Archiwum dla Czerwiec 2012

prior…

Z Księgi Konstytucji i Zarządzeń Braci Zakonu Kaznodziejów, 299 (K):

Przeor, „widząc swe szczęście nie w panowaniu władzą, lecz w służbie miłością” [Reguła św. Augustyna, X], powinien:

  1.  Rozwijać w klasztorze braterskie życie zakonne i apostolskie.
  2.  Zaspokajać potrzeby braci.
  3.  Troszczyć się, by bracia wypełniali swe obowiązki.

… tylko tyle i aż tyle…
… proszę zatem o modlitwę…

4 Komentarze

narodzenie Jana

(Łk 1, 57-66.80): Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. (…)

Kiedy w liturgii Kościoła wspominamy świętych zawsze mówimy o ich narodzinach dla nieba – a więc o końcu ich ziemskiego życia. Tymczasem z Janem jest inaczej – jest jedynym świętym, obok samego Jezusa i Maryi, którego wspominamy w dniu jego narodzin dla ziemi. Zapewne dlatego, że był jedynym prorokiem, który otrzymał zadanie bezpośredniego przygotowania ludu Bożego na przyjęcie Mesjasza – sam Chrystus powiedział, że nie narodził się prorok większy od niego (Mt 11, 11).
Jest w tej postaci jeszcze coś bardzo znamiennego: Kościół domyśla się – zawracali na to uwagę ojcowie Kościoła, choć oficjalnego nauczania na ten temat nie ma – że Jan Chrzciciel został uwolniony od grzechu pierworodnego już w łonie swej matki Elżbiety – gdy w dniu nawiedzenia spotkały się nie tyle brzemienne matki, ile ich synowie: Jezus i Jan. Został więc Jan dotknięty szczególną łaską nie tylko za życia, by móc z nią współpracować, ale jeszcze przed swym narodzeniem.

Dzisiejsza ewangelia mówi jeszcze bardzo mocno o radowaniu się ze szczęścia, którego doświadczają inni. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Bywa, że gości w nas pokusa zazdrości, że komuś drugiemu Bóg błogosławi – zamykamy się w ten sposób na obecność działania Bożego w naszej codzienności.
Dlatego warto zwrócić uwagę na imię: Jan, które znaczy: „Bóg jest łaskawy”. Jan jest darem Bożym dla całego ludu Bożego. Bóg okazał swą łaskę nie tylko Elżbiecie, która uchodziła za niepłodną – Bóg w swych darach okazuje łaskę nam wszystkim.
Może w dzisiejsze święto warto prosić Boga o uśmierzanie w swym sercu wszelkich objawów zazdrości. Może warto prosić, by każdy z nas potrafił się cieszyć z dobra, jakiego doświadcza drugi – przecież to dobro jest też darem dla mnie…

Zastanawiający jest jeszcze upór rodziców Jana do tego, by nadać dziecku imię wbrew tradycji rodzinnej. Może chcieli po prostu aby dziecko swoim imieniem przypominało im o łaskawości Pana szczególnie wtedy, gdy przyjdą znów jakieś chwile zwątpienia.
Dla mnie ten upór jest zachętą, by zapisywać sobie w pamięci – może nawet tej zewnętrznej 🙂 – wszystkie momenty, w których Bóg był dla mnie łaskawy. Zawsze będę mógł do nich wrócić w chwili trudnej, w chwili zwątpienia – może pomoże mi to utrzymać się przy nadziei, że On mnie nigdy nie opuszcza…

Zobacz także o narodzinach Jana trochę inaczej: Św. Jan i neopoganie

1 komentarz

Dzień Ojca

Przyglądając się sposobowi świętowania Dnia Ojca można by odnieść wrażenie, że rola ojca w naszej kulturze jest mało doceniana. Wszyscy bez wyjątku zapewne stwierdzą, że ojciec jest osobą niezwykle ważną – na świętowanie się to jednak nie przekłada. Dlaczego? Powód leży pewnie po stronie mężczyzn, którzy nie przykładają do tego zbytniej wagi. I może warto sobie zadać pytanie: dlaczego tej wagi do świętowania ojcostwa nie przykładają? Może po prostu nie lubią przypominania o „ojcostwie”. Do bycia ojcem należy przecież dojrzeć, żaden mężczyzna nie posiada wrodzonego daru ojcostwa – tylko kobiety mają wrodzone macierzyństwo.
Może mężczyźni po prostu starają się unikać przypominania im o potrzebie wyrośnięcia z „bycia chłopcem” [Piotruś Pan], o potrzebie dojrzewania do ojcostwa…
I może to właśnie kobiety [przepraszam, że do was się zwracam] – matki – powinny dziś zadbać o właściwe zaakcentowanie „Dnia Ojca”…

Zastanawiającym jest, że to właśnie kobieta, Sonora Smart, uświadomiwszy sobie podczas mszy św. poświęconej zmarłej matce rolę, jaką po śmierci matki odegrał ojciec wychowując sześcioro dzieci, zwróciła się w 1910 r. do władz miejskich w Spokane [Waszyngton, USA] z projektem utworzenia nowego święta. Jej pomysł szybko zyskał akceptację a samo święto bardzo szybko stało się popularne w innych regionach Stanów Zjednoczonych.  Już w roku 1924 prezydent USA Calvin Coolidge uznał oficjalnie świętowanie Dnia Ojca za pomoc w umacnianiu miłości pomiędzy ojcami a ich dziećmi oraz doskonałą okazję by przypominać ojcom o ich rodzicielskich obowiązkach. Co prawda aktem prawnym zatwierdził święto w Stanach dopiero prezydent Nixon w r. 1972 – w Polsce jednak Dzień Ojca obchodzony jest od roku 1965.

W dniu dzisiejszym jednak chciałbym dotknąć innego wymiaru „ojcostwa” – do mnie przecież również zwracacie się: „Ojcze”.
Każdy z nas kapłanów jest także powołany do ojcostwa. Może warto dziś zadać sobie pytanie czym jest owo powołanie do „bycia ojcem” – bycia obrazem i podobieństwem Ojca. Warto dziś pomyśleć na nowo o przejmowaniu od Boga ojcowskiej troski o wspólnotę Kościoła.
Każda wspólnota Kościoła, parafia czy klasztor, powinna być wypełniona miłością pasterską [ojcowską]. I nie dotyczy to tylko proboszczów czy przełożonych – każdy z nas ma się stawać „ojcem miłującym” na obraz i podobieństwo, ojcem gotowym dać cząstkę siebie, ojcem czującym odpowiedzialność za życie…

Ojciec to przede wszystkim szafarz dojrzałości: sam będąc dojrzałym, tak wychowuje swoje dzieci aby same potrafiły w sposób dojrzały wejść w świat, by potrafiły podejmować przynoszone przez życie wyzwania… Ojciec więc to ten, który uczy i zachęca do samodzielności, do stawiania czoła zadaniom… To ten, który chroni dziecko, ale chroni je do czasu – gdy widzi, że da już sobie radę – pozwala na samodzielność, wypuszcza spod skrzydeł, odrywa od matki, która ciągle martwi się o dziecko i nie chce pozwolić mu na samodzielność…

Może warto, by każdy z nas, którzy w kapłaństwie spełniamy rolę „bycia ojcem” uświadomił sobie ten właśnie wymiar dojrzałego ojcostwa.
Bywa, że niektórzy z nas, niedojrzałych ojców, grzeszą grzechem „kradzieży serca”. Świat kapłański ma taką szczególną specyfikę, że wokół nas, księży, gromadzi się wiele różnych osób – osób, które zbyt mocno absorbujemy naszym własnym życiem… Nasze duszpasterstwa stają się miejscem zawłaszczania ludzi. Pamiętam wypowiedź jednej z katechetek, starszej już osoby: właściwie nie założyłam rodziny przez księży, do domu przychodzili księża, przychodzili klerycy…
Bycie ojcem to dawanie ludziom wolności. Męską próżnością jest – i nie potrafią uchronić się przed tym nawet księża – pragnienie bycia podziwianym, adorowanym, bycia po prostu dla kogoś „ważnym”. Zapominamy, że może to wyrządzić młodym ludziom krzywdę, że w pewnym momencie przestaną widzieć świat z szerszej perspektywy…

Dziś w Dzień Ojca pamiętam o swoim tacie i dziękuję mu za bycie moim ojcem.
Ale dziś w Dzień Ojca modlę się również za siebie o ojcostwo dojrzałe, o to bym nigdy nikogo na sobie nie zatrzymał, bym potrafił uczyć samodzielności i do tej samodzielności potrafił mocno zachęcać. Bym nigdy nikogo w jakikolwiek sposób nie zawłaszczył.
O taką modlitwę za mnie i moich współbraci w kapłaństwie [ojcostwie] również was proszę…

Dodaj komentarz

o pielęgnowaniu dojrzewania…

(Mk 4,26-34): Jezus powiedział do tłumów: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo. (…)

Gdyby ktoś, przyglądając się Kościołowi z zewnątrz, próbował go dziś zdefiniować, to mam wrażenie, że definicja Kościoła krążyłaby wokół pojęcia „walki”. Taką postawę prowokuje dzisiejszy świat. I nie chodzi mi tu bynajmniej o walkę o miejsce na platformie cyfrowej, o Fundusz Kościelny czy katechezę w szkołach. Myślę o walce ze złem. Niektórym wydaje się, że celem istnienia Kościoła jest właśnie owa „walka ze złem”.
Istotnie w historii Kościoła bywały okresy, w których musiał on mobilizować wszystkie siły by przetrwać – nie wyczerpuje to jednak, nawet w najmniejszym stopniu, jego bogactwa. Nie można zredukować działalności Kościoła do „potęgi sprzeciwiającej się złu”.

Dzisiejsza ewangelia mówi o Kościele jako roli, plantacji czy wręcz gospodarstwie, w którym pielęgnuje się życie, i to życie w wymiarze wiecznym. Gdyby ktoś zamiast pielęgnowania życia zajął się walką – zapewne zdradziłby swoje powołanie i zawiódł Dawcę życia. To prawda, że bywają okresy walki, gdy trzeba stanąć w obronie prawdy i godności człowieka, warto jednak uświadomić sobie, że walka ta jest tylko wtórnym zadaniem Kościoła – pierwotnym jest dbanie o wzrost…
Życie wiary nie polega na budowaniu fortecy nastawionej na obronę i odparcie każdego kto się zbliży, a wręcz przeciwnie na wyzbywaniu się egoizmu, wspieraniu i budowaniu jedności, budowaniu swoim świadectwem wiary innych – aby to, co dobre i piękne mogło wzrastać. Powołaniem Kościoła jest przecież pielęgnowanie życia Bożego w nas, dbanie o jego rozwój i wzrost.

Chrystus mówiąc dziś o królestwie Bożym proponuje obserwację procesu przemiany ziarna rzuconego w ziemię: w źdźbło, kłos i nowe ziarno w kłosie. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. To słowa, które wlewają w nasze serca otuchę i nadzieję. To gwarancja, że Bóg stale działa – może niepozornie, ale za to wytrwale i skutecznie. Takich gwarancji ciągle nam przecież potrzeba.
Grzegorz Wielki – nie byłbym sobą gdybym nie przywołał swojego imiennika i patrona zarazem – objaśniając dzisiejszą przypowieść pokusił się o połączenie kolejnych etapów rozwoju pszenicy z etapami rozwoju naszej wiary: Kiedy w naszym sercu pojawiają się dobre pragnienia, to tak jakby ziarno zostało rzucone w naszą glebę. Kiedy człowiek przestrzega w pełni Bożych przykazań i stara się czynić dobro, to w swojej wierze staje się jakby źdźbłem pszenicy. A kiedy człowiek w czynieniu dobra jest już utwierdzony i rzeczywiście to dobro czyni stosownie do swoich możliwości, to tak jakby kłos wypuścił. Wreszcie kiedy my sami przemieniamy się w dobry owoc miłości podobający się samemu Bogu, to tak jakbyśmy byli w naszej wierze już kłosem dojrzałym. Wszystko to oczywiście mocą łaski Bożej…

Każdy z nas w swojej wierze jest jak ziarno rzucone w ziemię, każdego z nas czeka długa przygoda dojrzewania. W pełni dojrzałą wiarę można poznać po sercu człowieka wypełnionym miłością do Boga, miłością bezinteresowną i niezależną od pogody.
Bywa, że niektóre kłosy są małe, ziarno zepsute lub zarażone przez pasożyty. Nie ma się czemu dziwić. Przecież człowiek dojrzały wśród wielu wspaniałych owoców może wydać i takie, których sam się wstydzi, które świadczą o jakiejś jego niedojrzałości. Dojrzałość nie jest wartością stałą. Kryzysy są czymś naturalnym, a sama dojrzałość nie jest wolna od kryzysów. Cechą dojrzałości jest jednak pamięć o gwarancji wzrostu – a to pomaga łatwiej i spokojniej poradzić sobie z kryzysami.

Dzisiejsza ewangelia przedstawia ideał dojrzałego człowieka wiary, który potrafi współpracować z Bogiem oraz czerpać ze świadectwa wiary i samemu owo świadectwo dawać. Warto jednak między wierszami dostrzec realizm drogi prowadzącej do dojrzałości. Nikt z nas nie jest tu na ziemi doskonały – wszyscy jesteśmy w drodze. O dojrzałości jednak świadczy to, czy „drogą wzrostu” chcemy podążać, czy po prostu, pełni zniechęcenia i niewiary we wzrost, zatrzymujemy się lub nawet cofamy…

I tu pojawia się jeszcze coś, co należy odczytać pomiędzy wierszami. Słowa: czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak – nie zwalniają nas ze współpracy z łaską. Faktem jest, że to nie rolnik daje ziarnu wzrost. Z drugiej jednak strony, jeśli rolnik pola nie przygotuje, jeśli go nie obsieje, to ziarno nigdy nie wyrośnie.
Dziwią mnie pomysły niektórych rodziców mówiących o wolności wyboru wiary przez ich dziecko: teraz nic mu nie przekażemy, by nie gwałcić jego wolności religijnej, jak dorośnie, to wybierze czy chce być wierzącym czy nie. W ten sposób należałoby nie przekazywać żadnych wartości w rodzinie.
Wiara jest łaską i darem od Boga. To nie rodzice dają wiarę swoim dzieciom, do nich jednak należy przygotowanie roli, siew i pielęgnacja tego co kiełkuje.
Wzrost, jak mówi dzisiejsza ewangelia, jest naturalnym stanem wiary: wiara powinna w nas rosnąć i dojrzewać. Proces dojrzewania wiary dokonuje się w rodzinach, wspólnotach, w relacjach z drugim człowiekiem.
Wiele więc zależy od tych, którzy pielęgnują ów wzrost wiary lub tę pielęgnację zaniedbują i pozwalają rosnąć chwastom…

2 Komentarze

Waleczne Serce

Początki kultu Serca Jezusowego sięgają średniowiecza – ówczesna mistyka łączyła go z bardzo żywym nabożeństwem do Najświętszej Rany boku Jezusa. To właśnie nasz Zakon [dominikanie] bardzo wcześnie przyswoił sobie nabożeństwo do zranionego boku i Serca Pana Jezusa. W piątek po oktawie Bożego Ciała, a więc w dzień, który sobie Chrystus wybrał na święto Jego Serca, dominikanie odmawiali oficjum o Ranie boku Pana Jezusa.
Główna jednak zasługa w rozpowszechnianiu się nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa przypada skromnej zakonnicy, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). W piątek po oktawie Bożego Ciała, 10 czerwca 1675 r., w ostatnim objawieniu usłyszała słowa: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli Mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze Mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję. W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia”.
Dopiero w roku 1765, prawie w sto lat po wspomnianych objawieniach, prawdopodobnie za przyczyną memoriału biskupów polskich, który opisywał historyczny przegląd kultu i uzasadniał bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa, Klemens XIII zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa oraz święto dla niektórych diecezji i zakonów. W roku 1856, papież Pius IX rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół a Leon XIII 31 grudnia 1899 r. oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

Przyznaję, że samo święto Najświętszego Serca trochę mnie swego czasu irytowało. „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem…” (Mt 11, 29). Czy o to tak naprawdę chodzi w chrześcijaństwie? O cichość i uległość? Czy chrześcijaństwo polega na pokorze, uległości i zgadzaniu się na wszystko, co mnie spotka. Przecież „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni” (Mt 11, 12).

Może warto dziś zwrócić uwagę, że i owszem, Chrystus jest wcieleniem miłosierdzia dla wyrzutków i pariasów społecznych, dla dzisiejszych trędowatych, dla tych, którzy potrzebują pokrzepiającego słowa, dla tych, nad którymi nikt nie chce się pochylić, bo są na swój sposób „nieczyści”. Nie znajdziemy jednak w Jego postępowaniu uległości i zgody gdy spotyka się z hipokryzją.
Może warto w ten sposób poczytać ewangelie, szczególnie te fragmenty, gdy odważnie staje przeciw motłochowi i doktrynalnym policjantom [faryzeuszom], gdy głosi słowo z mocą, gdy kręci sobie bicz, by wyrzucić handlarzy ze świątyni. Te fragmenty przeczą obrazowi zniewieściałego faceta z przedziałkiem uczesanym pośrodku głowy, który mówi cicho, unika konfrontacji i w końcu pozwala się zabić, bo nie ma innego wyjścia… Może warto poczytać Stary Testament i zobaczyć Boga, który walczy u boku tych, których umiłował. „Pan wojownikiem, Pan jest imię Jego” (Wj 15, 3).

Pamiętam jak mocno poruszył mnie kiedyś film Troy’a Duffy’ego: Święci z Bostonu. Film ten oglądałem już kilkanaście razy i chętnie nadal do niego wracam. Jak wspomina sam autor filmu, scenariusz napisał przez przypadek: Pewnego dnia wracając z pracy zobaczył na klatce swojego bloku martwą kobietę, powodem śmierci było przedawkowanie heroiny. Wokół była policja, a przy zwłokach kręcił się handlarz narkotyków próbując wyjąć z jej ubrania pieniądze, które była mu winna… Sam film zaczyna się od pięknego kazania: „wszyscy musimy się bać złych ludzi, ale jest jeszcze inny rodzaj zła, którego musimy się najbardziej bać: to obojętność dobrych ludzi…”

„Serce” to coś typowo ludzkiego, człowieczego. Zachęcam, by w dzisiejszą uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa odkrywać ten właśnie ludzki jego wymiar. Nie tylko miłosierdzie, ale i waleczność. Ono dziś wzywa nas do odpowiedzialności za siebie i innych, do odpowiedzialności za zło, którego nie potrafimy czy nie chcemy zatrzymać – wzywa do walki.
Waleczne Serce Boże udziel nam odwagi, męstwa i siły do walki o dobro…

Dodaj komentarz

w rodzinie szaleńca…

(Mk 3, 20-35): Potem przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów. Natomiast uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy. (…) Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego. (…) Któż jest moją matką i /którzy/ są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.

Współpraca w każdej wspólnocie opiera się nie tylko na autorytecie ale i zaufaniu. Nasza wspólnota klasztorna w ostatnich dniach, gdy podejmujemy ważne decyzje, uczy się tego na nowo. I chyba nie jest przypadkiem – w Kościele przecież nie ma przypadków – że Kościół daje nam dziś tę piękną ewangelię o potrzebie zaufania z jednej strony i zwykłej ludzkiej zazdrości z drugiej.

Tak to już jest z nami, że gdy stoimy w cieniu innych, budzi się w nas zazdrość. Jeśli w miarę szybko jej nie spacyfikujemy przerodzi się ona w próbę skompromitowania tych, w których cieniu stoimy. Nie przebierając w środkach zaczniemy podcinać zaufanie, a najlepszą do tego drogą jest zwykłe oszczerstwo.
Jeśli człowiek nie opanuje zazdrości zacznie walczyć o wpływy. Jeśli nie zyska nic pochlebstwem sięgnie po oczernienie by podciąć zaufanie. Przestanie szukać prawdy i dobra wspólnoty. Główną taktyką walki stanie się sianie niepokoju i skłócenie ludzi między sobą.

Dzisiejsza ewangelia właśnie o tym opowiada. Chrystus, cieszący się wielką popularnością, oblegany przez tłumy, nie mający czasu na posiłek, zaczyna budzić zawiść. Zazdrość i zawiść zaczynają być mocniejsze od entuzjazmu – pojawia się oszczerstwo: „odszedł od zmysłów”, „ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy”, kiedy indziej mówili, że jest oszustem, który zwodzi tłumy (J 7, 12; Mt 27,63) oraz żarłokiem i pijakiem (Mt 11, 19), bywało, że miano mu nawet za złe miłosierdzie wobec grzeszników: „przyjaciel grzeszników i celników”.

Zadziwiające, ale Jezus nie rzuca gromów, wręcz przeciwnie: spokojnie przestrzega nas przed konsekwencjami ulegania zazdrości i zawiści.
Pierwszy owoc zazdrości i zawiści to oszczerstwo, czyli kłamstwo. Owoc na tyle widzialny, że można go zdemaskować. Chrystusa to nawet nie irytuje, spokojnie demaskuje fałsz i spokojnie dopowiada, że „wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone”. Cóż, słabość natury ludzkiej.
Drugi owoc zazdrości i zawiści jest jednak o wiele gorszy – jest nim zamknięcie serca na działanie łaski. Pojawia się pycha, która w swej zatwardziałości zamyka na mądrość i pokorę. A przecież tylko mądrość i pokora pozwala cieszyć się z sukcesów innych i dostrzegać w nich działanie Boga. Oczerniające serce więc, to bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu a „kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego”.

Może warto się dziś pokusić o głębszą refleksję nad tajemnicą przewrotności ludzkiego serca. Może nikt z nas nie zarzuca dziś Chrystusowi opętania przez złego ducha, ale zdarza się niejednokrotnie, że próbujemy przywołać Go do porządku. Nikt nie może zaprzeczyć, że Go kochamy i jest dla nas kimś ważnym, bywa jednak, że traktujemy Jego nauczanie jako nieżyciowe i nie pasujące do dzisiejszego świata – zaczynamy wprowadzać nasze własne korekty. W dzisiejszym świecie, dla dobra naszego i rodziny, trzeba przecież trochę zakombinować, oszukać, ukraść. Szaleństwem dziś przecież byłaby nierozerwalność małżeństwa, modlitwa za nieprzyjaciół, czy nie dopuszczanie wyjątków w szacunku wobec poczętego życia. Nasz świat rządzi się swoimi prawami – nie bądźmy fanatykami.

Może właśnie dlatego niepokoili się o Niego Jego krewni. Nie chodziło im zapewne o to, że porzucił swój zawód cieśli i poświęcił się głoszeniu słowa, nie chodziło pewnie także o Jego zdrowie i siły. Chodziło raczej o niezrozumienie przez innych, zawiść i próbę podporządkowania własnemu postrzeganiu świata.
On patrząc na siedzących dokoła spokojnie odpowiada: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten mi jest bratem, siostrą i matką”. Stajemy się Jego rodziną, gdy słuchamy Jego Słowa i przyjmujemy je. Bez zazdrości, zawiści, oszczerstwa pod Jego adresem, bez poprawiania ewangelii. Stajemy się Jego rodziną, gdy zaczyna nas boleć i niepokoić to, że inni Go nie rozumieją, próbują Go poprawiać, czy wręcz traktują jak niedostosowanego do dzisiejszego świata szaleńca.

3 Komentarze

procesyjny folklor uczy

(Mk 14,12-16.22-26): W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, (…) gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im mówiąc: Bierzcie, to jest Ciało moje. Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. (…)

Parę dni temu, gdy próbowaliśmy dotknąć tajemnicy Trójcy, pisałem o miłości: tej wyznanej i tej oczekującej na przyjęcie. Tajemnicę Trójcy Świętej chyba najpełniej objawia tajemnica Wcielenia, gdy wyznanie Bożej Miłości [Słowo „Kocham”] za sprawą Ducha Miłości stało się Ciałem. Co więcej: stało się Ciałem nie tylko na jakieś trzydzieści parę lat, dwadzieścia wieków temu, ale mocą Ducha Miłości wyznawane jest ciągle w Kościele i oczekuje naszego przyjęcia. Dzisiejsza Uroczystość o tym właśnie chce nam przypomnieć.

Gdy myślimy o Bożym Ciele, na pierwszy plan wysuwa się zawsze procesja. Wpisała się ona tak mocno w świętowanie tego dnia, że niektórzy uważają nawet, że obecność na procesji jest ważniejsza od obecności na mszy św. Nie zagłębiając się w historię kultu eucharystycznego, można by od razu zadać sobie pytanie, po co ten „spacer z Chrystusem”, po co ten folklor, czy nie ma innych sposobów na wyznanie wiary w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie? Czy do uświęcenia miast i wsi, do błogosławieństwa pól, uproszenia dobrej pogody i urodzaju, potrzeba wynosić Świętą Hostię z Kościoła? Czy nie da się inaczej „zamanifestować naszej wiary”? – o „manifestowaniu wiary” – cokolwiek to znaczy – słyszeliśmy kiedyś w PRL-u, ale usłyszeć możemy jeszcze i dzisiaj.
Czy „procesja” dzisiaj cokolwiek mi mówi? Czy „procesją” Kościół jest w stanie zwrócić uwagę na to, co istotne w przeżywaniu dzisiejszej Tajemnicy? Może warto postawić sobie te pytania zanim udam się na procesję eucharystyczną.

Procesją – po pierwsze – Kościół chce zwrócić uwagę na tajemnicę obecności. Imię Boże: Jahwe – Jestem, Który Jestem – oznacza „Jestem Obecny”, „Jestem przy tobie”. Kocham, więc nie może być inaczej. Wiem człowieku, że nie jesteś tylko duchem, że miłość domaga się cielesnej obecności, więc „Jestem”. Nie tylko dotykam tego co ludzkie, ale i sam daję się dotknąć. Nie chcę być obecny tylko symbolicznie w tajemnicy Kościoła – moja obecność ma być namacalna, cielesna.

Procesją – po drugie – Kościół chce zwrócić uwagę na tajemnicę odpowiedzi na obecność. Tajemnica wiary – te słowa jako wezwanie do odpowiedzi słyszymy podczas każdej mszy św. Wiara nie może być formą, tradycją, terapią, wiarą w abstrakt czy symbol – wtedy sprowadzałaby się do pustych rytuałów – a to nie ma sensu. Tajemnica obecności domaga się dostrzeżenia osoby – wiara jest relacją osobową – zaangażowaniem.
Odpowiedzią na obecność staje się tajemnica komunii: przyjęcia drugiej osoby. Warto jednak dodać, że w komunii nie tylko my przyjmujemy Chrystusa – to dość oczywiste – ale Chrystus przyjmuje także każdego z nas! Ojcowie Kościoła mówili, że Chrystus także przystępuje do komunii, by mnie przyjąć – to naprawdę wielkie święto!

Procesja tłumaczy również tajemnicę dziękczynienia. Eucharystia to dziękczynienie – dziękczynienie to jednak nie może się kończyć wraz z zakończeniem mszy św. Słowa: „Idźcie w pokoju Chrystusa” nie oznaczają bynajmniej: „idźcie, już koniec dziękczynienia”, ale: „idźcie, i niech to dziękczynienie w was trwa, dzielcie się nim”. Dzielcie się z innymi swoją radością z tego za co dziękujecie Bogu – jak Maryja, która pobiegła w góry do Elżbiety, by dzielić się dziękczynieniem za obecność Boga w swym życiu.

Procesja wreszcie, to także próba wytłumaczenia tajemnicy kapłaństwa powszechnego. Chrystus jest wynoszony „poza kościół”, dociera poza widzialne ramy i struktury Kościoła. Jest „wynoszony” nie tylko przez „funkcjonariuszy Kościoła” [księży], ale także, a może przede wszystkim, przez nas wszystkich i w nas wszystkich. Ubi caritas Deus ibi est – wszędzie tam, gdzie jestem szafarzem miłości, gdzie czynię cokolwiek z miłości, tam „podąża procesja eucharystyczna”: tam objawia się obecność Boga.

Dwa tysiące lat temu, gdy Chrystus chodził po ziemi, budził w ludziach wiarę, ufność, podziw, ale także niechęć, agresję czy też zwyczajną obojętność. Dziś wychodząc na ulice budzi te same reakcje.
Człowiek posiada zdumiewającą zdolność oswajania tego co niezwykłe. W średniowieczu, mnisi z Cluny przystępując do komunii świętej zdejmowali buty – jak Mojżesz gdy zbliżał się do Płonącego Krzewu, do Najświętszego.
Może dziś właśnie coraz bardziej potrzeba nam wynoszenia Chrystusa w procesjach, aby dotarło do nas, że jest obecny pośród nas, że dociera wszędzie, że dotyka wszystkiego co ludzkie i pragnie naszej odpowiedzi – ludzkiej, żywej, osobowej. Może warto sobie dziś uświadomić, za co Mu dziękuję i wyjść z radością tego dziękczynienia poza budynek kościoła. Może warto dziś po prostu zabrać Go z sobą i zanieść innym…

2 Komentarze

Ich Trzech znaczy Miłość

(Mt 28,16-20): Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

Bóg jest Miłością – oklepany slogan, czasami wręcz banał powtarzany bezmyślnie bez przyjmowania treści…
Chyba dlatego potrzeba takich świąt jak dzisiaj: by spróbować pomyśleć o co w tym chodzi. Co to znaczy, że Bóg jest Trójcą, że jest Jeden w trzech Osobach. Bez skomplikowanych teologicznych dywagacji: że w Bogu są cztery relacje, trzy z nich są czynne [jedna bierna] – i te trzy „czynne” właśnie są Osobami… Co to wszystko znaczy dla mnie?

Bóg jest i musi być Trójcą – nie da się inaczej, jeśli jest Miłością. Bóg w jednej osobie nie mógłby być Miłością – kochałby tylko samego siebie – byłaby to miłość egocentryczna i egoistyczna. Do miłości potrzebne są przynajmniej dwie osoby – miłość to relacja między osobami – stąd Ojciec i Syn. Sama Miłość w Bogu ma jednak także wymiar osobowy – stąd: Duch.
Zwykły codzienny znak Krzyża: „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, w imię Trójcy – jest wyznaniem wiary w Miłość: wyznaniem wiary w Boga, Który jest Miłością. Jest wyrażeniem pragnienia, że wszystko co czynię, chcę czynić w imię Miłości. Jest także próbą stanięcia w prawdzie przed Bogiem, który mnie kocha – ja natomiast nie dorastam do tej miłości, uczę się jej i chcę do niej dojrzeć.
Jest wołaniem: „Boże naucz mnie KOCHAĆ”.

Miłość o tyle jest „miłością”, o ile jest wyznana: by być miłością musi być wyznana. Dlatego też Bóg wyznaje nam miłość posyłając swojego Syna: Boże Słowo KOCHAM staje się Ciałem. Miłość zostaje zakomunikowana i objawiona przez słowa i czyny Syna. Na tym się jednak nie kończy: Ojciec z Synem wyznają nam miłość posyłając Ducha. Miłość zostaje nie tylko zakomunikowana, ale i zaszczepiona w nas: Duch Miłości w nas jest, nas przenika i w nas KOCHA…

Człowiek tymczasem bywa nieufny wobec miłości, trudno nam uwierzyć w istnienie miłości bezwarunkowej. Gdy ktoś tak po ludzku wyznaje nam miłość, pojawia się niepokój o to, ile w tym wyznaniu jest prawdy, czy można mu wierzyć. Być może jest tak dlatego, że sami nie czujemy się godni miłości, że często historia naszego życia styka się z historią odrzucenia czy braku akceptacji. Stąd problem z zaufaniem, nie tylko drugiemu człowiekowi, ale i Bogu.
Opieramy wtedy naszą wiarę na „misterium tremendum” [tajemnicy strachu]. Bóg to ktoś potężny i przerażający zarazem: ciągle nas obserwuje, czeka na potknięcia by karać…  Bywa okrutny i nieludzki… [na górze Moria zażądał od Abrahama jedynego, ukochanego syna…]. Budzi lęk i niepokój: pewnie nie tylko nie pomoże, ale jeszcze zażąda czegoś, czego nie zechcę Mu dać… Jako zbyt wymagający staje się niezrozumiały, jako niezrozumiały staje się daleki, jako daleki: obojętny… a może nawet wrogi…

Jakże ważnym staje się więc, by miłość wyznana stała się miłością przyjętą – uświadomioną. Jakże ważnym jest odkrywanie tajemnicy Trójcy jako tajemnicy działania Boga we mnie. „Ojcze, jesteś nade mną, Synu, jesteś przy mnie, Duchu Święty, jesteś we mnie” – najkrótszy komentarz do tajemnicy Trójcy: Tajemnicy działania „Jednego w Trzech Osobach” we mnie. Ojciec „odpowiada” za Bożą opatrzność, która jest nade mną. Syn stał się człowiekiem, bo kochając człowieka chce dotykać tego, co ludzkie i samemu dać się dotknąć. Duch natomiast staje się tajemnicą obecności Boga w moim sercu.
Może warto dziś właśnie przypomnieć sobie, że zostałem ochrzczony, nie w imię Jezusa, ale „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – w imię Trójcy, w imię Boga, który jest Miłością i naprawdę mnie kocha.
Może warto dziś właśnie przypomnieć sobie, że chrześcijaninem jestem nie dlatego, że wierzę w Chrystusa, ale dlatego, że wierzę i wyznaję Boga w trzech Osobach.
Istotą chrześcijaństwa jest przecież tajemnica Boga, który jest Miłością, tę miłość wyznaje i czeka na jej przyjęcie…

Może właśnie dlatego bywam czasem powodem konsternacji dla mojej siostry i brata [dla szwagra i bratowej pewnie też ;-)] gdy patrząc na ich dzieci [obie rodziny mają po dwoje] zaczynam z poważną miną tłumaczyć, że istotą chrześcijaństwa nie jest wiara w podwójną naturę Jezusa Chrystusa ale wiara w Trójcę…

6 Komentarzy