Archiwum dla Kwiecień 2012

prosząc o zrozumienie i modlitwę…

(J 10,11-18): Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; /najemnik ucieka/ dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. (…)

To już piętnasty raz gdy IV-ta niedziela wielkanocna staje się dla mnie dniem rachunku sumienia z mojego dusz-pasterzowania. Ci, którzy mnie znają, wiedzą o moim przekonaniu, że życie zakonne pomaga księdzu traktować kapłaństwo jak „pasterzowanie” a nie jak wykonywany z mniejszym czy większym zaangażowaniem zawód. Dziś więc znów staję przed pytaniem: czy potrafię sprostać misji bycia widzialnym zastępcą Dobrego Pasterza? ile we mnie pasterza a ile najemnika?

Dla najemnika owce są środkiem [narzędziem] do robienia dobrego interesu, zasadniczo się nie liczą. Nie łączy go z nimi żadna więź, więc nie podejmie dla nich żadnego zbytecznego ryzyka, które zagrażałoby interesowi. Nie chodzi zasadniczo o to, że działa jawnie źle, ale raczej o to, że zaniedbuje to co dobre, wskazane czy wręcz niezbędne. Po co się wysilać i męczyć – ja tu tylko, pracuję. To jednak droga do nadużyć i manipulacji – manipulacji owcami właśnie.

Kim są więc owce dla pasterza? dobrego pasterza? Dzisiejsza Ewangelia mówi o czymś czego brak w innych tekstach o pasterzu: „Dobry Pasterz daje życie swoje za owce”. To na pewno wyraz Bożej miłości do człowieka ale może także [dla mnie: na pewno] zaznaczenie ludzkiej godności. Owce są warte życia pasterza.
Czy owce, którym (dusz-) pasterzuję są warte mego życia? warte tak samo jak ja byłem wart życia Dobrego Pasterza?

Dobry (dusz-) pasterz:

Po pierwsze: zna swoje owce. Zna ich potrzeby, możliwości i problemy, ale i więcej… W języku biblijnym pojęcie „znać” nasycone jest zazwyczaj treścią pojęcia „kochać”. Kochać to znaczy przemierzać tę samą drogę. Bóg kocha człowieka i stał się człowiekiem – stał się niejako owcą [Barankiem] by być Dobrym Pasterzem.
Znać swoje owce to uczestniczyć w ich życiu, pracy, kłopotach i radościach, być z nimi w chwili zagrożenia ze strony środowiska, w którym żyją, wspierać i umacniać w chwili słabości. Pasterz przebywa z owcami cały czas – nigdy, nawet na chwilę, ich nie opuszcza.

Po drugie: owce znają pasterza. Może to i dziwne, ale warunkiem dobrze pełnionej misji przez duszpasterza jest miłość, jaką darzą go tzw. wierni. Powinni oni, jak mówi Jezus, znać swojego duszpasterza [duszpasterzy] – znać, to znaczy: uczestniczyć w jego pasterskich troskach i radościach.
Teoretycznie pasterz powinien pracować nie oglądając się na to czy owcom na nim zależy czy nie – przesadnym więc wydawałoby się oczekiwanie jakowejś sympatii a nawet zaangażowania ze strony owiec. Pasterz jednak inaczej „pracuje” gdy ma świadomość miłości i zaufania ze strony swoich owiec, gdy wie, że i im na nim zależy i że potrzebują jego samego i jego posługi.
Słowo „pracuje” wziąłem w cudzysłów świadomie. Gdy owce znają [kochają] pasterza on nie tyle „pracuje” wykonując swój zawód, co wypełnia misję pasterzowania odkrywając swoje powołanie i w pełni mu się poświęcając. Tu chyba przebiega owa delikatna granica pomiędzy pasterzem a najemnikiem: najemnikowi wystarczy zakres obowiązków „do wykonania”, pasterz natomiast pyta nie o to, co zrobić powinien, ale o to, co zrobić jeszcze może. Wszyscy mamy chyba tę świadomość, że trudno jest wykrzesać z siebie prawdziwy zapał i troskę komuś, kto nie czuje się potrzebny i kochany.

Po trzecie: życie swoje oddaje za owce. Owce nie potrafią się bronić, bardzo łatwo mogą stać się łupem złodzieja czy wilka. To trudne zadanie obrony przed atakami zła należy również do powołania (dusz-) pasterskiego. Zadanie trudne, bo wrogowie przebiegli: atakujący nie tylko z zewnątrz ale i wewnątrz wspólnoty Kościoła. Zadanie trudne, bo wymagające mądrości w rozeznaniu metod przeciwnika, ale i odwagi ze strony duszpasterza.
Zadanie trudne bo domagające się poświęcenia życia pasterza. To oddanie życia nie polega już dziś na męczeńskiej śmierci [choć i przed takimi wyzwaniami stają pasterze] ale domaga się rezygnacji z ambicji, planów, pragnień i swoich własnych pomysłów na duszpasterzowanie. Domaga się często innych, nie zamierzonych lub nawet takich, przed którymi ma się obawę, zaangażowań w obronę i ewentualne ratowanie owiec.

Po czwarte: ma także inne owce (…) i musi je przyprowadzić. Nie chodzi tylko o to [choć zapewne też], że musi czasami zostawić dziewięćdziesiąt dziewięć znających go i idących za nim, by odszukać tę jedną zagubioną. Jeśli nie jest tego w stanie zrobić osobiście – czyni to modlitwą: wzywa Chrystusa, by sam przyprowadził do owczarni tych, co zaginęli.
Chodzi tu o dyspozycyjność duszpasterza – prawdziwa miłość pasterza do owiec i owiec do pasterza nie zniewala, nie zamyka do jednej wspólnoty, do jednej wybranej grupy ludzi. Prawdziwa miłość zawsze otwiera: otwiera na innych, otwiera na nowe zaangażowania, na nowe przestrzenie, otwiera na nowe formy duszpasterzowania. Duszpasterz uczy się tego przez całe życie i warto, by wierni mu w tym pomagali i nie próbowali go zatrzymywać dla siebie.

Pisząc te słowa mam świadomość jak bardzo powołanie (dusz-) pasterza przerasta ludzkie siły i możliwości. Jak bardzo też ja i moi współbracia w posłudze pasterskiej potrzebujemy modlitwy i wsparcia [nie krytyki i obmowy] by być dobrymi pasterzami.
O tę modlitwę i wsparcie bardzo prosimy…

4 Komentarze

lekarstwo: amicitia

Dziś moją uwagę przykuł artykuł ks. Dariusza Salamona SCJ Przyjaźń potrzebna jak lekarstwo!. Trochę w nim utyskiwania na to, że przyjaciel, zostaje zastąpiony, wyparty przez komputer, Internet, różnego rodzaju odtwarzacze MP3, iPod, komórki… Mnie zaciekawiło jednak odniesienie do fragmentu książki Radość kapłaństwa, w której autor, który jest terapeutą zajmującym się kapłanami z różnymi problemami, pisze, że na początku terapii stawia proste pytanie: Jeśli masz problem, trudność, niepowodzenie – z kim się tym podzielisz? Czy masz przyjaciela, któremu możesz się zwierzyć? Okazuje się, że kapłani często, pomimo licznych kontaktów, znajomości, nie mają prawdziwych przyjaciół.

Nie zadałem sobie jednak pytania, czy mam przyjaciela (przyjaciół), gdyż jest ono zbędne, o czym wiedzą moi przyjaciele. Próbowałem jednak spojrzeć na swoje kapłaństwo i rolę kapłana w perspektywie słów Chrystusa: „Już was nie nazywam sługami, lecz przyjaciółmi” (J 15, 15) oraz „jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli będziecie czynić to, co wam przykazuję” (J 15, 14). Świadomy, że słowa te odnoszą się do nas wszystkich a nie tylko do funkcjonariuszy Kościoła Katolickiego, nie zamierzam polemizować z treścią artykułu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na „trudność” i wymagania prawdziwej przyjaźni. Zachęcam zarazem do lektury średniowiecznego traktatu Elreda z Rievaulx „Przyjaźń duchowa”, który stał się dla mnie niejako przewodnikiem w poznawaniu pojęcia „przyjaźń”.

„Przyjaźń bowiem – to nic innego, jak zgodność we wszystkich sprawach boskich i ludzkich, połączona z życzliwością i wzajemną miłością” powiada Cyceron (De amicitia, 20). Przekładając tę definicję na język współczesny można by powiedzieć, że przyjaźń to kompatybilność myślenia o sprawach boskich i ludzkich ale i równocześnie kompatybilność woli i działania [tego co chcemy i tego co robimy] w sprawach dotyczących relacji z Bogiem i z ludźmi. Kompatybilność ta jest wypadkową wzajemnej miłości i życzliwości (owocu miłości).
Przyjaźń więc, jest jakby intensywniejszą formą miłości. Miłością obdarzamy przyjaciół, ale wezwani jesteśmy równocześnie do miłości wrogów. Sama miłość budzi się w nas na skutek rozumnej decyzji naszej woli [miłość bliźniego jest przykazaniem] – przyjaźni natomiast nakazać nie można…

Przyjaciel to ktoś, przed kim nie boimy się otworzyć serca. „Przyjaciel jest lekarstwem życia” (Syr 6, 16), kimś „z kim odważyłbyś się rozmawiać jak z samym sobą” (Cyceron, De amicitia, 22), komu nie boisz się wyznać swoich wykroczeń, opowiedzieć o rozwoju duchowym, komu powierzysz wszystkie tajemnice i zamiary swojego serca. Przyjacielowi powierzasz się jakby drugiemu sobie, niczego przed nim nie ukrywasz, niczego z jego strony się nie obawiasz. Nie da się więc i nie można nawiązywać przyjaźni ze wszystkimi, których kochamy – nie wszyscy są do tego zdolni. Przyjaźń to jakby tożsamość woli dwojga ludzi: jeden chce tego, czego chce drugi…

Jeśli więc przyjaźń to kompatybilność woli i działania, to: czy są jej granice? czy można przyjacielowi czegoś odmówić?
Pomocą w odpowiedzi na te pytania będzie: kompatybilność myślenia o sprawach boskich i ludzkich. W ramach przyjaźni więc nie mieści się przyzwolenie na coś co niszczy człowieka, chociażby tylko duchowo. Nie jest więc prawdziwą przyjaźnią więź łącząca osoby trwające w upodobaniu do grzechu. Nie jest i nie może być przyjacielem ktoś, kto namawia do złego. Także przyjaźń pobłażająca wadom jest przyjaźnią fałszywą. Można więc powiedzieć, że pomiędzy ludźmi amoralnymi, trwającymi w grzechu i nie podejmującymi walki z nim, nawet gdyby jeden za drugiego chciał życie oddać, przyjaźń nie jest możliwą…
Stąd wspomniany wyżej Elred powie, że: przyjaźń może się zrodzić tylko pomiędzy ludźmi prawymi, rozwijać pomiędzy lepszymi a dochodzić do pełni między doskonałymi…

„Jeśli dostrzeżesz u przyjaciela jakąś wadę, upomnij go na osobności, a gdy cię nie posłuchał, uczyń to publicznie. Upomnienie bowiem jest rzeczą dobrą i często lepszą niż milcząca przyjaźń. Choćby przyjaciel poczuł się urażony, upomnij go. Uczyń to nawet wtedy, gdyby gorycz upomnienia zraniła jego serce. Lepsze są bowiem rany zadane przez przyjaciela niż pocałunki pochlebców. Upomnij błądzącego przyjaciela.” (Ambroży, De officiis, III, 127)

Warto się więc modlić o prawdziwych przyjaciół, i o to, by samemu sprostać roli przyjaciela.

Dodaj komentarz

nacisk na ciało…

(Łk 24,35-48): Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: (…) w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego.

Tydzień temu słyszeliśmy: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym.” (J 20, 27) Dziś następne mocne podkreślenie realnej cielesności po zmartwychwstaniu. Ciało przemienione, przebóstwione, ale jednak prawdziwe: „Popatrzcie na moje ręce i nogi,… dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam…” I jakby tego było jeszcze za mało: zjadł w ich obecności kawałek pieczonej ryby…
Nie jest duchem ani zjawą, nie jest też wytworem ich wyobraźni czy nawet projekcją ludzkiej tęsknoty…
Wytwór wyobraźni nie zje im ryby… 🙂

Po co ten nacisk na cielesność po śmierci i zmartwychwstaniu? Przemienioną, przebóstwioną, ale jednak prawdziwą cielesność? Dlaczego tyle uwagi poświęca przekonaniu Apostołów o swej cielesnej naturze?
Bo jak samo zmartwychwstanie było naturalną konsekwencją tego, kim był – tajemnica Boga, który staje się człowiekiem, by być blisko człowieka i robi wszystko by wyeliminować to, co oddziela człowieka od Boga.
Tak też, to samo zmartwychwstanie, jako naturalna konsekwencja tajemnicy Wcielenia, nie mogło wyglądać inaczej: musiało angażować cielesność Jezusa.

Słyszeliśmy pewnie stwierdzenia, że Kościół jest przeciwko ciału i temu, co z cielesnością związane, że ciało jest siedliskiem grzechu i zła, że w ogóle przez swą nieczystość jest wrogie Bogu.
Chrystus tymczasem odkrywa przed nami godność i wartość ludzkiego ciała. Ciała, które ma się stać niejako „tworzywem” osobistego zmartwychwstania każdego z nas. Ciała, które nie jest i być nie może, ani „błędem” w stworzeniu, ani nawet zbędnym dodatkiem ludzkiej natury. Ciała, które przez Chrystusa i w Chrystusie, staje się najbardziej integralną i ważną „częścią” człowieka. Ciała, któremu należy się szacunek – nigdy: pogarda czy poniżenie.
Zmartwychwstanie dokonało się w ciele – było powrotem do ciała, ciała przemienionego, doskonalszego, piękniejszego – ale jednak tego samego, własnego!

Może warto, aby każdy z nas postawił sobie dziś pytanie: czemu On się tak upiera przy tej swojej cielesności? O co Mu właściwie chodzi? W co właściwie wierzę i czemu ma służyć chrześcijaństwo?

„W imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom…”
Św. Tomasz mówi, że grzech to: odwrócenie się od Boga i nieuporządkowane zwrócenie ku stworzeniu [aversio a Deo et inordinata conversio ad creaturam], stąd więc nawróceniem będzie: zwrócenie się do Boga i uporządkowane zwrócenie się ku stworzeniu.
Może dziś coraz bardziej należałoby akcentować nawrócenie jako szacunek do ciała: ciała swojego i ciała drugiego człowieka. Może właśnie odkrycie na nowo godności ciała i szacunek do niego spowoduje, że nie będziemy wyniszczać go przez grzech i jego skutki.
Może warto spojrzeć na człowieka z innej perspektywy, tak jak dziś spogląda Chrystus upierający się przy uznaniu cielesności. On tajemnicą swojego zmartwychwstania chce dowieść, że Bóg ocala człowieka z ciałem, nie tylko duszę.
„Wy jesteście świadkami tego!”.

1 komentarz

churching…

Z zaciekawieniem przeczytałem parę dni temu tekst Tomasza Ponikło „Parafia churcherów” [publikowany na: deon.pl]. Znam pojęcie „clubbing”, słyszałem nawet o „grobingu”, którym opisuje się zwiedzanie i oglądanie tzw. Grobów Pańskich po Liturgii Wielkiego Piątku i przez Wielką Sobotę [być może pojęcia tego używa się także do opisania nawiedzania grobów bliskich zmarłych w okolicach dnia Wszystkich Świętych]. Choć samo zjawisko tzw. „churchingu”  jest mi dość znane, z pojęciem tym jednak spotkałem się po raz pierwszy.

Autor prezentuje dwa scenariusze churchingu:
Pierwszy, motywowany negatywnie: gdy mszalne wędrowanie rodzi się z pobudek egoistycznych. Dziś nie chce mi się siedzieć w kościele, więc idę na Mszę bez homilii, za tydzień mam chętkę umocnić ducha i gnam na podniosłą ponadgodzinną celebrację, za dwa tygodnie, żeby nie popsuć sobie młodzieńczego zapału zaglądam na Mszę akademicką. A w ogóle to Msza w mojej parafii, ten „betonowy” ksiądz, wysztywnieni ludzie… (…) Jest negacją, odrzuceniem Kościoła jako wspólnoty i poszukiwaniem tego, co schlebia własnym gustom.
Drugi, motywowany pozytywnie: idę tam, gdzie da się coś zbudować. Churcher uprawia swoje niedzielne wędrówki mając wyraźny cel (znalezienie wspólnoty wiary), po osiągnięciu którego duchowo się zakotwicza. Scenariusz ten zakłada jednak także subiektywną ocenę własnej parafii: jest ziemią jałową.

Uznając kontekstowe (niechęć do parafii, mieszkanie w obcym mieście, nieunormowany czas pracy) i intencjonalne (poszukiwanie odpowiedniego dla siebie kaznodziei itp.) przyczyny kościelnych wędrówek oraz przychylając się do spostrzeżenia autora, że parafia (…) nie może być barem z liturgicznymi zakąskami i przebojowymi barmanami czy punktem usługowym z ofertą skrojoną pod „target” spoglądam na oba scenariusze churchingu ze zrozumieniem.

Kościół jest przecież sakramentem Chrystusa, jest widzialnym znakiem i narzędziem niewidzialnego Boga. Jest wspólnotą ale i miejscem, gdzie Boga mogę dotykać, gdzie mogę doświadczać Jego obecności, gdzie mogę budować z Nim relację. Człowiek przecież do budowania prawdziwej i żywej relacji z Bogiem potrzebuje owego wymiaru cielesnego. Nic więc dziwnego, że jeśli chcę wiarę potraktować poważnie, to będę szukał tego, co będzie sprzyjać wzrastaniu w wierze i pogłębianiu relacji z Bogiem a równocześnie unikał tego, co może tę relację zniszczyć czy osłabić.
Mam prawo, a może nawet i obowiązek, szukać tego, co sprzyja rozwojowi i ożywieniu wiary – nie chodzi przecież o „odfajkowanie” obecności na mszy. Mam prawo więc, i obowiązek, szukać kościoła gdzie mogę się skupić i gdzie nic nie będzie przeszkadzać mojej modlitwie, szukać „estetycznie” sprawowanej Liturgii, która odpowiada mojej wrażliwości i przybliża mnie do tego co święte, szukać kazań, w których znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, itd. itp.

Oba scenariusze churchingu mają więc swój sens i wartość.
I ten motywowany negatywnie, który wskazuje jedynie na stan ducha i psychiki churchera oraz na ewentualne przeżywane problemy ze zrozumieniem tego co dzieje się we wspólnocie – zakłada on jednak pragnienie uczestniczenia we mszy niedzielnej.
I ten motywowany pozytywnie, który wskazuje na potrzebę odkrycia środowiska, w którym wiara będzie rzeczywiście wzrastała i się ubogacała.

Problem leży jednak gdzie indziej.
Dziękując Bogu za prężne duszpasterstwa i za charyzmatycznych duszpasterzy, pamiętać należy, że nie mogą być one same w sobie celem. Są i mają być pomocą w odkrywaniu, poznawaniu i spotykaniu się z Tym, którego inaczej dotknąć nie można. Nie mogą zatrzymywać na sobie ale pomagać i prowadzić do dojrzałości.
Dojrzałość natomiast, to wyzbywanie się bierności i postawy roszczeniowej, to odkrycie swojego miejsca we wspólnocie Kościoła, to wzięcie odpowiedzialności za Kościół. Dojrzałość wreszcie, to zaangażowanie we własną wspólnotę, choćby parafialną – to przemienianie i budowanie, to eliminowanie tego co kiepskie i nijakie. Dojrzałość to praca nad przemianą własnej wspólnoty w miejsce spotykania Boga.

Z jednej strony: churching, by dorosnąć i dojrzeć w wierze. Z drugiej strony: powrót do własnej parafii i zaangażowanie we wspólnotę, by tak ją przemienić aby churcherzy też chętnie ją nawiedzali…
Oby prężne duszpasterstwa nie zapominały, że mają tylko pomagać i wspierać na drodze do dojrzałości. Oby churcherzy pamiętali, że churching to czas ich dojrzewania, że ma się on skończyć, że dojrzałość to czas dawania siebie i czas budowania wspólnoty Kościoła – mojej własnej, lokalnej…

Dodaj komentarz

miłosierdzie…

(J 20,19-31): Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. (…)

Miłosierdzie: bo przychodzi pomimo zamkniętych drzwi. Ma moc przyjść do mnie nawet wtedy, gdy się przed Nim zamykam – warunek: dobra wola. Nic nie wiemy o tym, by ukazał się ludziom złej woli [np.: Kajfaszowi, Herodowi, Piłatowi]. Objawił się jednak prześladowcy Szawłowi. Zaryglował drzwi swego serca, On jednak potrafił rozpoznać dobrą wolę w zagubionym wówczas człowieku…

Miłosierdzie: bo ukazuje swe rany.  Komunikat, który nie mówi: „patrzcie coście zrobili”, ale: „patrzcie jak was kocham”. Św. Tomasz z Akwinu powie potem, że męczennicy po śmierci zachowają ślady męczeństwa. Po co? By pamięć o ranach, pamięć w miłości, uzdrawiała. Pamięć w miłości nie jest destrukcyjna, pamięć w miłości uzdrawia ludzką psychikę…

Miłosierdzie, bo: tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Obdarza życiem jak pierwszego człowieka Adama. Władza odpuszczania grzechów to powtórzenie aktu stwórczego. Zostawia władzę wskrzeszania i stwarzania na nowo wspólnocie Kościoła…

Miłosierdzie, bo rozumie wątpliwości. Świadectwo Apostołów powinno przekonać Tomasza, na tym przecież opiera się wiara Kościoła. Tomasz jednak nie zamierza być „uczniem z drugiej ręki”. Chce bezpośrednio poznać Tego, w którego ma uwierzyć: stawia warunek.
Ten, który przed zmartwychwstaniem odmawiał wszystkim, którzy domagali się znaku pozwala Tomaszowi pokonać niewiarę przez zanurzenie dłoni w swoim przebitym boku. Rozpoznaje wątpliwości prawdziwe [Tomasz niewątpliwie potrzebował dotknięcia Chrystusa], nie ulega jednak wątpliwościom pozornym. To też miłosierdzie…

Miłosierdzie, bo daje się dotknąć. Oby ten dotyk nie zatrzymywał jednak na tym co ziemskie [patrz: wpis poprzedni: Maria Magdalena]

3 Komentarze

Maria Magdalena

(Mk 16,9-15): Po swym zmartwychwstaniu, wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia, Jezus ukazał się najpierw Marii Magdalenie, z której wyrzucił siedem złych duchów. Ona poszła i oznajmiła to tym, którzy byli z Nim, pogrążonym w smutku i płaczącym. Ci jednak słysząc, że żyje i że ona Go widziała, nie chcieli wierzyć. (…)

Wielu dziwi się, gdy spoglądając na pulpit w moim komputerze widzi obraz Marii Magdaleny [tapeta w komórce przedstawia ten sam obraz]. Dla mnie jednak obraz ten jest ciągłym przypominaniem o moim powołaniu. Powołaniu zakonnym [dominikańskim] ale i ludzkim przede wszystkim…

Ukazał się najpierw tej, która, pośród Jego uczniów, była chyba najbardziej doświadczona przez życie, może nawet przez grzech [miała w sobie siedem złych duchów]. Ani umiłowany uczeń Jan, ani przyszły pierwszy papież Piotr, nie byli bardziej godni by jako pierwsi zobaczyć Go żyjącym. Można zadawać pytanie: dlaczego? Jedyną odpowiedzią będzie wiara Kościoła dzisiaj…

„Apostołka apostołów”, jak nazywano Marię Magdalenę w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, ze względu na to, że stała się pierwszą głosicielką Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu jest ulubioną patronką dominikanów.

By stać się jednak dobrym apostołem, musiało w niej nastąpić pewne przewartościowanie. Kochała Chrystusa bardzo mocno: przywrócił jej przecież godność ludzką, może nawet życie. Kochała Go jednak po ludzku. Dlatego też Jezus przy spotkaniu z nią powiedział ostro: „nie dotykaj Mnie…” (J 20, 17): zatrzymujesz się na tym co ludzkie, doświadczalne, zewnętrzne… Spróbuj pójść dalej: zobacz kim jestem naprawę!

Symbole, znaki, praktyki religijne… dotyk Boga [jak u Tomasza, którego wiara oparta jest na dotknięciu ran]: miłość „namacalna”, „dotykalna” ma ułatwiać rozpoznanie i spotkanie z Żyjącym. To co ma ułatwiać nie może jednak zatrzymywać na sobie, inaczej usłyszymy: „nie dotykaj Mnie…”.

Maria Magdalena zapewne zrozumiała sens swojej zwykłej ludzkiej miłości do Jezusa. Zrozumiała, że to pomoc w otwarciu na coś więcej. Zrozumiała, że to zaproszenie do pójścia dalej. Dlatego mogła stać się prawdziwą apostołką apostołów…

Panie spraw, by to co widzialne i dotykalne w tajemnicy Kościoła nigdy nie zatrzymało mnie na sobie. Bym mógł być prawdziwym głosicielem Żyjącego pośród nas.
Św. Mario Magdaleno bądź moją nauczycielką!

1 komentarz

zapis faktów – bez interpretacji…

(J 20,1-9): Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, /które mówi/, że On ma powstać z martwych.

«Oto dzień, który Pan uczynił: radujmy się zeń i weselmy!» – woła dziś Kościół słowami psalmu (Ps 118 [117], 24)…

Ewangelia tymczasem pozbawiona jest jakichkolwiek emocji: uderza suchy zapis faktów i niechęć do objaśnień:

Przez całą sobotę [szabat] nie mogła – zabraniały tego przepisy religijne – teraz, jeszcze przed świtem, Maria Magdalena biegnie do grobu. Ani słowa na temat jej uczuć i emocji. Przecież musiało się coś dziać w jej sercu: przywrócił jej ludzką godność…
Ten, który także był umiłowanym uczniem opisuje to bez emocji – dwa suche fakty: zastała grób otwarty i natychmiast pobiegła do Apostołów. Możemy się jednak domyślać jej wzburzenia: „nawet po śmierci robią mu krzywdę…” –  podsuwa uczniom interpretację: ktoś wykradł ciało z grobu…

I dalej znów suchy zapis: zaalarmowani Piotr i Jan biegną do grobu. Jan, choć dobiegł pierwszy, poczekał na Piotra, by on mógł tam wejść i zbadać co się stało. Dlaczego się zatrzymał? Interpretację pozostawia nam. Ewangelista skupia się na faktach, na tym, co widać:

We wnętrzu grobu leżą płótna, w które było owinięte ciało Jezusa, oraz osobno w innym miejscu chusta z Jego głowy – ujrzał i uwierzył. Brak komentarza. To my zauważmy, że gdyby ktoś wykradał ciało z grobu, to z pewnością by go tam nie rozbierał [tym bardziej, że Jezus umarł poraniony – płótna musiały się mocno skleić z Jego ciałem]…

Zmartwychwstał! – zapis faktów, bez emocji i interpretacji…
Zmartwychwstał! – może i suche fakty – potężna jednak radość!!!

Dodaj komentarz

rajskie drzewo życia

nie chce i nie potrzebuje sentymentalnych łez, zawodzenia i biadolenia, a nawet zwykłego wzruszenia z powodu Jego męki i samej śmierci…

tylko wtedy gdy zaczniemy dążyć do źródła zrozumiemy, że sama męka i śmierć [jakże ważne w wymiarze odkupienia] są rzeczywistością wtórną – są konsekwencją czegoś o wiele bardziej pierwotnego – samej miłości Boga…

Chrystus ukrzyżowany na palmie symbolizującej rajskie Drzewo Życia chce nam powiedzieć, że Krzyż jest znakiem życia i owo życie a nie śmierć ciągle nam daje…

więcej w moim artykule: o Ukrzyżowanym na palmie

 

 

Ukrzyżowanego zobaczysz w naszej lubelskiej trzeciej zakrystii

Dodaj komentarz

psie życie księdza ;-)

Dziś dziękuję za moje kapłaństwo – w sposób szczególny za kapłaństwo w Zakonie Dominikanów: tu uczę się być kapłanem.

Słowa biskupa, które usłyszałem w dniu święceń: „wierz w to, co będziesz czytał; nauczaj tego, w co uwierzysz i wypełniaj to, czego będziesz nauczał” odczytuję w duchu św. Dominika:
„Wierz w to co będziesz czytał” → Veritas – Prawda i poszukiwanie Prawdy, to przecież jedna z najważniejszych maksym naszego Zakonu.
„Nauczaj tego, w co uwierzysz” → contemplata aliis tradere – dziel się owocami kontemplacji – nie zatrzymuj Prawdy dla siebie podziel się nią z innymi, pokaż drogę, którą szedłeś, by i inni mogli nią pójść – oto sens naszego dominikańskiego powołania. Gdy spotykam się z zagubionym, czy wątpiącym, dzielę się spotkaniem z Bogiem, nie poklepuję jego wątpliwości. Wątpliwości i prawo do nich rozumiem ale nikt mnie nie zwalnia ze wskazania drogi…
„Wypełniaj to, czego będziesz nauczał” – w tradycji dominikańskiej kapłan po odczytaniu Ewangelii na słowa „Oto Słowo Pańskie” nie unosił Księgi ale odłożywszy ją wypowiadał w/w słowa z ręką na sercu. Słowo, które odczytałem przyjąłem do serca, nim żyję i wam go przekazuję. Nie odczytuję biernie z księgi ale dzielę się tym co przyjąłem do serca.

Będąc Psem Pańskim [dominicanes – łac. pańskie psy] coraz bardziej zaczynam odkrywać co to znaczy być dobrym kapłanem:
Pies → najlepszy przyjaciel człowieka – ciągle mu towarzyszy, nie szuka wygody i nie ucieka. Dobry kapłan potrafi towarzyszyć człowiekowi we wszystkich jego troskach, problemach i doświadczeniach – nie ucieka od nich, nie szuka wygody. Potrafi towarzyszyć szczególnie tym, którzy upadają – w pokorze potrafi zrozumieć słabość [w końcu ma je także], nie moralizuje ale zaprasza do wspólnej drogi jej przezwyciężenia – w końcu jesteśmy z tej samej gliny…
Pies → ostrzega i broni. Ostrzega przed spłycaniem, banalizowaniem i rozmywaniem prawd wiary. Broniąc wiary broni człowieka stojąc na straży nauczania Kościoła, broni też człowieka mocą sakramentów Kościoła…
Pies dominikański → niesie w pysku płonącą pochodnię → kapłaństwo wreszcie to rozpalanie świata ogniem Bożej miłości…

więcej w moim artykule: „Z nicości w nicość?” – o moim kapłaństwie

6 Komentarzy

Jesus Christ Superstar

(J 12,12-16): Wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: „Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie” oraz „Król izraelski!” (…)
(Mk 14,1-15,47): (…) Następnie wyprowadzili Go, aby Go ukrzyżować. (…) Ukrzyżowali Go i rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy, co który miał zabrać. A była godzina trzecia, gdy go ukrzyżowali. Był też napis z podaniem Jego winy, tak ułożony: Król żydowski. Razem z Nim ukrzyżowali dwóch złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Tak wypełniło się słowo Pisma: W poczet złoczyńców został zaliczony. Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami, mówiąc: „Ej, Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, zejdź z krzyża i wybaw samego siebie!” Podobnie arcykapłani wraz z uczonymi w Piśmie drwili między sobą i mówili: „Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Mesjasz, król Izraela, niechże teraz zejdzie z krzyża, żebyśmy widzieli i uwierzyli.” Lżyli Go także ci, którzy byli z Nim ukrzyżowani. A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. O godzinie dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: „Eloi, Eloi, lema sabachthani”, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Niektórzy ze stojących obok, słysząc to, mówili: „Patrz, woła Eliasza”. Ktoś pobiegł i napełniwszy gąbkę octem, włożył na trzcinę i dawał Mu pić, mówiąc: „Poczekajcie, zobaczymy, czy przyjdzie Eliasz, żeby Go zdjąć [z krzyża]”. Lecz Jezus zawołał donośnym głosem i oddał ducha. (…)

Dziś Męka Pańska jest nie na miejscu, dziś Chrystus ma być witany gromkim i radosnym „hosanna”.

Bywa, że Męka Pańska jest w ogóle nie na miejscu. Czy Bóg może być słaby? Takiego Boga nie rozumiem, za takiego Boga dziękuję – takiego Boga nie potrzebuję, obok takiego Boga przejdę obojętnie.
Dramat człowieka zagubionego pomiędzy poszukiwaniem a całkowitym odrzuceniem.

Przecież nie stworzył śmierci – nie chce jej, nie chce cierpienia: zaradza głodowi, uzdrawia, nawet wskrzesza. Takiego Boga potrzebuję: „zabierz ode mnie to, co mnie niszczy!”
Hosanna: bądź Królem, bądź Panem, zwyciężaj!

Nie pomagasz? Jesteś słaby? Umierasz?
Zdradziłeś! A pokładałem w Tobie nadzieję…
Gromkie, radosne ale także przecież błagalne: „hosanna!” przemienia się w przepełnione zawodem, płynące z rozdartego „zdradą” serca, zmierzające ku nienawiści: „ukrzyżuj!”.

Niedziela Palmowa to dzień, w którym od kilku lat oglądam musical „Jesus Christ Superstar” [w reż. Normana Jewisona (1973)]. Słucham i stawiam sobie pytania, które im bardziej rozumiem tym bardziej pozostają bez odpowiedzi. „Superstar” a umiera – „Superstar” mimo, że umiera. Zawsze mocne rekolekcje…

Może spróbuj teraz, w Wielkim Tygodniu, obejrzeć ze mną ten musical – i „przeżyj” go jak rekolekcje…

3 Komentarze