Archiwum dla Luty 2012

Duas aures, os unum *

(Mt 6,7-15): Jezus powiedział do swoich uczniów: Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. Wy zatem tak się módlcie: Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje! (…)

Musiało być to coś ważnego, jeśli pamiętam po ponad 20 latach. Samych rozmów z mormonami nie potrafiłbym już odtworzyć, naukę modlitwy pamiętam jednak dokładnie. Opisując różne jej elementy tłumaczyli z czego powinna się składać. Kiedy prowadzili już samą modlitwę podziw mój wzbudzało to, że nie wypowiadali niczego z czym mógłbym się nie zgodzić. Za każdym razem z czystym sumieniem mogłem razem z nimi zakończyć ją słowem potwierdzenia: „Amen”. Pod koniec czwartego spotkania zaproponowali abym ja, skoro już umiem się modlić, modlitwę poprowadził. Zaproponowałem „Ojcze nasz…” – odwołujemy się przecież do tej samej Biblii. Konsternacja, wertowanie materiałów i wreszcie stwierdzenie: tą modlitwą nie należy się modlić, bo to jest tylko „wzorzec”. Odmówiłem „Ojcze nasz” sam, sam też wypowiedziałem na końcu „Amen”. To było nasze ostatnie spotkanie…

Naprawdę jestem im wdzięczny. To właśnie oni uświadomili mi wtedy [zapewne niechcący], że modlitwy, których od dziecka się uczymy i powtarzamy w pacierzach nie są do odmawiania [czy nie daj Boże bezmyślnego „odklepywania”] ale do słuchania. Coś w tym „wzorcu” jednak jest…

Modlitwa to dialog. Z jednej strony opowiadam Bogu siebie – najlepiej własnymi słowami – mówię o wszystkim bez obawy, że cokolwiek byłoby niestosowne. Z drugiej strony natomiast słucham Boga – przecież On też chce opowiedzieć siebie. Nie da się Go słuchać w enigmatycznej „głębi serca” – trzeba otworzyć uszy na Jego Słowo. Biorę do ręki Pismo Św., czytam dwa, trzy zdania – nie potrzeba więcej – „co mi Boże w tej chwili mówisz o sobie?” Jeśli nie Pismo Św., to właśnie modlitwy Kościoła, które są tegoż Słowa Bożego streszczeniem. Odmawiając np. „Ojcze nasz” wsłuchuję się w to, co Ojciec mówi o sobie – może warto czasami zatrzymać się na jednym zdaniu, jednym wyrażeniu i porozważać – posłuchać. Oto prawdziwy dialog…

Mamy dwoje uszu i jedne usta – jak mówi stare przysłowie – by dwa razy więcej słuchać niż mówić. To podstawa każdego dialogu – bez słuchania, i to słuchania w większym stopniu niż mówienia, nie ma porozumienia.
Ale to też piękna definicja modlitwy: dwoje uszu, jedne usta – dwa razy więcej słuchać niż mówić. Jeśli to zbyt trudne, spróbuj przynajmniej zachować równowagę między tym co mówisz do Boga, a tym jak Go słuchasz.

Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi (…) tak się módlcie: Ojcze nasz... Posłuchaj czasami co On chce ci powiedzieć o sobie. Nie zagaduj Go, słuchaj. Dwoje uszu, jedne usta…

PS
Dominikanie, Zakon Kaznodziejski, promuje modlitwę różańcową jako najlepszy sposób ewangelizacji, głoszenia Słowa – nie o klepanie „zdrowasiek” wszak chodzi a o wsłuchiwanie się w katechezę. On sam głosi Słowo, opowiada o sobie. Obym choć przez chwilę zechciał słuchać…

* Duas aures habemus et os unum, ut plura audiamus quam loquamur – Mamy dwoje uszu i jedne usta, abyśmy więcej słuchali niż mówili

4 Komentarze

Tęcza na pustyni…

(Rdz 9,8-15): (…) nigdy już nie zostanie zgładzona wodami potopu żadna istota żywa i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię. Po czym Bóg dodał: A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. (…)
(Mk 1,12-15): Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś usługiwali Mu. Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

Jest pustynia, której potrzebuję – pustynia duchowego zmagania – gdzie na nowo odkrywam prawdę o sobie, gdzie szukam odpowiedzi na pytanie czy to, co robię i to, w co wierzę, ma sens… Podobnie jak Abraham, Mojżesz, Jakub, Eliasz, Jan Chrzciciel a nawet i sam Jezus…
By odkryć własną tożsamość… Moja wiara jest wiarą Abrahama jak mówi św. Paweł – wiarą pustyni…

Jest też pustynia, na którą wyprowadza Duch – pustynia pokus i walki z Szatanem – pustynia samotności i walki o przetrwanie. Pustynia, która jest moją drogą mimo, że tego nie chcę. Nie powinna budzić zdziwienia, a jednak ciągle zaskakuje. Zwykle pojawia się jako upadek po przełomie duchowym, jako samotność podczas gorliwej modlitwy, jako pustka po rekolekcjach, jako nieobecność Boga, jako bezsens tego co mnie spotyka…
Jezus został wyprowadzony na pustynię zaraz po chrzcie w Jordanie…

Ale jest też nadzieja: tęcza, którą widział Noe po potopie. Na pustyni nie jestem sam, Jego aniołowie walczą po mojej stronie – usługują mi. On jest blisko i nie pozwoli mi upaść – czas się wypełnił i bliskie jest królestwo…

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię: potraktuj Go na serio… odkryj nadzieję…
Spójrz na tęczę na pustyni!!!

3 Komentarze

„współczuć” bez sentymentalnych łez…

Przy akompaniamencie nabożeństw pasyjnych [Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali] próbujemy wzbudzić w sobie żal za grzechy i upadki, które doprowadziły do Tajemnicy Krzyża. Post i wyrzeczenia stają się formą ekspiacji i zadośćuczynienia za grzechy…

Czy potrzebuje sentymentalnych łez? – płaczącym niewiastom mówi: „nie płaczcie nade Mną…”
Czy potrzebuje zadośćuczynienia? – skruszonemu Piotrowi zadaje trzykrotnie pytanie: „kochasz Mnie?”

Po co post, wyrzeczenia i rezygnacja z tego co dobre*?

Bo chcę mieć świadomość Jego obecności – obecności żywej i realnej…
Bo chcę z Nim „współ–czuć” – złączyć się z Jego wyrzeczeniem…
Bo chcę udowodnić sobie [Jemu nic udowadniać nie muszę], że Tajemnica Krzyża jest dla mnie czymś ważnym i nie mogę przejść obok niej obojętnie. On „zrezygnował” dla mnie ze swojego życia. Ja też potrafię „zrezygnować” z czegoś dobrego, zwykłego, codziennego i powszedniego by udowodnić sobie, że Jego ofiarę traktuję poważnie…

PS
Post, jałmużna i modlitwa. Sam post jako rezygnacja z czegoś dobrego może być gestem pustym. Jałmużna przemienia go na prawdziwy dar dla drugiego człowieka – jeśli z czegoś rezygnuję, to tylko po to, by obdarować potrzebującego. Rozmowa z Bogiem natomiast oczyszcza mój dar z egoizmu i egocentryzmu. Filary bez których się nie da…

* wyrzeczenie się grzechu i tego co złe jest normalną postawą chrześcijanina – post natomiast dotyczy tylko i wyłącznie rezygnacji z tego co dobre i potrzebne…

Dodaj komentarz

Syndrom słonia

(Mk 2,1-12): (…) Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. (…) Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. (…)

Mówi się, że słonie mają dobrą pamięć… Mały słoń przywiązany do małego palika pod chatką zapamięta, że nie był w stanie uwolnić się z uwięzi. Gdy dorośnie będzie karczował las i przenosił ciężary. Wieczorem przywiązany do tego samego małego palika będzie tęsknił za wolnością – nawet przez myśl mu nie przejdzie, że jest w stanie się uwolnić. Pamięta przecież, że próbował tyle razy i nic z tego nie wyszło…

… Też pamiętam ile razy próbowałem pokonać słabość, nałóg, grzech. Nic z tego nie wyszło. Przestaję próbować… – paraliż, syndrom słonia.

Każdy z nas potrzebuje nie tyle współczujących, ale przede wszystkim odważnych przyjaciół, którzy znajdą „dziurę w dachu” i „zmuszą do spotkania” z Chrystusem. On widząc ich wiarę uleczy z syndromu słonia…

… a może sam mam na tyle odwagi by poszukać „dziury w dachu” dla przyjaciela i przedstawić go Jezusowi?

5 Komentarzy

Quasi Patrinus *

Za chwilę wyjeżdżam na chrzest Zosi do Gdańska…

Dlaczego aż do Gdańska? Bo zaprosili, bo przyjaciele, bo sympatyczni ludzie, bo Gdańsk, bo przy okazji, itd,itp. Powody można mnożyć i wszystkie będą prawdziwe – przynajmniej w dużym stopniu. Jest jednak powód najważniejszy i najprawdziwszy: lubię chrzcić.

Lubię chrzcić – bo to wspaniała katecheza: sam chrzest i symbolika z nim związana sięga głębi naszej wiary – za każdym razem odkrywam coś nowego…

Lubię chrzcić – bo…, tak po męsku ale jednak, zawsze się wzruszam: bezinteresowność łaski: Bóg ukochał nas pierwszy i to bez żadnych naszych zasług, Jego łaska miłości jest niezależna od naszej dojrzałości i stopnia jej rozumienia i przyjęcia.

Człowiek dorosły ma zazwyczaj poczucie, że to on szuka Boga. Rzadko kiedy potrafi odkryć i zrozumieć, że w gruncie rzeczy Bóg szukał go pierwszy. Więcej: http://www.lublin.dominikanie.pl/id_nowaera.html#dzieci

P.S.
pewnie też dlatego wczorajsze wydarzenie: http://www.lublin.dominikanie.pl/id_info.html#120216

* Quasi Patrinus – łac. „prawie jak [jakby] ojciec chrzestny”

2 Komentarze

Walenty vs. Pitagoras

Obdarowanie drobnym upominkiem czy wysłanie tzw. walentynki ma świadczyć o sile i głębi uczucia. Coraz mniej jednak wiemy o św. Walentym, o samym zakochaniu i prawdziwej miłości.

Proponuję dziś „twierdzenie Pitagorasa”. Wytrzeszczających z przerażenia oczy zakochanych  uspokajam: nie chodzi o to twierdzenie o trójkątach. Przy dzisiejszym święcie o trójkątach mówić nie wypada.

„Miłość to twierdzenie, które należy codziennie udowadniać” – powiedział Pitagoras sześć wieków przed narodzinami chrześcijaństwa.

Po pierwsze: udowadniać codziennie – a nie tylko raz, czy nawet kilka razy w roku.
Po drugie: udowadniać sobie – przede wszystkim sobie, a nie temu, którego darzy się miłością.
Dowody dawane drugiej osobie będą zawsze pielęgnowaniem emocji, uczuć i przywiązania – będą się sprowadzać do drobnych prezentów, gestów, czułości czy tzw. walentynek właśnie. O wiele ważniejszym w miłości jest codzienne znajdowanie dowodu dla siebie: „chcę naprawdę twojego dobra”. Jeśli sam sobie potrafię to udowodnić – nikt już ode mnie żadnych dodatkowych dowodów oczekiwał nie będzie. To chyba dojrzała miłość.

1:0 dla Pitagorasa

1 komentarz

Higiena Starego: Odejdź!

(Mk 1,40-45): Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony. (…)

Po pierwsze: Trąd – choroba śmiertelna i zaraźliwa – przemawiający do wyobraźni obraz konsekwencji grzechu: rozkład, zgnilizna, wykluczenie. I higiena Starego Testamentu: kategorycznie unikaj zarażonego, bo sam się zarazisz i zginiesz.

Po drugie: Miłość Boga, który nie boi się dotknąć trędowatego. Zmiana kierunku „zarażania” – nie ty Mnie trądem, ale Ja ciebie łaską uzdrowienia. Przychodzę po to by leczyć z bolesnych konsekwencji grzechu, byś nie był wykluczony. To tajemnica sakramentu pojednania.

Po trzecie: Lekcja postawy miłości i szacunku wobec człowieka pogubionego, upadłego, wykluczonego. Wobec tego, który szuka pomocy i jest otwarty na uleczenie, który przychodzi i mówi: „ja chcę”. Podejdź, wyciągnij rękę i dotknij – niech miłość uzdrawia.

Po czwarte jednak także: przestroga. Gdy spotykasz „trędowatego”, zdemoralizowanego, propagatora destrukcyjnych ideologii, który nie pragnie uleczenia, a w tobie jednocześnie nie ma mocy miłości, łaski i Ducha, nie wstydź się skorzystać ze starotestamentalnego modelu higieny. Odejdź. Grzech jest naprawdę zaraźliwy i istnieje realna obawa, że się zarazisz.

3 Komentarze