po Bożym Narodzeniu – poznanie…

Jakaś ściema – dwa razy się zarzeka: Ja Go przedtem nie znałem (J 1,31a i J 1,33a ) – a przecież byli krewnymi. Jest pewne, że spędzili z sobą część dzieciństwa, bawili się razem, może nawet uczyli… No to jak: Ja Go przedtem nie znałem?
„Nie znałem” – bo jest różnica między znajomością faktów z życia osoby, a poznaniem samej osoby. I te słowa są niesamowitą przestrogą dla nas. Bywa, że oswoiliśmy się z tym, że Go znamy, „bawimy się” z Nim, czasami współpracujemy, może nawet odczuwamy jakiś rodzaj pokrewieństwa… I nawet przez myśl nam nie przechodzi, że znamy jedynie fakty z Jego życia, znamy to, co zapisano w ewangelii – nie znamy jednak Osoby… I dotyczy to również, a może i przede wszystkim, nas księży… Znajomość Pisma św., nawet głoszenie pięknych i trafiających w serca i umysły wiernych kazań, rutynowe wykonywanie wielu praktyk religijnych… – nie gwarantuje znajomości Jego Osoby….
A poznać Go, to znaczy być w stanie powiedzieć, wręcz z przekonaniem wykrzyczeć: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata… (J 1,29). On nie jest naprawiaczem świata – On z cierpiącym cierpi, upadającemu towarzyszy, potrzebującemu daje łaskę wytrwania w braku – On jest Barankiem, który gładzi grzech świata – przyszedł jedynie po to, by odkupić i zbawić!…

To chyba dlatego słowa, które objawiają prawdziwą znajomość Chrystusa pojawiają się w kulminacyjnym momencie mszy św.: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata… To misja Kościoła, który wskazuje Chrystusa – Chrystusa, który zbawia, uwalnia od grzechu i prowadzi do spotkania z Ojcem…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – chrzest…

potwierdzenie mojego chrztu – wpis do Księgi Chrztów…

Kończymy okres Bożego Narodzenia – dziś podsumowanie tego, co Bóg Objawia nam o sobie: stał się człowiekiem byśmy i my mogli stać się dziećmi Bożymi. To dziś otwiera się niebo i do każdego z nas mówi: ty jesteś mój syn umiłowany…, ty jesteś moja córka umiłowana… Stał się człowiekiem, bo kocha, bo chce być blisko każdego z nas… bo chce dotykać tego co ludzkie i sam dać się dotknąć. Dotyka tak mocno, że pozwala się uznać za grzesznika i wchodzi w wody Jordanu. Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” Jezus mu odpowiedział: „Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe” (Mt 3,14-15a). Tym razem pozwala się uznać za grzesznika – na krzyżu wszystkie nasze grzechy przejmie…

Dziś też, Bóg daje się poznać jako Trójca… Ojciec, Syn i Duch… sama Miłość…
A miłość o tyle jest “miłością”, o ile jest wyznana. Dlatego Bóg wyznaje nam miłość posyłając swojego Syna. Ona zostaje zakomunikowana i objawiona przez słowa i czyny Syna. Na tym się jednak nie kończy: Ojciec z Synem wyznają nam miłość posyłając Ducha. Miłość zostaje nie tylko wyznana, ale i zaszczepiona w nas: Duch Miłości w nas jest, nas przenika i w nas kocha…
I o to chyba najbardziej chodzi w tajemnicy chrztu…

Dzisiejsze święto skłania, by mówić o obmyciu w wodzie chrztu, o zgładzeniu grzechu pierworodnego, o zalążku wiary, który otrzymujemy, o łasce Ducha, która uzdalnia do pójścia za Chrystusem, itd., itp. Może jednak dziś, pośród tych wszystkich, jakże ważnych prawd, spróbujmy usłyszeć Boże wyznanie miłości… takie wprost, do każdego z nas… Spróbujmy też dotrzeć naszą świadomością do faktu, że jestem ochrzczony – a to znaczy: „Bóg wyznał mi swą miłość!” Jestem ochrzczony – jestem pokochany… i to nie na chwilę – bo On nie jest „chwilowy”…
Chyba nic więcej już do szczęścia nie potrzeba…
Dziś dziękuję za chrzest…

Sześć lat temu (8.01.2014), papież Franciszek, powiedział do uczestników liturgii: Pozwalam sobie dać wam radę, więcej – zadanie na dziś: po powrocie do waszych domów poszukajcie daty waszego chrztu. (…) Jeśli nie będziemy jej znali, grozi nam zatracenie pamięci tego, co Pan w nas uczynił, pamięci o otrzymanym przez nas darze. (…) Musimy rozbudzić pamięć naszego chrztu. Jesteśmy wezwani, by żyć naszym chrztem każdego dnia, jako rzeczywistością aktualną w naszym życiu. Jeśli udaje się nam iść za Jezusem i trwać w Kościele, pomimo naszych ograniczeń, słabości i grzechów, to dzieje się to jedynie ze względu na sakrament, w którym staliśmy się nowymi stworzeniami i zostaliśmy przyobleczeni w Chrystusa. To właśnie na mocy chrztu uwolnieni od grzechu pierworodnego zostaliśmy wszczepieni w relację Jezusa z Bogiem Ojcem; niesiemy nową nadzieję, bo chrzest daje nam ową nową nadzieję, nadzieję podążania drogą zbawienia przez całe życie, a tej nadziei nic i nikt nie może zgasić, bo nadzieja nie zawodzi.

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – inny kierunek „zarażania”…

Mimo ogromnego postępu w medycynie, jedynym skutecznym środkiem chroniącym zdrowych przed zarażeniem jest izolacja zarażonego i kwarantanna. Ciekawym w tym kontekście jest to, że nie chcemy nazwać chorobą zakaźną ludzkiego grzechu. A tak przecież czyniono wieki temu w Starym Testamencie. Trąd – choroba śmiertelna i zaraźliwa – przemawiał do wyobraźni i w pewnym sensie obrazował konsekwencje grzechu: rozkład, zgnilizna, wykluczenie. Stąd higiena Starego Testamentu – kategorycznie unikaj zarażonego, bo sam się zarazisz i zginiesz – staje się ratunkiem dla człowieka.
I jasna podpowiedź dla tych, w których brak jest mocy miłości, łaski i Ducha: gdy spotykasz „trędowatego”, zdemoralizowanego, propagatora destrukcyjnych ideologii, który nie pragnie uleczenia – nie wstydź się skorzystać ze starotestamentalnego modelu higieny. Unikaj i odejdź! Grzech jest naprawdę zaraźliwy i istnieje realna obawa, że się zarazisz…

Napisałem „podpowiedź dla tych, w których brak jest mocy miłości, łaski i Ducha”, bo w dzisiejszej ewangelii dokonuje się prawdziwy cud – i nie chodzi jedynie o uzdrowienie: zjawił się człowiek cały pokryty trądem. Gdy ujrzał Jezusa, upadł na twarz i prosił Go: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jezus wyciągnął rękę i dotknął go, mówiąc: „Chcę, bądź oczyszczony”. I natychmiast trąd z niego ustąpił (Łk 5,12-13). Ten cud to miłość Boga, który nie boi się dotknąć trędowatego. Ten cud, to zmiana kierunku „zarażania” – nie ty Mnie trądem, ale Ja ciebie łaską uzdrowienia. Przyszedłem by leczyć z bolesnych konsekwencji grzechu, byś nie był już wykluczony. Ja tego chcę, bądź oczyszczony – to tajemnica sakramentu pojednania (sic!).

Jedną z „trądowych” konsekwencji grzechu jest „samo-wykluczenie”. Lęk, upokorzenie, kompleksy, urazy, wstyd… – to wszystko powoduje, że nie czuję się dobrze w swojej skórze. Zanegowanie i niezaakceptowanie słabości sprawia, że izoluję się od wspólnoty, zaczynam czuć się gorszy, niekochany, odrzucony, samotny…
Nie pozostaje wtedy nic innego jak paść na kolana i wołać: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Do tego potrzeba jednak wiary… Wiary w to, że On może tego dokonać…
Sakrament pojednania to oczyszczenie z grzechów, ale sakrament pojednania to również mocne postanowienie poprawy. To postanowienie wymaga jednak wiary – wiary w to, że On jest w stanie udzielić mi łaski prawdziwej zmiany życia – że On jest w stanie uleczyć moje zranienia i postawić mnie na nogi, że da mi na tyle siły, że moje życie naprawdę ulegnie zmianie.
Postanowienie poprawy jest też niewątpliwie formą wyznania wiary: „Sam niczego postanowić nie mogę, nawet nie próbuję. Gdybym sam z siebie gwarantował, że się zmienię, grzeszyłbym pychą. Dlatego postanawiam poprawę, bo wierzę w łaskę, której mi udzielasz. Postanawiam poprawę – to znaczy: obiecuję, że z tą łaską będę współpracował i jej nie zmarnuję. Postanawiam poprawę, bo to Ty mnie teraz przywracasz do życia…”
Tylko wiara w to, że jest On w stanie przywrócić mnie do życia jest gwarantem mojego powrotu do wspólnoty Kościoła – powrotu z „wykluczenia”…

Mocne słowa na koniec okresu Bożego Narodzenia!…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – wcielenie Słowa…

W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, natrafił na miejsce, gdzie było napisane: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,16b-19). Prezentacja i samookreślenie się Jezusa – Słowo, które jest wyznaniem, ale również pokora i posłuszeństwo wobec Ducha Świętego. Nie wypowiada słów własnych, ale czyta proroctwo Izajasza – nic dla siebie i nic w swoim własnym imieniu – wypełnia proroctwo, jest zależny od Ducha Świętego…

Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli (Łk 4,21). To On jest wcielonym Słowem, wypowiedzianym przez Ducha… I znów bardzo mocne podkreślenie, że chrześcijaństwo nie jest religią księgi – chrześcijaństwo jest religią Osoby Jezusa, żyjącego w Kościele. Chrześcijaństwo domaga się relacji z Osobą.
To również bardzo mocne słowo dla nas funkcjonariuszy Kościoła: chcesz być dobrym apostołem, kapłanem, zakonnikiem, po prostu głosicielem Słowa? – musisz zrozumieć dzisiejszą ewangelię – musisz zrozumieć, że głosisz Słowo, ale to Duch Pański ma mówić przez ciebie…
Wczoraj uczestniczyłem w pogrzebie śp. o. Jana Spieża, historyka naszego Zakonu. Pamiętam, jak ciągle powtarzał, że w tradycji dominikańskiej, po odczytaniu ewangelii podczas liturgii przy wypowiadaniu słów Oto Słowo Pańskie nigdy nie podnosiło się księgi. Księga była odkładana, a aklamację Oto Słowo Pańskie wypowiadało się z ręką na sercu. Słowo nie jest już w Księdze, ale przechodzi przeze mnie, przez moje serce – Duch Św. mówi przeze mnie…

Gdy słucham dziś Łukasza uświadamiam sobie na nowo, że zanim zacznę głosić Ewangelię innym, musi się ona stać wpierw częścią mnie samego. Inaczej moje głoszenie będzie tylko nieudolną reklamą a nie przekazywaniem Dobrej Nowiny.
Chrześcijaństwo to przede wszystkim Wcielenie Słowa w nasze życie…
Tylko wtedy, gdy ewangelia stanie się częścią głoszącego – ci, którzy jej słuchają będą w stanie mu „przyświadczyć” (sic!)…

A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego (Łk 4,22a). Łukasz używa tajemniczego słowa: przyświadczali Mu. To słowo występuje tylko raz w całym Piśmie św. W polskim tłumaczeniu jakiś dziwny neologizm, którego słowniki do końca nie wyjaśniają. W greckim oryginale mamy: emartyron, co łacińskie tłumaczenie oddaje przez: testimonium illi dabant – dawać świadectwo aż do męczeństwa…
Św. J.H. Newman mówi o przyświadczeniu wiary [assent] jako o przylgnięciu do prawdy, nie tyle z powodu jej zrozumienia ile ze względu na osobę wypowiadającą tę prawdę – kogoś takiego, w którym głoszona ewangelia jest częścią jego życia…
Tylko ze względu na takiego świadka, można przylgnąć do Słowa tak, żeby stało się ono również częścią mnie samego…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – nigdy nie zostawi…

Ciąg dalszy tajemnicy litości… Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim odprawi tłum. Gdy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić (Mk 6,45-46). Gdy odprawił tłumy, wszedł na górę, aby się modlić. Parę godzin później chodzi po wzburzonych falach jeziora… Wszyscy już kojarzymy, że morze czy jezioro jest symbolem sił wrogich człowiekowi – a jeśli człowiekowi, to również i Bogu.
Może należy – i do tego zachęcam – skojarzyć i powiązać Jego modlitwę z Jego stąpaniem po „terenie” przeciwnika. Modlitwa daje moc czynienia rzeczy niemożliwych, uzdalnia do stawienia czoła atakom żywiołów. Jej moc objawia się w „kroczeniu po wodzie” – dostrzeżenie Jezusa chodzącego po wodzie może dać moc, by nie przestraszyć się życia…

Co prawda sam Jezus wydaje się ociągać z pomocą, przychodzi dopiero około czwartej straży nocnej (Mk 6,48) – czyli między trzecią a szóstą nad ranem, gdy człowiek jest już wykończony ciągłą walką i zmaganiem. Gdy pomimo obeznania z żywiołem zaczyna się go bać… Wszystkie kryzysy, długo trwające momenty ciemności, poczucie osamotnienia sprawiają, że przychodzącego dopiero nad ranem Pana nie jesteśmy w stanie rozpoznać. Bierzemy Go za zjawę – Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć (Mk 6,49).
Jakże trudno wtedy pośrodku nawałnicy usłyszeć: Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się (Mk 6,50b).

Moje pretensje o samotność i opuszczenie są jak najbardziej realne – ale On wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył (Mk 6,51). Mimo tego, że On nigdy nie zostawi mnie samego, że Kościół zawsze towarzyszy – jest blisko, w łodzi – moim osobistym doświadczeniem pozostanie zawsze trud zmagania i doświadczenie porażki… Jakże ważnym pozostaje wtedy odwaga wiary, że On mnie nigdy nie zostawi… Oni (…) nie zrozumieli sprawy z chlebami, gdyż umysł ich był otępiały (Mk 6,52).

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – litość…

Czytając ewangelię o rozmnożeniu chleba, bardzo często łapię się na tym, że w pierwszej chwili ulegam pokusie interpretowania jej w przez pryzmat następnego cudu, w którym Bóg chce oznajmić, że Jego intencją nie był ani głód ani cierpienie – On głodu i cierpienia nie stworzył i nie chce, by dotykały one człowieka… Jak kubeł zimnej wody, przychodzi wtedy wspomnienie kuszenia na pustyni i odrzucenia przez Jezusa pokusy przemienienia kamieni w chleb, by nakarmić tłumy… Musi więc chodzić o coś innego.

Gdy Jezus ujrzał wielki tłum, ogarnęła Go litość nad nimi (…) I zaczął ich nauczać. A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: „(…) Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia” (Mk 6,34-36). Litość!… To reakcja Boga na ludzkie zagubienie i ludzką niedolę. Z litości naucza, ale też z litości nie będzie ich chciał zostawić głodnymi…
Może warto zauważyć to, co się stało. Samo słowo nie nakarmiło tych, którzy za Nim podążali. Można słuchać słowa Bożego i umrzeć z głodu!… (sic!)
I można to interpretować na dwóch płaszczyznach. Na tej naturalnej, cielesnej – samo Słowo nie nakarmi głodnego i nie zaspokoi zwykłych codziennych ludzkich potrzeb – stąd potrzeba zwykłego ludzkiego miłosierdzia i pomocnej dłoni. I na tej duchowej – samo Słowo nie zaspokoi głodu duchowego – ten głód może zaspokoić jedynie spożywanie chleba, który On rozmnaża, czyli Eucharystii…

I jeszcze jedna istotna intuicja – rola Kościoła. To z czym Jezus przychodzi, przekazuje Kościołowi – to Kościół ma już teraz pewną misję, zadanie, ale i możliwości. Jezus podpowiada: „Ja was już nie będę wyręczał”: Przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: „Miejsce jest puste, a pora już późna. Odpraw ich. Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia”. Lecz On im odpowiedział: „Wy dajcie im jeść”. – Uczy samodzielności, oni jednak – Rzekli Mu: „Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby im dać jeść?” – widząc jednak ich bezradność potrafi wspomóc – spytał: „Ile macie chlebów? Idźcie, zobaczcie !” Gdy się upewnili, rzekli: „Pięć i dwie ryby”. Wtedy polecił im wszystkim usiąść gromadami na zielonej trawie. (…) A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, połamał chleby i dawał uczniom, by kładli przed nimi. Także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. (Mk 6,35-41).
Znów litość – nie potrafi zostawić człowieka samemu sobie, gdy widzi, że sobie nie poradzi… Nie potrafi zostawić Kościoła samemu sobie… Dlaczego? Bo jest szczęśliwy tylko szczęściem człowieka…
Co więcej, jak już pomoże, to zawsze „przegina” – Jedli wszyscy do sytości i zebrali jeszcze dwanaście pełnych koszów ułomków i ostatki z ryb (Mk 6,42-43) – łaski zawsze jest w nadmiarze… Tak jest z każdą interwencją Boga. Jak już zainterweniuje, to zawsze w nadmiarze…

Oby tylko tego nadmiaru nie zmarnować!…
A może ten nadmiar jest po to, by karmić głodnych? To w Eucharystii przynosimy do stołu to, co już posiadamy, to co realne: owoc mojej pracy i zaangażowania. On ten, zdawałoby się mały dar pomnaża i nasyca nim nie tylko mnie ale i wszystkich wokoło.
By zaradzić potrzebom drugiego człowieka nie potrzeba wiele. Wystarczy, że zacznę się dzielić tym co mam – w Eucharystii zostanie to pobłogosławione i pomnożone. Chyba do takich konkretnych czynów wzywa nas dzisiaj Jezus…

Dodaj komentarz

Boże Narodzenie – nadzieja dla „pogan”…

Co prawda wielu z nas kojarzy wczorajsze święto z trzema królami – ale tajemnica Objawienia Pańskiego jasno podpowiada nam, że Prawda o Bożej miłości może dotrzeć do pogan. Poganie są w stanie otworzyć się na łaskę wiary…
I w pierwszy dzień po objawieniu tej prawdy – liturgia Kościoła pokazuje nam, jak to się dokonuje…

Jezus spędził dzieciństwo, młodość i pierwszą część dorosłego życia w mieście Nazaret w Galilei, gdzie po powrocie z Egiptu osiadła Jego rodzina. W wieku około trzydziestu lat, gdy rozpoczął przygotowania do swojej misji, przybył nad Jordan, by z innymi Judejczykami przyjąć chrzest od Jana. Po kuszeniu na pustyni wraca do Galilei i mieszka w Kafarnaum. To dość strategiczne miasto i region, leżące na szlaku jednego z ówczesnych głównych traktów handlowych Palestyny, nazwanego później „Drogą morską”. To tędy podążały karawany.
Ale to również ziemie zamieszkane przez pogan i sprawujących kulty pogańskie. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: „Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego. Droga morska, Zajordanie, Galileja pogan. Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło” (Mt 4,13-16).
Ta ciemność, to zapewne liberalizm moralny – zdecydowanie większy niż w Judei. Kraina śmierci to przede wszystkim ludzie zaniedbani duchowo, żyjący w mocy Złego, ale też ludzie pozbawieni opieki, chorzy, odrzuceni… I w tę krainę śmierci zstępuje światło wielkie – w Galilei zamieszkał Zbawiciel, który zaczął głosić dobrą nowinę o królestwie…

Niesamowicie mocne i pełne nadziei słowa: Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie – oni wcale Boga i światła nie szukali… To On sam do nich przyszedł, by rozświetlić ich życie swoim światłem i przynieść im wyzwolenie… To Jego działanie!…
Człowiek siedzący w ciemnościach grzechu i mrokach śmierci, nie byłby w stanie własnymi siłami znaleźć Boga. To On pierwszy zaczął nas szukać…

A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał. I szły za Nim liczne tłumy z Galilei i z Dekapolu, z Jerozolimy, z Judei i z Zajordania (Mt 4,24-25). Taka jest logika wiary i drogi do Boga. To prawda, że On pierwszy nas szuka i znajduje – ale też oświeca swoją łaską. Następny ruch należy do człowieka. W drugim etapie, to ja mam się przybliżyć do Niego i pokazać Mu swoje choroby. Co więcej, mogę też przyprowadzić do Niego innych słabych i chorych – także w wierze – by Jego moc ich uzdrowiła…

Dodaj komentarz