Święte Triduum Paschalne – Wielki Czwartek

Wielki Czwartek wprowadza w tajemnicę Eucharystii i tajemnicę Kapłaństwa. Św. Jan Paweł II mówił, że tam gdzie nie sprawuje się Eucharystii nie ma Kościoła, bo nie ma „Zwołania Bożego”… Dziś jakoś trudno z tym „zwołaniem” – na skutek wprowadzonych rygorów sanitarnych opustoszały ulice, opustoszały także kościoły i kaplice. Sprawowanie liturgii ograniczamy do kilkuosobowych grup, próbując jednocześnie łączyć się na modlitwie via internet. Trudne doświadczenie i wielka tajemnica, którą trudno obecnie odczytać – być może w przyszłości lepiej i głębiej ją zrozumiemy. Dziś zostaje nam jedynie duch pokory i wiary…

Może w tym właśnie duchu – pokory i wiary – należy spojrzeć na dzisiejszą ewangelię: Było to przed Świętem Paschy. (…) W czasie wieczerzy – Jan jednak nie opisuje samej wieczerzy – skupia się na tym co było po wieczerzy: umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował (…) wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany.
Dziś nie obmywa się nawet nóg podczas Liturgii – ale nie da się ukryć, że ten gest, to nic innego jak Jego nauczanie w pigułce – żeby nie powiedzieć w misce wody. Przez trzy lata mówił o miłości Boga do człowieka i o tym, jak powinny wyglądać nasze wzajemne relacje – teraz to wszystko streścił…
I o to chyba właśnie chodzi w Eucharystii, i o to chodzi w Kapłaństwie. Uczestnictwo w Eucharystii, które nie prowadzi do służby, nie jest prawdziwym uczestnictwem, a chrześcijaństwo, które nie wyraża się w służbie jest tylko udawaniem chrześcijaństwa.

Za miesiąc minie dwadzieścia cztery lata jak jestem kapłanem – może nie jest to i wiele, ale do dziś, za każdym razem, gdy odprawiam mszę św. uderzają mnie słowa które wypowiadam w chwili przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa: To czyńcie na moją pamiątkę. Te słowa nie są i nie mogą być tylko wezwaniem do odprawiania mszy św. przez wieki i na krańce świata. On w tym momencie oddaje swoje życie na ołtarzu krzyża – oddaje je za nas i wzywa: To czyńcie na moją pamiątkę. Jakby chciał powiedzieć każdemu z nas: o tyle jesteś chrześcijaninem, więcej, o tyle jesteś człowiekiem, o ile potrafisz „być dla…” – o ile potrafisz dawać siebie w darze miłości… Dziś tym darem miłości może być nawet pozostanie w domu!…

Te słowa definiują również moje kapłaństwo. Pełniąc urząd „funkcjonariusza Kościoła” ciąży na mnie jeszcze większa odpowiedzialność za to „bycie dla…”. O tyle jestem kapłanem o ile potrafię być dla innych…
Ciekawe, że to właśnie Zakon pokazał mi, co znaczy być kapłanem i co znaczy być sługą Eucharystii – co znaczy „umywać nogi”. Pies (dominicanes – łac. pańskie psy) to najlepszy przyjaciel człowieka – ciągle mu towarzyszy, nie szuka wygody i nie ucieka. Dobry kapłan potrafi więc towarzyszyć człowiekowi we wszystkich jego troskach, problemach i doświadczeniach – nie ucieka od nich, nie szuka wygody. Potrafi towarzyszyć szczególnie tym, którzy upadają – w pokorze potrafi zrozumieć słabość i „liże rany”. Nie moralizuje ale zaprasza do wspólnej drogi – w końcu jesteśmy z tej samej gliny… Dobry kapłan wreszcie, jak dobry pies, ostrzega i broni – ostrzega przed spłycaniem, banalizowaniem i rozmywaniem prawd wiary, stoi na straży nauczania Kościoła. Broni też mocą Jego sakramentów…

Tak to już jest niestety, że człowiek przejawia zadziwiającą zdolność do oswajania tego co niezwykłe. Można się oswoić i przyzwyczaić do Eucharystii – nawet kapłan, który sprawuje mszę św. codziennie, a zdarza się, że i po kilka razy dziennie, narażony jest na „oswojenie tego co niezwykłe”. Osobiście modlę się ciągle bym nigdy nie wyzbył się zachwytu Liturgią, bym nigdy nie został pozbawiony entuzjazmu w sprawowaniu świętych Tajemnic, by nigdy nie dopadła mnie rutyna… Może ten czas ograniczonego dostępu do Eucharystii stanie się dla nas wszystkich pomocą w odnowieniu naszego zachwytu nad tym co niezwykłe…
Do dziś pamiętam z wykładów z teologii, że w średniowieczu mnisi z Opactwa w Cluny przystępując do komunii świętej – podobnie jak Mojżesz zbliżający się do Krzewu Gorejącego – zdejmowali buty.

Na zakończenie jeszcze jedna refleksja na temat Kapłaństwa i Eucharystii. Kodeks Prawa Kanonicznego przypomina, że kapłanem może zostać jedynie mężczyzna ochrzczony – mężczyzna, bo mężczyzną był Chrystus…
Może warto jednak zwrócić uwagę na tzw. „męskie cechy” – takie jak: siła – i to ta od samego Chrystusa; samotność – pomimo wspólnoty (np. zakonnej) mężczyzna jest poniekąd samotny w realizowaniu zamierzeń i celów; czy misja – zadanie, które stoi przede mną i które muszę zrealizować… Być mężczyzną to znaczy również nie narzekać, nie zrzędzić, nie obrażać się na to, co nie po mojej myśli… itd. itp.
Ale mężczyznę cechuje również odwaga i to paradoksalnie ten najtrudniejszy rodzaj odwagi [czego nawet sami mężczyźni się lękają], jakim jest przyznanie się przed sobą samym, że nie wszystko jestem w stanie zrobić, nie wszystkiemu jestem w stanie sprostać – nie wszystkie cele osiągnąć…
Kończę więc te rozważania wierszem Krzysztofa Buszmana, który w pewien sposób wyraża tę kapłańską – męską – odwagę przyznania się do „małości”:
Dziś proszę Cię byś dostrzec raczył
Że spojrzeć nie znaczy zobaczyć.
Że choć byś miał żelazne dłonie
To unieść nie oznacza donieść.
Że choć pogrążysz się w zadumie
To wiedzieć nie znaczy zrozumieć.
Że właśnie o tym milczą groby
Ze dotknąć nie oznacza zdobyć.

Dodaj komentarz

Wielki Czwartek 2020 – życzenia kapłańskie… :)

1 komentarz

Wielki Tydzień – Judasz 3.0, zdrada 2.0… (Wielka Środa)

Mateuszowa redakcja tego samego wydarzenia (wczoraj czytaliśmy redakcję Jana) – zdrady, która rani najbardziej – zdrady przyjaciela: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi… Z relacji Mateusza domyślamy się również, że każdy z nich czuł jakoś w sercu, że zapowiedź zdrady może się odnosić do niego: Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? – byli świadomi swoich ciemnych stron i słabości…
Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty.
Szczerze… – irytuje mnie trochę bezczelność Judasza, który na zapowiedź jeden z was mnie zdradzi – ma czelność zadać pytanie czy nie ja, Rabbi? Jezusowa odpowiedź wprost – tak jest, ty – nie robi na nim wrażenia i nie prowadzi do nawrócenia…

Niektórzy próbują usprawiedliwiać Judasza i całe jego zachowanie tym, że przecież cała męka Jezusa, a nawet to, że zostanie zdradzony przez przyjaciela, zostało zapowiedziane w proroctwach. Ten sposób myślenia prowadzi jednak na manowce – prowadzi do stwierdzenia, że Bóg jest w stanie „zaprogramować” człowieka do grzechu.
Tymczasem Judasz nie tylko mógł nie zdradzić – ale i powinien był Go nie zdradzić… Dlatego zaznaczył: biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.
Nikt z nas nie jest oddany na pastwę jakichkolwiek determinizmów – a Boże zapowiedzi spełniają się jedynie dlatego, że Bóg jest wierny swoim obietnicom i skrupulatnie się z nich wywiązuje…

Interesujące jest jednak miejsce Judasza w historii zbawienia. Co by było, gdyby został przy stole, gdy Jezus zapowiadał jeden z was Mnie zdradzi? – czy wieczerza przebiegałaby wtedy bez „wydarzeń specjalnych”? Przecież był w grupie Dwunastu, których wcześniej rozesłał po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi (…) Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali (Mk 6,7b.12-13).
Jest postacią niesamowicie tragiczną i pełną sprzeczności. Jego zdrada z jednej strony stwarza warunki do ukrzyżowania, a z drugiej, otwiera drogę do odkupienia ludzkości – jest więc zdrajcą czy męczennikiem? Może świadomie podjął się „błogosławionej winy”, by w ten sposób służyć ludziom?
Nie znalazł jednak czasu na przebaczenie – jego życie musiało się więc zakończyć tragicznie.
Może te wszystkie rodzące się pytania są wezwaniem, by nie szukać uproszczonych odpowiedzi na temat pochodzenia zła i jego usprawiedliwienia – jakże inaczej to wygląda w perspektywie zdrady Chrystusa… Jednak w uszach ciągle brzmią słowa: biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził…

Zastanawiałem się kiedyś dlaczego przez trzy kolejne dni Wielkiego Tygodnia Kościół wysuwa Judasza niejako na plan pierwszy: w poniedziałek – w Betanii ma pretensje o zmarnotrawienie drogocennego olejku, wczoraj – po spożyciu kawałka chleba wychodzi w ciemność, i dziś – znów jest jednym z głównych bohaterów…
Może to przestroga, że „chodzenie z Jezusem” wcale nie gwarantuje prawdziwego zaprzyjaźnienia się z Nim… Może to zachęta, by poszukać w sobie Judasza, który tylko zewnętrznie towarzyszy Jezusowi, a w środku jest Nim rozczarowany i prędzej czy później Go zdradzi…
Ostatnie tygodnie – czas pandemii – sprzyja takim właśnie rozmyślaniom: Dlaczego chcę iść do kościoła? Bo taka tradycja? Bo to jedyna droga, by przekonać Boga do swojej pobożności?
Może to czas, by poznać lepiej siebie – swojego wewnętrznego Judasza. Może to czas, by coś naprawdę zabolało w życiu, gdy stanę oko w oko z prawdą o sobie samym…
Ten ból jest dla mojego dobra – On walczy o moje serce…

Dodaj komentarz

Wielki Tydzień – zdrada… (Wielki Wtorek)

Droga upokorzenia i zdrady Jezusa – dziś zapowiedź zdrady tych najbliższych (oni ranią najbardziej): Judasz, jeden z Dwunastu, który sprzeda Go za trzydzieści srebrników, ale i Piotr, skała, który zaprze się Go aż trzy razy…
Piotra możemy zostawić – potrafił się później podnieść z upadku. Inaczej jest z Judaszem – w jego przypadku widać nawet jakby bezsilność Boga wobec uporu trwania w upadku: Co chcesz czynić, czyń prędzej… Już nawet przestał go odwodzić od zdrady – choć do końca, nawet w chwili pojmania, nazywał go przyjacielem…

Zwykle nie zwracamy uwagi na pewien szczegół – gdy zapowiedział: Jeden z was Mnie zdradzi. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi. Nie popatrzyli wszyscy od razu na Judasza – być może każdy z nich czuł w sercu, że ta zapowiedź zdrady może odnosić się do niego właśnie… Trzy lata wspólnego wędrowania obnażyły ich słabości – byli coraz bardziej świadomi swoich ciemnych stron – pewnie czuli, że każdy z nich może zdradzić. I zdradzili – gdy uciekli spod krzyża…
Przypomina mi się od razu anegdota o dwóch wilkach, które walczą w każdym człowieku – zwycięża ten, którego karmię. Pewnie w każdym z nas jest na swój sposób zdrajca, który nie potrafi do końca zaufać Jezusowi czy Kościołowi – jeśli będę go karmił swoimi rozczarowaniami – on zwycięży…

Przejdźmy jednak Judasza. To ten, dla którego umaczam kawałek /chleba/, i podam mu. Umoczywszy więc kawałek /chleba/, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka /chleba/ wszedł w niego szatan. Jezus zaś rzekł do niego: Co chcesz czynić, czyń prędzej. (…) A on po spożyciu kawałka /chleba/ zaraz wyszedł. A była noc. Egzegeci sprzeczają się czy „spożycie kawałka chleba” (w greckim oryginale mamy jedynie „wziął kęs”) jest eucharystią czy nie – no bo jak zrozumieć, że Judasz wybrał się na współpracę z szatanem bezpośrednio po przyjęciu Komunii św. – a wszystko ma miejsce już po ustanowieniu Eucharystii.
Myślę, że ciekawie komentuje tę scenę św. Augustyn: Wiem, najdrożsi, że niektórych porusza ten szczegół – jednych do pobożnego zgłębiania, innych do bezbożnego krytykowania – iż skoro Pan podał swemu zdrajcy umoczony chleb, wszedł w niego szatan. Pytają bowiem: Czy to chleb Chrystusa, podany z Jego stołu, sprawił to, że po jego spożyciu szatan wszedł w Jego ucznia? (…) Prawda jest taka, że człowiek dobry może upaść, a dobre dary Boże nieraz, w naszej przewrotności, czynimy okazją do złego. (…) Nie powinno się dobra przyjmować w sposób zły. Wiele bowiem zależy nie od tego, co się przyjmuje, ale od tego, kto przyjmuje. I dopowiada Augustyn: Judasz, który już przedtem uległ szatanowi, teraz oddał mu się na własność, pozwolił szatanowi, żeby ten w nim zamieszkał.
Nie wiadomo więc, czy Judasz przyjął Komunię św. – wiadomo jednak, że każdemu z nas może się zdarzyć tę Komunię zbezcześcić i przyjąć ją świętokradzko…

Dodaj komentarz

Wielki Tydzień – drogocenny gest miłości… (Wielki Poniedziałek)

Marta i Maria – Marta znów usługuje a Maria wybiera „lepszą cząstkę” – namaszcza Jezusa na pogrzeb…
Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. Zbliża się koniec drogi, arcykapłani są już zdeterminowani – Jezus powraca do Betanii, do domu swoich przyjaciół. Maria zastępuje gospodarza domu i zgodnie ze zwyczajem obmywa nogi ważnego gościa – ale robi też coś więcej: namaszcza je bardzo drogim olejkiem. To jedyny sposób na to, by wyrazić swoją wiarę i miłość…
Jezus nie jest już tylko przyjacielem rodziny – wiele się zmieniło – może nie potrafią tego nazwać, ale On jest naprawdę kimś wielkim, jeśli przyprowadził im brata zza grobu – stamtąd przecież ludzie nie wracają. Chyba właśnie dlatego Maria, niewiele się zastanawiając, przekracza konwenanse i w spontanicznym odruchu serca wylewa flakon drogocennego olejku na stopy Jezusa. Chce powiedzieć: nigdy nie będę się w stanie za to odwdzięczyć. I nawet przez myśl jej pewnie nie przeszło, że ten gest ma „drugie dno”: Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu.

Judasz całkiem sensownie zauważył jednak, że za cenę tego „zmarnowanego” olejku można by pomóc wielu ubogim: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Co prawda Jan od razu zaznacza, że powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano… – można się jednak zastanawiać nad marnotrawstwem – trzysta denarów to przecież roczny zarobek robotnika. Przecież to, co zrobiła Maria było szaleństwem. Ale czy zachowanie, które wypływa z prawdziwej miłości można nazwać bezsensownym, nawet gdy wydaje się ono nieco absurdalne? Kogoś, kto autentycznie kocha trudno zrozumieć…

Jezus nie potępia prawdziwej miłości – nawet jeśli wyraża się ona w szalonych gestach: Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie – miłość względem Boga nigdy nie jest konkurencyjna do miłości ubogich. Drogocenny olejek staje się symbolem tego, co możemy i powinniśmy dać Bogu. Nie wolno żałować Bogu siebie, nie wolno oddawać Mu tylko tego co tanie, co nic mnie nie kosztuje – kochającemu i kochanemu Bogu należy dawać z siebie to, co mam najlepszego…
Dlaczego? Bo i On sam dał nam pierwszy to, co najlepsze – dał nam całego siebie…
Warto pamiętać, że prawdziwa miłość wyraża się nie tyle w słowach, co w czynach – nie ma miłości bez gestów miłości. Słowa zwykle nic nie kosztują – czyny jednak, kosztować mogą już niesamowicie dużo…
On też nie poprzestał na słowie (a mógł nas przecież zbawić jednym słowem) – stał się człowiekiem i umarł na krzyżu – to niesamowicie kosztowny gest miłości Boga do człowieka…

Dodaj komentarz

Wielki Tydzień – zwycięstwo przez upokorzenie… (Niedziela Palmowa)

Wbrew skojarzeniom, jakie niesie w sobie Męka Pańska, celebrujemy Jego zwycięstwo – zwycięstwo przez krzyż. Łatwo byłoby je świętować stojąc w tłumie wiwatujących Hosanna Synowi Dawida – gorzej, gdy znajdujemy swoje miejsce w tłumie skandujących Na krzyż z Nim! Nie ma co protestować, że mnie to nie dotyczy – Wysokiej Radzie też nikt nie zarzuca braku gorliwości i religijności…
Inaczej ma się jednak rzecz z instrumentalnym wykorzystywaniem Pisma i samego Boga – to pokusa przywiązania się do swojego obrazu religijności, pobożności i wierności Bogu: moja wizja religijności staje się wtedy jedyną akceptowaną formą kultu i życia – każdy inny sposób religijności jest zły. Zły do tego stopnia, że jestem gotów podważyć, ośmieszyć, zdewaluować, usunąć, a nawet zniszczyć wszystko, co sprzeciwia się mojemu pomysłowi na „prawdziwą religijność” – usunąć wszystko, nawet gdyby miał nim być i sam Bóg…
A więc jednak: ukrzyżuj Go!…

W dzisiejszej, mateuszowej redakcji ewangelii, bardzo mocno wybrzmiewa Barabasz – czy inaczej Jezus Barabasz. Część rękopisów przechowała wiadomość, że człowiek o przydomku Barabasz – po aramejsku „syn ojca” – też miał na imię Jezus.
Benedykt XVI w swoim dziele Jezus z Nazaretu wspomina, że Barabasz był postacią mesjańską. Wybór: albo Jezus, albo Barabasz nie był przypadkowy; naprzeciw siebie znalazły się dwie postacie mesjańskie, dwie formy mesjanizmu. Staje się to jeszcze wyraźniejsze, jeśli zwrócimy uwagę na to, że „Bar-Abbas” znaczy „syn ojca”. Jest to typowo mesjańskie określenie, kultowe imię wybitnego przywódcy ruchu mesjańskiego. (…) Od Orygenesa dowiadujemy się innego jeszcze interesującego szczegółu: w wielu rękopisach Ewangelii, aż do trzeciego wieku, człowiek, o którego tu chodzi, nazywał się „Jesus-Barabbas” – „Jezus syn ojca”. Wygląda to tak, jakby był sobowtórem Jezusa, który na inny sposób wysuwa te same roszczenia. Zatem wyboru trzeba dokonać między Mesjaszem, który toczy walkę, przyobiecuje wolność i własne królestwo, i owym tajemniczym Jezusem, który głosi utratę samego siebie jako drogę do życia. Czy to dziwne, że masy dały pierwszeństwo Barabaszowi?

Dziś też w Liturgii, która z powodu pandemii nie ma wymiaru uroczystego – inaczej brzmią słowa z hymnu z Listu do Filipian: uniżył samego siebie… Uniżenie Jezusa objawia jakby „styl Boga” a więc również i nasz „chrześcijański styl”: pokorę… Ten styl niewątpliwie zaskakuje i rodzi problemy – no bo jak tu przyzwyczaić się do Boga pokornego…
Cały Wielki Tydzień, który stoi przed nami, to droga upokorzenia Jezusa – jakże inaczej na nią patrzymy, gdy nie wolno nam – z miłości do człowieka, której uczy Chrystus – zapełniać kościołów i osobiście uczestniczyć w Liturgii…
On przeżywa upokorzenie w nas – ale i my mamy szansę wreszcie zrozumieć na czym to upokorzenie tak naprawdę polegało…

Dodaj komentarz

Wielki Post – misja… (sobota V tyg. WP)

Wielu spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. Niektórzy z nich udali się do faryzeuszów i donieśli im, co Jezus uczynił… Wskrzeszeniem Łazarza dowiódł niezbicie, że jest Mesjaszem – kapłani jednak nie mogą się uwolnić od patrzenia na rzeczywistość przez pryzmat polityki i interesów narodu: Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród. Nawet jeśli jest Mesjaszem – to nie pasuje do systemu, który stworzyli, jest niewygodny i niepoprawny politycznie – nie może więc zostać przy życiu: Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród… Nie wiem, czy do Kajfasza dotarło, że wypowiedział właśnie proroctwo – tego jednak nie powiedział sam od siebie, ale jako najwyższy kapłan w owym roku wypowiedział proroctwo, że Jezus miał umrzeć za naród, a nie tylko za naród, ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno… Ale ta śmierć – jak wiemy – będzie miała znaczenie o wiele większe niż mogło im się wydawać…

On chce umrzeć – po to przecież przyszedł na świat – chce umrzeć za naród, ale również, a może przede wszystkim, po to by odbudować tę pierwotną harmonię i jedność: jedność w samym człowieku, jedność między człowiekiem a człowiekiem oraz jedność człowieka z samym Bogiem – by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno.
I co ciekawe, paradoksalnie Jego misji sprzyjają nawet lęki arcykapłanów i faryzeuszy. Misja czynienia dobra jest do spełnienia w każdych warunkach – byle się nie przywiązać do własnej wizji dobra i własnego sposobu jej realizowania.
A może dzisiejsza ewangelia podpowiada, że najwięcej miłości i dobra można uczynić tam, gdzie panuje największa nienawiść i zło…

Dodaj komentarz