstwu.

Z jednej strony przestroga – z drugiej jednak wołanie i prośba: nie zmarnuj codziennej i wręcz namacalnej bliskości Boga w twoim życiu, w tajemnicy Kościoła. Nie popełnij błędu mieszkańców Nazaretu, którzy nie potrafili odkryć prawdy o Tym, który przebywał pośród nich przed ponad trzydzieści lat. W tym co codzienne i powszednie, może już „oswojone” i „spoufalone” – też jest prawdziwy Bóg ze swoim słowem: daj się zaskoczyć!

9 Komentarzy

regeneracja…

 

 

 

 

Tydzień temu mój świat i dom [czyt. klasztor] wywrócił się do góry nogami…

… kończę zbierać siły by to wszystko utrzymać… 😉

1 komentarz

Weronika, czyli miej odwagę wyjść z tłumu…

(Mdr 1,13-15; 2,23-24): Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. (…)
(Mk 5,21-43): (…) Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał. A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. (…) On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko! (…) rzekł do nich: Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: Talitha kum, to znaczy: Dziewczynko, mówię ci, wstań! Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła (…)

Dwa wspaniałe cuda: wskrzeszenie córki Jaira i uzdrowienie kobiety długie lata cierpiącej na krwotok. Objawia się moc Chrystusa, który chce w imieniu Ojca powiedzieć: Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących…

Ileż jednak podobnych, tragicznych sytuacji, nie ma „happy endu”. Czemu Jezus pomaga tylko niekiedy?
Można szukać rozumnego wyjaśnienia: nie chce działać wbrew naturze; nie chce dewaluować wartości konsekwencji naszych czynów [za cierpienie i śmierć sami jesteśmy odpowiedzialni]; nie chce byśmy przyzwyczaili się, że On jest po to, by interweniować za każdym razem, gdy sobie tego zażyczymy lub naprawiać rzeczywistość gdy Go zawiedziemy i coś popsujemy, itd., itp.
To rozumowe „tłumaczenie Pana Boga” nie poprawia jednak humoru. Pojawia się zwątpienie w Bożą moc i w to, że zechce pomóc.

Może warto więc dostrzec w dzisiejszej ewangelii cuda w czym innym: bezradny wobec śmiertelnej choroby dziecka ojciec i cierpiąca na krwotok kobieta zawierzają Jezusowi. Nadzieja i wiara wbrew wszystkiemu, bez szans na spełnienie, bo zasadniczo nie miała prawa się spełnić.
Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się, wierz tylko!
Żebym się choć jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. (…) Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości!

Można pragnąć wskrzeszenia i nigdy go nie doświadczyć. Można ulec tym, którzy mnie otaczają i mówią, że śmierć jest mocniejsza, że Dawca Życia ma zbyt mało ma mocy. Ileż wiary potrzeba, by wbrew innym, stanąć przed Chrystusem i narażając się na ich śmiech powiedzieć: obdarz mnie życiem!
Można cisnąć się w tłumie chorych, dotykać Jezusa i nie doświadczyć uzdrowienia. Ileż wiary potrzeba, by wbrew obyczajom i rytualnym zakazom [krwawiąca kobieta nie powinna nikogo narażać na nieczystość rytualną] przedrzeć się do Chrystusa by uzdrowił. Ileż wiary potrzeba, by przełamać barierę wstydu z powodu grzechu i słabości, który zamyka nas w poczuciu nieczystości i niegodności.
Można wreszcie szukać anonimowości w sakramencie pojednania, unikać spowiedzi indywidualnej – na zachodzie spowiedź indywidualna staje się przeżytkiem, preferuje się spowiedź powszechną [tłum]. Ileż wiary i odwagi wreszcie potrzeba, by stanąć przed Chrystusem, który wobec tłumu pyta: „kto się odważył mnie dotknąć?”. On chce spojrzeć w oczy temu, którego uzdrawia – ileż wiary potrzeba, by dać sobie spojrzeć w oczy.

Może warto dać sobie szansę – potęga wiary jest wciąż nieodkrytą szansą człowieka.
Średniowiecze w uzdrowionej kobiecie widziało późniejszą Weronikę.
Może po prostu trzeba zdobyć się na odwagę i wyjść z tłumu…

3 Komentarze